Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Maggie Stiefvater – Wiedźma z lustra – fragment

Wszystko w Cabeswater było magiczne, lecz jaskinia była wyjątkowa, ponieważ nie istniała, gdy pierwszy raz trafili do lasu. A może istniała, tyle że w innym miejscu.
– Sprawdzenie ekwipunku – oznajmił Gansey.
Blue wysypała zawartość podniszczonego plecaka. Ze środka wypadł kask (rowerowy, używany), ochraniacze na kolana (wrotkarskie, używane) i latarka (miniaturowa, używana), a także różowy nóż techniczny. Gdy zaczęła mocować to wszystko na sobie, stojący obok niej Gansey opróżniał swoją torbę kurierską. Mieściła w sobie kask (jaskiniowy, używany), ochraniacze na kolana (jaskiniowe, używane) oraz latarkę (typu Maglite, używaną), a także kilka kawałków nowej liny, uprząż oraz sporo kotew i metalowych karabińczyków.
Blue i Adam wpatrywali się w używany sprzęt. Wydawało się niemożliwe, że Richard Gansey III zdecydował się na zakup czegoś, co nie jest zupełnie nowe.
Nieświadom ich uwagi Gansey bez wysiłku zamocował karabińczyk na linie, używając starannego węzła.
Blue zrozumiała to tuż przed Adamem. Ekwipunek był używany, ponieważ G a n s e y już go używał.
Czasami trudno było pamiętać, że miał swoje życie, zanim go poznali.
Gansey zaczął rozplątywać dłuższą linę bezpieczeństwa.
– Rozmawialiśmy o tym. Wiążemy się ze sobą i ciągniemy trzy razy, jeśli coś nas c h o ć m i n i m a l n i e niepokoi. Synchronizacja czasu?
Adam zerknął na swój sfatygowany zegarek.
– Mój nie działa.
Ronan zerknął na swój, drogi i czarny, po czym pokręcił głową.
Choć nie było to niespodziewane, Blue zaniepokoiła się i poczuła jak latawiec zerwany z uwięzi.
Gansey zmarszczył brwi, jakby podzielał jej myśli.
– Mój telefon też nie. Zaczynaj, Ronanie.
Gdy Ronan wykrzykiwał jakieś łacińskie słowa, Adam szeptał Blue ich tłumaczenie:
– Czy możemy wejść bezpiecznie do środka?
„Czy moja matka wciąż tam jest?”.
Odpowiedź nadeszła w postaci syczenia liści i gardłowego skrobania, które wydawały się bardziej dzikie niż głosy słyszane przez Blue wcześniej.
– Greywaren semper est incorruptus.
– Zawsze bezpieczny – przełożył szybko Gansey, chcąc dowieść, że trochę jednak zna łacinę. – Greywaren jest zawsze bezpieczny.
Greywarenem był Ronan. Czymkolwiek byli dla tego lasu, Ronan był kimś więcej.
– Incorruptus –zadumał się Adam. – Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś określi tym słowem Lyncha.
Ronan wyglądał jak zadowolony grzechotnik.
„Czego od nas chcesz? – zastanawiała się Blue, gdy wchodzili do środka. – W jaki sposób nas postrzegasz? Jesteśmy zaledwie czwórką nastolatków wkradających się do pradawnego lasu”.
Tuż za wejściem do jaskini był dziwnie cichy przedsionek. Jego ściany stanowiły ziemia, kamienie, korzenie i kreda, a wszystko to koloru włosów i skóry Adama. Blue dotknęła nieśmiało zwiniętej paproci, ostatniej rośliny leżącej w zasięgu światła słonecznego. Adam obracał głowę, nasłuchując, lecz dochodził do nich jedynie stłumiony, zwykły odgłos ich kroków.
Gansey włączył lampę na kasku. Ledwo przenikała mrok zwężającego się tunelu.
Któryś z chłopców lekko drżał. Blue nie wiedziała, czy to Adam, czy Ronan, ale czuła, że przywiązana do jej paska lina podryguje.
– Szkoda, że jednak nie zabraliśmy Noaha – odezwał się nagle Gansey. – Wchodzimy. Ronanie, nie zapominaj zostawiać po drodze znaczników kierunku. Liczymy na ciebie. Nie patrz tak na mnie. Przytaknij, jeśli rozumiesz. Dobrze. Wiesz co? Daj je Jane.
– C o? – Ronan zadał to pytanie tak, jakby został zdradzony.
Blue przyjęła znaczniki – plastikowe dyski z narysowanymi strzałkami. Nie zdawała sobie sprawy, jak jest zdenerwowana, dopóki nie znalazły się w jej dłoniach. Dobrze było otrzymać jakieś konkretne zadanie.
