Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

CTHULHU ZMARTWYCHWSTAŁ?! – recenzja książki pt. „Moherfucker Hell-P”

Mitologia Cthulhu, stworzona przez Lovecrafta, jest tak kultowa, że słyszał o niej niemal każdy czytelnik, niezależnie od preferowanego gatunku literatury. Wielokrotnie wznawiana i służąca za kanwę całego ogromu dzieł późniejszych pisarzy, uznana za majstersztyk, stała się jednym z klasyków. Jednak nigdy żaden z twórców nie odważył się na swoistą kontynuację mitów Samotnika z Providence (a przynajmniej nie były one tak szumne, żeby o nich słyszeć). Aż do dziś. Eugeniusz Dębski postanowił nieco sparafrazować wizję Lovecrafta, a na czas i miejsce akcji swojego utworu wybrał… współczesną Polskę. Czy udało mu się dorównać fenomenowi klasyka chociaż odrobinę?

Powieść „Hell-p” to poprawiona reedycja opowieści Dębskiego, wznowiona przez wydawnictwo Piaskun, otwierająca cykl „Moherfucker”. Chociaż autor w utworze skupił się raczej na dostarczeniu czytelnikowi rozrywki i nie wchodził na obszary filozoficzne, to w treści odnaleźć można tematykę religijną, wątek dotyczący orientacji seksualnej oraz ideę tolerancji. W dużej mierze poglądy pisarza odnajdują odzwierciedlenie na kartach powieści, co może wzbudzać ambiwalentne uczucia: z jednej strony przychylność dla mniejszości, z drugiej zaś dezaprobata dla skrajnych wyznawców religijnych.

Fabuła utworu skupia się na dwóch postaciach: agenta ABW Kamila Stocharda, będącego gejem oraz Jerry’ego Wilmowsky’ego, który tropi groźne, nadprzyrodzone istoty – guimony (odpryski Cthulhu, jednego z Wielkich Przedwiecznych, znanych z opowiadań Lovecrafta). Kamil zostaje zmuszony do wzięcia urlopu, przy czym w trakcie jego trwania musi jednocześnie zajmować się amerykańskim agentem. Jak się jednak okazuje, urlop przybiera zupełnie inny wymiar. Inny wymiar ma także świat, w którym przyszło Kamilowi się urodzić. Na światło dzienne wychodzi fakt, że Lovecraft był nie tyle pisarzem, ale swego rodzaju kronikarzem, zapisującym bardziej prawdę aniżeli fikcję. Wielcy Przedwieczni istnieją i szykują się na powrót, a pomóc im w tym mają guimony, przybierające pozornie niewinną formę, mogącą zmylić niejednego agenta. Jerry jest łowcą tych stworzeń, a po wciągnięciu Kamila w swoje tajemnice, musi wraz z nim wędrować po całej Polsce w poszukiwaniu i eliminowaniu okropnych stworów.

Przedstawiony przez pisarza świat nie różni się zbytnio od naszego, nie licząc oczywiście zjawisk fantastycznych. To odwzorowane realia Polski ostatnich lat, jej kultury, zachowań oraz klimatu. W połączeniu z istotami przybierającymi kształty „moherowych staruszków” (stąd nazwa cyklu) i obierającymi sobie za siedliska miejsca religijne, Polska w wizji Dębskiego wydaje się całkiem intrygująca, choć niewątpliwie to krzywe zwierciadło naszej rzeczywistości, wzbogacone o parę autorskich elementów. Obranie sobie „moherowych beretów” za antagonistów oraz ewidentne nawiązanie do wyznania katolickiego może stanowić alegorię chorowicie religijnych emerytów, za idola mających pewnego znanego polskiego księdza. Widać w tym lekką dezaprobatę poglądów tej, jakby nie patrzeć, subkultury.

Kreacja bohaterów w utworze skupia się właściwie wyłącznie na Jerrym i Kamilu (przedstawiających zróżnicowane cechy), ale w obu przypadkach czytelnik ma do czynienia z pełnokrwistymi, nieco humorystycznymi twardzielami. Reszta to zasadniczo postacie tła, nie znaczące zbyt wiele, acz wyjątkiem są same guimony, które – jako postać zbiorowa – wypadają dość niecodziennie. W poszczególnych częściach książki oraz danych lokacjach nie powielają schematu zachowań swych towarzyszy z poprzednich miejsc, ale wykazują się dozą oryginalności, przez co wykorzystanie ich przez autora w powieści nadało światu świeżych barw. I chociaż forma, w jakiej stworki zostały przedstawione, wykazuje pewną dezaprobatę dla danej grupy, to odebrać można to jako sposób na błyskotliwą krytykę.

Lekkiego pióra ani wartkiej narracji Dębskiemu odmówić się nie da, ale gdy zna się inne jego dzieła, jest się w stanie dostrzec pewną manierę. Niemal zawsze w książkach tego autora jest się trudno przegryźć przez fabularny początek i nie chodzi tu wcale o to, że pisarz stosuje słowne językołamacze czy ma chaotyczny styl. Na szczęście, gdy się już na dobre wciągnie w historię, to niełatwo się od niej oderwać, dopóki nie dobrnie się do samego końca. Wielki plus należy się za silne nawiązania, nie tylko do utworów Lovecrafta, ale także współczesnej popkultury.

Czytelnik sięgający po ten tytuł musi przede wszystkim pamiętać, że to książka typowo rozrywkowa z drobną pointą, lecz bez głębszego przesłania. Pewnie to dobrze, ponieważ przynosi odbiorcy przyjemność z samego czytania, ale czy w jakichś kategoriach go wzbogaca? Raczej nieszczególnie. Choć Dębski łamie pewne tabu, robiąc z głównego bohatera homoseksualistę-twardziela, to z drugiej strony w krytyce religijnych wyznawców może – ale oczywiście nie musi – ranić uczucia osób głęboko wierzących. Zaś jedynym istotnym (według mnie) mankamentem tego wydania są zamieszczone fragmenty następnych części, choć dzięki temu ostatniemu możemy dowiedzieć się, że powstaje czwarta odsłona cyklu.

Ocena: 3/5

Dyskusja