Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Maggie Stiefvater – Wiedźma z lustra – fragment

Na zewnątrz było cicho i chłodno. Suche liście szeleściły, jakby ktoś uciszał tłum.
– Nie pamiętam… – zaczęła Blue, lecz urwała, gdy Adam złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.
– Który z nas, Blue?
– Hej, przestań!… – Wyrwała rękę, lecz nie cofnęła się.
– Który z nas jest na liście?
Wpatrywała się uważnie w dal, skupiając wzrok na samochodzie w bocznej uliczce. Nie odpowiedziała, lecz nie znieważyła go też twierdzeniem, że się mylił.
– Blue.
Nie patrzyła na niego.
Obszedł ją, by nie mogła na niego n i e patrzeć.
– Blue, który to z nas?
Miała obcą twarz, zupełnie wyzutą z wszelkiej wesołości. Nie płakała. W jej oczach było jednak coś gorszego od płaczu. Zastanawiał się, od jak dawna chodziła z tym brzemieniem. Dudniło mu serce. Dobrze się domyślił. Jeden z nich miał umrzeć.
„Nie chcę umierać, nie teraz…”.
– Blue.
– Nie będziesz mógł tego zapomnieć – powiedziała.
– Muszę wiedzieć – odrzekł Adam. – Nie rozumiesz? To będzie przysługa. O to poproszę. Muszę wiedzieć, aby to stało się naszym życzeniem, jeśli będziemy mieć tylko jedno.
Wytrzymywała jego spojrzenie.
– Gansey – oznajmił Adam.
Zamknęła oczy.

Gdy była z Adamem, uważała, że powstrzymywanie się od całowania kogoś było takie proste. Jej ciało nigdy nie wiedziało, co robić. Teraz już wiedziało. Jej ust nie obchodziło, że była przeklęta.
Obróciła się do Ganseya.
– Blue – ostrzegł, lecz nie panował nad głosem. Z tak bliska jego gardło pachniało miętą, wełnianym swetrem, winylowym obiciem fotela i Ganseyem, po prostu Ganseyem.
– Chcę tylko udawać – powiedziała. – Chcę udawać, że mogę.
Wypuścił powietrze.
Czym był pocałunek bez pocałunku?
Był jak obrus wyciągnięty gwałtownie spod rzeczy ustawionych na stole na przyjęcie. Wszystko obijało się o siebie przez kilka chaotycznych chwil. Palce we włosach, dłonie pieszczące karki, usta muskające policzki i brody w niebezpiecznej bliskości.
Przerwali z nosami przyciśniętymi do siebie w dziwny sposób, jakiego wymagała bliskość.
Czuła w ustach jego oddech.
– Może nic by się nie stało, gdybym to ja ciebie pocałował – wyszeptał. – Może to działa wtedy, jeśli ty mnie pocałujesz.

Podeszli bliżej. Gruba tkanina zakrywała wnętrze trumny.
„To nie w porządku”.
Nagle Gansey poczuł całkowity spokój. Ta chwila tak bardzo różniła się od tego, co ujrzał w wizji, że opuścił go cały niepokój i nic po nim nie zostało. Zerwał tkaninę.
Żadne z nich nie poruszyło się.
Z początku nie rozumiał, na co patrzy. Sylwetka była obca. Nie wiedział, co jest nie tak.
– Leży twarzą w dół? – zasugerowała z wahaniem Blue.
Teraz, gdy to powiedziała, było to już oczywiste. Widzieli sylwetkę w ciemnym płaszczu, purpurowym lub czerwonym, z łopatkami sterczącymi w ich stronę. Kłąb ciemnych włosów, bujniejszych i ciemniejszych niż się spodziewał. Dłonie były związane za plecami.
Związane?
Z w i ą z a n e.
Wewnątrz Ganseya coś poruszyło się niespokojnie.
„Nie tak. Nie tak. Nie tak. Nie tak”.
Adam przejechał promieniem latarki wzdłuż sarkofagu. Płaszcz Glendowera był zadarty, odsłaniał blade nogi. Związane w kolanach. Twarzą w dół, ze związanymi dłońmi i kolanami. Tak grzebano wiedźmy. Samobójców. Przestępców. Więźniów. Gansey przysunął dłoń i zabrał ją. Odwaga go nie opuściła, ale pewność siebie – na pewno.
Nie tak miało być.
Adam znów przejechał światłem.
– Ach… – zaczęła Blue, lecz zmieniła zdanie i przerwała.
Włosy poruszyły się.
– Jezus w mordę Maria k u r w a – rzekł Ronan.
– Szczury? – zasugerował Adam. Było to tak odrażające przypuszczenie, że Gansey i Blue odskoczyli. Nagle włosy znów się poruszyły, a z wnętrza trumny dobiegł straszliwy dźwięk. Wrzask?
Ś m i e c h.
Ramiona poruszyły się, przesuwając ciało w sarkofagu tak, by głowa mogła obrócić się w ich stronę. Gdy Ganseyowi mignęła twarz, serce przyspieszyło mu nagle, a później zaraz zwolniło. Czuł jednocześnie ulgę i przerażenie.
Nie był to Glendower.
– To kobieta – powiedział.

Dyskusja