– Ronanie, chcę, żebyś gwizdał, nucił albo śpiewał. I pilnował upływu czasu – polecił Gansey.
– Chyba sobie jaja robisz – odparł Ronan. – Ze mnie.
Gansey spojrzał w głąb tunelu.
– Wiem, że znasz na pamięć wiele piosenek. I że potrafisz je za każdym razem wykonać z tą samą szybkością oraz w tym samym czasie. Musiałeś zapamiętać wszystkie melodie na konkursy muzyki irlandzkiej.
Blue i Adam popatrzyli na siebie z radością. Przyjemniejsze niż widok Ronana wywołanego do tablicy było wyobrażenie Ronana wywołanego do tablicy o r a z zmuszonego do zaśpiewania irlandzkiej piosenki.
– Spadaj na drzewo – fuknął Ronan.
Gansey czekał niezrażony.
Ronan pokręcił głową, ale nagle, uśmiechając się złośliwie, zaczął śpiewać.
– I raz, i plask, i dwa, i plask, i…
– N i e t a – zaprotestowali jednocześnie Adam i Gansey.
– Nie zamierzam słuchać tego przez trzy godziny – dodał Adam.
Gansey wskazywał Ronana palcem, dopóki ten nie zaczął gwizdać rytmicznej melodii.
I ruszyli w głąb tunelu.

Głębiej.
Światło słońca zniknęło. Korzenie ustąpiły stalaktytom. Powietrze było wilgotne i znajome. Ściany lśniły niczym coś żywego. Od czasu do czasu Blue i reszta musieli przechodzić przez kałuże i strumyki, ponieważ wąska, nierówna ścieżka została wyżłobiona przez wodę, która kontynuowała swe dzieło.
Gdy Ronan kończył każde dziesiąte wykonanie irlandzkiej melodii, Blue zostawiała znacznik. Zapas w jej dłoni kurczył się i zastanawiała się, jak daleko zajdą i skąd będą wiedzieć, że są blisko. Trudno jej było uwierzyć, że tu na dole mógłby być ukryty król. Jeszcze trudniej było sobie wyobrazić, że była tam jej matka. Nie wyglądało to na miejsce do z a m i e s z k i w a n i a.
Uspokoiła myśli. Żadnych trzęsień ziemi. Nic na nich nie pędziło.
Próbowała nie tęsknić za Maurą ani o niej myśleć, nie żywić fałszywych nadziei ani jej wołać. Ostatnią rzeczą, jaką by chciała, byłoby stworzenie dla niej przez Cabeswater kopii matki. Pragnęła bowiem tylko jej rzeczywistej. Pragnęła prawdy.
Robiło się coraz bardziej stromo. Już sam mrok był męczący. Blue tęskniła za światłem, za przestrzenią i niebem. Czuła się jak pogrzebana żywcem.
Adam poślizgnął się i przytrzymał, wystawiając rękę.
– Hej! – zawołała Blue. – Nie dotykaj ścian.
– Jaskiniowe zarazki? – spytał Ronan, przerywając gwizdanie.
– W ten sposób przeszkadza się narastać stalaktytom.
– Och, d o p r a w d y…
– Ronan! – Gansey krzyknął od czoła kolumny, nie odwracając się.
Jego kanarkowy sweter w świetle latarek wydawał się jasnoszary.
Ronan zaczął na powrót gwizdać, ale Gansey zniknął.
– Co? – odezwał się Adam.
I nagle został przewrócony. Uderzył o ziemię i zaczął sunąć na boku, wczepiając się palcami we wszystko co po drodze.
Blue nie miała czasu uświadomić sobie, co to oznacza, gdy poczuła, jak Ronan chwycił ją z tyłu. Nagle lina u jej pasa napięła się mocno, grożąc i jej przewróceniem. Lynch zaparł się. Wpił się tak mocno palcami w ramiona Blue, że aż bolało.
Adam wciąż leżał, lecz przestał się zsuwać.
– Gansey?! – zawołał, a jego krzyk rozbrzmiał smętnie w rozciągającej się przed nimi przestrzeni. – Nic ci się nie stało?
Gansey nie tylko z n i k n ą ł – on wpadł w dziurę.
„Jak to dobrze, że jesteśmy ze sobą związani” – pomyślała Blue.
Ronan wciąż ją ściskał i czuła, jak jego ręce dygoczą. Nie wiedziała, czy to z powodu napiętych mięśni, czy z troski. Nawet przez chwilę się nie zawahał, by ją złapać.
„Nie mogę o tym zapomnieć”.
– Gansey? – powtórzył Adam i do jego głosu zakradło się coś straszliwego.
Tak mocno przykrył niepokój pewnością siebie, że było to aż sztuczne.
Trzy pociągnięcia. Blue poczuła, że docierają do niej poprzez Adama.
Adam z widoczną ulgą zanurzył twarz w błocie.
– Co się dzieje? – zapytał Ronan. – Gdzie on jest?
– Na pewno wisi – odparł Adam. Niepewność sprawiła, że akcent z Henrietty zjadał mu końcówki wyrazów. – Lina ciągnie mnie tak mocno, że niemal przecina na pół. Nie mogę się zbliżyć, by pomóc. Jest ślisko i jego ciężar by przeważył.
Uwolniwszy się z rąk Ronana, Blue ostrożnie zbliżyła się do miejsca, w którym zniknął Gansey. Lina pomiędzy nią a Adamem zwiotczała, jednak chłopak nie zbliżył się do otworu.
– Adamie, sądzę, że jeśli nie będziesz się ruszał, możesz stanowić przeciwwagę – powiedziała. – Ronanie, zostań tutaj. Jeśli coś się stanie i zacznę się zsuwać, możesz się zaprzeć?
Lampa na głowie Ronana oświetliła błotnistą kolumnę. Przytaknął.
– Dobrze – oznajmiła. – Teraz podejdę i zerknę.
Przecisnęła się powoli obok Adama. Palcami wbijał się bezużytecznie w miękką ziemię przy swoim policzku.
Blue niemal wpadła w otwór.
Nic dziwnego, że Gansey go nie zauważył. Zobaczyła półkę skalną, a za nią… nic. Poświeciła tam i z powrotem lampą na kasku, lecz otaczała ją jedynie atramentowa czerń. Rozpadlina była zbyt szeroka, by dostrzec drugą stronę. Zbyt głęboka, by zobaczyć dno.
Widziała jednak linę bezpieczeństwa, ciemną od błota, prowadzącą do jamy. Blue zaświeciła latarką w mrok.
– Gansey?
– Tu jestem. – Głos Ganseya rozbrzmiał bliżej, niż się spodziewała. I ciszej, niż się spodziewała. – Ja tylko… Wydaje mi się, że mam atak paniki.
– T y masz atak paniki? Nowa zasada: przed nagłym zniknięciem wszyscy powinni cztery razy ciągnąć za linę. Złamałeś sobie coś?
Długa przerwa.
– Nie.
Coś w brzmieniu tej jednej sylaby dało wszystkim do zrozumienia, że rzeczywiście się bał.
Blue nie była pewna, czy pocieszanie jest jej mocną stroną, zwłaszcza gdy to ona go potrzebowała, ale spróbowała.
– Będzie dobrze. Jesteśmy tu porządnie zaparci. Musisz się tylko wspiąć. Nie spadniesz.
– Nie o to chodzi – rzekł niemal niesłyszalnie. – Mam coś na skórze i to mi przypomina…
Ucichł.
– Woda – podsunęła Blue. – Albo błoto. Jest wszędzie. Powiedz coś, żebym mogła wycelować w ciebie latarką.
Nie było słychać nic poza jego oddechem, urywanym i pełnym strachu. Blue znów zamiotła przed sobą światłem.
– Albo komary. Komary są wszędzie – odezwała się pogodnie.
Brak odpowiedzi.
– Istnieją ponad dwa tuziny jaskiniowych żuków – dodała. – Czytałam o tym, zanim tu przyjechaliśmy.
– Szerszenie – wyszeptał Gansey.
Ścisnęło jej się serce.
W przypływie adrenaliny zaczęła się uspokajać: „Owszem, szerszenie mogą zabić Ganseya zaledwie jednym ukąszeniem, ale nie, w tej jaskini ich nie ma. I Gansey nie umrze dziś, ponieważ w i d z i a ł a jego ducha w dzień jego śmierci. Był wówczas w mokrym swetrze Aglionby, a nie w bojówkach i wesołym, żółtym swetrze w serek.
Wreszcie odnalazła Ganseya promieniem latarki. Zwisał bezładnie w uprzęży z pochyloną głową i dłońmi na uszach. Oświetliła jego opadnięte ramiona. Były zabłocone, lecz nie widziała na nich owadów.
Mogła znowu odetchnąć.
– Popatrz na mnie – poleciła. – Nie ma tu żadnych szerszeni.
– Wiem – mruknął. – To dlatego powiedziałem, że w y d a j e mi się, że mam atak paniki. W i e m, że nie ma tu szerszeni.
