Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Pół wschodu poezji – recenzja książki „Skald. Kowal słów tom 1″

Malinowski „Karmicielem kruków” poprzeczkę postawił sobie naprawdę wysoko. Ciekawa historia, wartka akcja, mediewistyczny okres i malownicze lokacje, a do tego wyraziści bohaterowie – a wszystko było zaledwie obiecującym debiutem autora, po którym czuło się mocny niedosyt. Podzielona na dwa tomy powieść „Kowal słów” musiała więc co najmniej dorównywać poprzedniczce, zwłaszcza że literat po raz wtóry postanowił przedstawić historię Ainara. I mimo że wcześniejsza kraina i nawiedzające ją zmory niewątpliwie przypadły czytelnikom do gustu, pisarz w żadnym razie nie chciał pójść na łatwiznę i odgrzewać starego kotleta; tym sposobem główny bohater wyląduje w innych, ale równie barwnych krainach.

Autor tym razem zdecydował się na dłuższą niż opowiadania formę, co nieczęsto wychodzi – zwłaszcza początkującym powieściopisarzom – na dobre. Jednak nie dość, że Malinowski hardo wstąpił nową opowieścią na rynek, to spójna kontynuacja losów Ainara okazała się udanym przedsięwzięciem. Pisarz mógł nie tylko przedstawić o wiele dłuższą i lepiej rozbudowaną historię, ale także bardziej erudycyjnie wyjaśnić wiele zagadnień i wątków, jednocześnie nie nużąc przedłużającymi się opisami, a wręcz przeciwnie – wzbogacając utwór o to, czego brakowało w „Karmicielu kruków”. I nowa pozycja Malinowskiego zdecydowanie plasuje się wysoko wśród książek fantasy (a to dopiero początek beletrystycznej kariery literata).

„Kowal słów” przenosi czytelnika – razem z Ainarem – w daleką podróż na wschód, gdzie (za sprawą niejakiego Aliego Czarnego Berserka) trafia na dwór kagana Tirusa Wielkiego, jednego z lokalnych możnowładców, który wyznacza skaldowi dość nietypowe zadanie. Dostarczenie żony raczej nie należy do powinności szczególnie chlubnych i opiewanych w pieśniach, ale podbramkowa sytuacja nie pozwala na odmowę. Szkopuł całego zajścia polega natomiast na tym, że ową niewiastą jest córka odwiecznego rywala kagana. A rękę córki odda on tylko temu, kto wykona trzy próby. Co (jak dotąd) oczywiście nikomu się nie powiodło. I możliwe, iż właśnie to skłoniło Ainara do potulnego przyjęcia misji. Nie był na szczęście osamotniony – towarzyszyła mu trójka zacnych kompanów o równie nieprzewidywalnych a specyficznych charakterach.

Malinowski nie byłby sobą, gdyby nie wrzucił skalda na głęboką wodę, wciągając go w otchłań niebezpiecznych przygód, nieoczekiwanych forteli i niezapomnianych wrażeń. Tym razem autor nie utrudnił życia wyłącznie głównemu bohaterowi. Nieprzyjemne przygody zafundował również znajomkom skalda, których drogi czasem się rozchodzą. Możliwość śledzenia akcji z perspektywy innych bohaterów to kolejna zaleta – i tak już wyśmienitej – książki. Pisarz zadbał o to, żeby charakterystyczne cechy (jak i oryginalność nowych figur na arenie) prześcignęły poprzedniczkę, i chociaż było to wręcz syzyfową pracą – Malinowskiemu się powiodło.

Skandynawska mitologia musiała ustąpić nieco pola irańskim wierzeniom, acz realia wciąż stoją na wysokim poziomie, a kunszt, z jakim autor odwzorowuje wszystkie detale, wprowadza w zachwyt nie tylko historycznych lub/i wikińskich geeków, ale także czytelników szukających ambitnej rozrywki. Druga część „Skalda” utwierdza w przekonaniu, że Łukasz Malinowski pnie się na wyżyny polskiej fantastyki, i zapowiada wyśmienite rozwinięcie opowieści w drugim tomie „Kowala słów”.

Poza tym w utworze powraca niesamowity talent naszego (nie)rodowitego bohatera. Płynna narracja i bogactwo nie tylko wykwintnego, ale też fachowego nazewnictwa, sprawiają, iż fascynacja X wiekiem w północno-wschodniej Europie wyłącznie wzrasta w czytelniku. Wisienkę na torcie zaś stanowi ars poetica, którą sam Ainar opanował do perfekcji nie tylko, jeżeli chodzi o występy, bo ripostę także ma ciętą i wymyślną.

W kwestii nakładu i opracowania czytelnik nie musi się obawiać. Wydawnictwo Erica postarało się o przyjemną dla oka czcionkę i jej rozmiar. Skład oraz brak błędów redakcyjno-korektorskich to kolejne miłe zalety wydania, które nie tyle polepszają przejrzystość tekstu, co zapobiegają utrudnieniom odbioru. Okładka została wykonana przez Piotra Cieślińskiego, szerzej znanego jako Dark Crayon, czyli jednego z bardziej uzdolnionych grafików naszego kraju. I chociaż została wykonana raczej w formie minimalistycznej, pozbawionej wielu szczegółów, to stanowi niezwykle przyjemny dodatek lektury.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja