Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Pradawna groza podana z sake – recenzja mangi „H.P. Lovecraft: OGAR i inne opowiadania”

Howard Philips Lovecraft, jak i jego twórczość, przez wielu czytelników jest jednoznacznie kojarzona z gotycką grozą. Gdy mówimy Lovecraft, myślimy Cthulhu. Taka w skrócie jest prawda. Myślimy też o innych tajemniczych istotach spoza czasu, obrzędach kultystów i artefaktach spoczywających na dnie morza w ruinach zatopionych, antycznych świątyń… Czy jednak ktokolwiek pomyślałby „manga”?

Dokładnie tak. Manga jako sposób adaptacji? Chyba nikt by tego nie brał pod uwagę, a przynajmniej nieliczni. Przez większość ten gatunek dalej kojarzony jest z dość krzykliwymi i „kolorowymi” pozycjami, a nie czymś mrocznym (oczywiście nie sposób zanegować istnienia wielu, a nawet bardzo wielu tytułów mangowych z zakresu horroru i grozy). Czy więc mangowa adaptacja krótkich form Lovecrafta ma rację bytu? Sprawdźmy to biorąc do ręki tom „OGAR i inne opowiadania”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Studio JG.

Przełożenie opowiadań mistrza grozy z Providance na jakiekolwiek inne medium samo w sobie jest bardzo trudne, gdyż utwory tego pisarza to głównie operowanie narracją. Tanabe Gou, odpowiedzialny za tę konkretną pozycję, podjął się więc prawdziwego wyzwania. Ryzykownego jak wszystkie piekielne kręgi. I o dziwo! Udało mu się.

W omawianym zeszycie poza tytułowym „Ogarem” mamy do dyspozycji jeszcze dwa opowiadania: „Świątynię” i „Zapomniane Miasto”. To właśnie „Świątynię” przyjdzie nam czytać jako pierwszą. O samej fabule, tak jak i w przypadku dwóch pozostałych historii, trudno się rozwodzić tak, by nie zdradzić zbyt wiele, zresztą byłaby to ocena bardziej pomysłu Lovecrafta, niż adaptacji Gou. Wystarczy napisać, że załodze niemieckiej łodzi podwodnej przyjdzie się zmierzyć z tajemnicą odnalezioną na dnie oceanu. Jednak naprawdę woleliby tego nigdy nie robić… Żaden człowiek by nie chciał.

Natomiast jeśli chodzi o stronę plastyczną, to tu można powiedzieć znacznie więcej. To co jako pierwsze rzuca się w oczy to fakt, że artysta utrzymał wszystkie trzy tytuły w stylizacji czarno-białej z odcieniami szarości. Większość mang jest tak przedstawiana, ponieważ rzadko wydawane są w kolorze. Tu jednak rozwiązanie jest tym bardziej trafione, że idealnie oddaje nastrój opowiadań grozy z początku XX wieku, a czerń dominująca na większości ilustracji jeszcze bardziej potęguje klimat.

Dodatkowo atmosferę zagrożenia podkreśla adekwatna do sytuacji i realistycznie oddana mimika bohaterów. Oczywiście znajdą się przeciwnicy mangowego stylu rysowania twarzy – zwłaszcza ci, którzy mangę dalej szufladkują jako „wielkie oczy”. Takie osoby powinny być jednak spokojne, bo sposób przedstawiania ludzkiej anatomii w wykonaniu Gou bardzo odbiega od stereotypowych wzorców. Prawdopodobnie wielu fanów Lovecrafta przyzna, że taka okoliczność sprawia, że spojrzymy przychylniej na ten tytuł. Rysownik odszedł od przyjętego kanonu mangowego na rzecz bardziej subtelnej i delikatnej kreski, dokonując syntezy wschodniego i europejskiego stylu. Gdyby tylko nie odwrotny sposób czytania, można by zapomnieć, że nie ma się w ręku klasycznego komiksu.

Kolejny, bardzo pozytywny wyróżnik, to niewątpliwie staranność i szczegółowość, jaką wykazał się rysownik przy kreowaniu tła i scenerii. Widzimy to zresztą już na okładce, która jest jednocześnie wizualizacją dla tytułowego „Ogara”. Artysta bardzo skrupulatnie oddaje nie tylko architekturę pradawnych świątyń i cmentarzysk, ale także scenerie znane nam współcześnie, jak na przykład wnętrze wspomnianej już łodzi podwodnej czy zupełnie prozaicznych domostw. Gou komponuje swoje kadry uważnie, tak by nie zakłócić odbioru całości, przytłaczając odbiorcę zbyt dużą liczbą detali. Gdy trzeba serwuje nam tylko na przykład czarne tło. Robi to jednak nie bez przyczyny. Jak już było wcześniej wspominane, czerń to kolejny czynnik potęgujący atmosferę grozy. Przykładem może być niemiecka łódź podwodna ze „Świątyni”, która wydaje się niezwykle drobna wobec mroku podmorskiej toni, rozlewającego się aż na dwie strony!

Rozwodzić się nad warstwą wizualną można by jeszcze długo, ale w tym momencie należy postawić wreszcie pytanie – czy manga Gou może sprostać oczekiwaniom czytelników, jako adaptacja tytułów wykreowanych przez pisarza, który w ciągu niespełna wieku zdołał stać się ikoną swojego gatunku? Odpowiedź jest krótka: „tak!”. Śmiały eksperyment przeniesienia utworów Lovecrafta na karty mangi udał się bardzo dobrze pod każdym względem. Oddani fani opowiadań samotnika z Providance powinni otrzymać to, czego oczekują sięgając po adaptację prozy ich ulubionego pisarza.

Dyskusja