Nie mówił natomiast tego, co oboje wiedzieli: że Cabeswater było bardzo uważnym słuchaczem.
Co oznaczało, że musiał przestać myśleć o szerszeniach.
– No dobra, teraz już mnie wkurzasz – przyznała Blue. – Adam specjalnie dla ciebie leży z twarzą w błocie. Ronan wraca do domu.
Gansey roześmiał się bez cienia wesołości.
– Mów dalej, Jane.
– N i e c h c ę. Chcę tylko, żebyś złapał linę i podciągnął się, bo wiem, że możesz to zrobić. Co przyjdzie z tego, że będę m ó w i ć?
Podniósł na nią wzrok. Jego twarz była brudna i obca.
– Po prostu coś pode mną szeleści, a twój głos to zagłusza.
Po plecach Blue przebiegł paskudny dreszcz.
Cabeswater było uważnym słuchaczem.
– Ronanie! – zawołała cicho przez ramię. – Mamy nowy plan: Adam i ja wyciągniemy Ganseya bardzo szybko.
– Co?! To kurewsko kiepski pomysł – odrzekł Ronan. – Dlaczego tak mamy zrobić?
Blue nie chciała wypowiadać tego na głos.
Adam musiał jednak ją słyszeć, ponieważ powiedział cicho i wyraźnie:
– Est aliquid in foramen. Sam nie wiem. Apis? Apibus? Forsitan.
Łacina nie mogła ukryć niczego przed Cabeswater. Chciał jedynie oszczędzić Ganseya.
– Nie – powiedział Ronan. – Nie, nie ma. To nie to jest w dole.
Gansey zamknął oczy.
„Widziałam go – pomyślała Blue. – Widziałam jego ducha, gdy umarł, i miał na sobie coś innego. To nie stanie się w taki sposób. Nie teraz, później, później…”.
– Nie – ciągnął głośniej Ronan. – Słyszysz mnie, Cabeswater? Miałem być bezpieczny. Czym dla ciebie jesteśmy? Niczym? Jeśli pozwolisz mu umrzeć, nie będzie to z a p e w n i a n i e m i b e z p i e c z e ń s t w a. Rozumiesz? Jeśli oni zginą, ja również zginę.
Blue słyszała dobiegające z jamy brzęczenie.
– Zawarłem z tobą pakt, Cabeswater – Adam odezwał się głosem stłumionym przez błoto. – Jestem twoimi rękoma i oczyma. Jak myślisz, co zobaczę, jeśli on umrze?
Szelest przybrał na sile. Pochodził z wielu źródeł.
„To nie szerszenie – pomyślała Blue, bo tego pragnęła. – Czym dla ciebie jesteśmy, Cabeswater? Czym ja dla ciebie jestem?”.
– Wzmocniliśmy linię mocy – odezwała się. – Wzmocniliśmy c i e b i e. I będziemy ci dalej pomagać, ale ty musisz pomóc nam…
Mrok, wznosząc się z głębin, pożarł promień jej latarki. Rozbrzmiały dźwięki. Słychać było brzęczenie, słychać było łopot skrzydeł. Wypełniały jamę, zasłaniając Ganseya.
– G a n s e y! – zawołała Blue, a może był to Adam albo Ronan.
Nagle coś uderzyło ją w twarz, a później jeszcze raz. Jakieś ciało odbiło się od ściany i od stropu. Promienie latarek na kaskach były pocięte na setki migoczących fragmentów.
Dźwięk skrzydeł. D ź w i ę k.
To nie szerszenie.
Nietoperze?
Nie.
K r u k i.
Nie było to miejsce, w którym zwykle żyły kruki. I nie było to zwyczajne zachowanie kruków. Wylatywały jednak z rozpadliny pod Ganseyem. Wydawało się, jakby to stado nie miało końca. Blue miała niepokojące wrażenie, że zawsze tak było, że kruki krążyły wokół nich, muskając piórami jej policzki, drapiąc szponami kask. Nagle ptaki zaczęły krzyczeć. Ich wołania stawały się coraz bardziej melodyjne i wreszcie przekształciły się w słowa.
Rex Corvus, parate Regis Corvi.
Król Kruków, zróbcie drogę dla Króla Kruków.
W deszczu spadających piór ptaki skierowały się ku wylotowi jaskini. Blue wezbrało serce, tak w i e l k a była ta chwila, tak niepodobna do innych.
Zaległa cisza, a przynajmniej żaden dźwięk nie przebijał się przez dudnienie serca Blue. W błocie obok Adama drżały pióra.
– Zaprzyjcie się – powiedział Gansey. – Wychodzę.

Dyskusja