Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Deadpool tu był! – kinowa recenzja filmu „Deadpool”

„Deadpool” to historia Wade’a Wilsona, byłego żołnierza sił specjalnych, który pewnego dnia dowiaduje się, że…. Nudy! Cześć i czołem kochani! Z tej strony Deadpool. Niestety recenzent Cholewa chwilowo nie jest dostępny (ponieważ wyjątkowo trudno pisać, będąc związanym i zamkniętym w bagażniku), dlatego też ja podjąłem się wyzwania napisania recenzji najnowszej filmowej produkcji, traktującej o mojej skromnej osobie. Wiecie, nie jestem tylko niesamowicie sprawnym gościem w przyciasnym czerwonym stroju, potrafiącym bez żadnych konsekwencji odciąć sobie rękę, bądź przespać się z Twoją dziewczyną (powiedz jej, żeby zadzwoniła we wtorek). Jestem także niezwykle utalentowanym pisarzem i krytykiem filmowym. Nie wierzycie? No to zaraz Was przekonam. Zapnijcie pasy, zepnijcie z całych sił pośladki i przyszykujcie sobie masę bielizny na zmianę, bo o to czeka Was podróż tak niesamowita, że przy niej, wizyta w Playboy Mansion, będzie się Wam wydawała wyjazdem na rekolekcje do Częstochowy.

„Deadpool” to epicka historia mojego życia. Cała akcja zaczęła się już w łonie mojej matki, kiedy to musiałem odpierać ataki cybernetycznych ninja i kwasu solnego, gdyż mama nie darzyła mnie jakąś wielką miłością. Późniejsze sceny filmu pokażą Wam, jak walczyłem za pomocą plastikowych nożyczek z gangiem przemytników coli w przedszkolu, oraz jak zbajerowałem seksowną panią przedszkolankę… No dobra, może troszeńkę się zapędziłem.

W każdym razie, powiedziałem Timowi Millerowi, reżyserowi, który jest jednocześnie moim dobrym ziomkiem, że trzeba ten film zacząć jakoś z jajami, wiecie, jak u Hitchcocka, tylko tak, jakby Hitchcock przed kręceniem „Psychozy” nawciągał się kokainy. No i jest zawodowe „jebudu” już na samym początku. Oto Niesamowicie Fantastyczny Deadpool ściga jednego wyjątkowo nieprzyjemnego gościa, któremu zamierza zrobić z dupy jesień średniowiecza. Po przemienieniu jego przydupasów na karmę dla psów wyłącznie za pomocą siedmiu pocisków i dwóch epicko wyglądających mieczy, nadchodzi kolej na głównego złego. Ale, ale, nic w życiu nie jest takie proste, jak zamawianie pizzy, i aby historia kręciła się dalej musi dojść do paru nagłych zwrotów akcji i… dekapitacji. W międzyczasie będą się pojawiały moje wspominki z lat poprzednich, tak na wszelki wypadek, jakbyście zapomnieli od czego się to wszystko zaczęło (nie, nie liczcie na sceny z przedszkolnej toalety, Wy małe świntuszki!). Tak, to mógłby być klasyczny film o superbohaterze, który ma swoją historię, swoją misję do wypełnienia, paru stereotypowych sojuszników i jednego wyjątkowo wkurzającego skurczybyka do załatwienia. Ale na całe szczęście w tej stereotypowej fasadzie pojawiła się rysa w czerwonym kostiumie i z wyjątkowo niewybrednym poczuciem humoru.

Deadpool, czyli ja, to taka czarna owca wśród herosów z megamocami. Wiecie, raczej nie zajmuję się ściąganiem kotków z drzew, ani przeprowadzaniem biednych staruszek przez ulicę. Ja

zdecydowanie bardziej wolę szatkować mieczami, strzelać i mordować w jak najbardziej wyrafinowany sposób. A że przy okazji strzelanie do mnie jedynie mnie spowalnia, ale nie zabija, tym lepiej. Jak to się ma do filmu? Otóż twórcy się nie patyczkowali. Istniała oczywiście obawa, jak na to wszystko zareagują stare dziadki ze sflaczałymi… piórami, czyli wielkie szychy Hollywood. No bo wiecie, w dzisiejszych czasach szalejącej politycznej poprawności, film o kimś takim jak ja, nie miał prawa zaistnieć. Nawet jeśli któraś z potężnych wytwórni wreszcie klapnęłaby budżet i powiedzieliby sobie: „Panowie, robimy to”, to mogę postawić swoje wczorajsze skarpety i kolekcje kart gwiazd baseballu z sezonu 96-97, że wyszłaby z tego ugrzeczniona bajeczka na dobranoc dla grzecznych dzieci, pokroju „Avengers”. Wiecie, film, w którym nikomu postronnemu nie dzieję się krzywda, Ryan Gosling zagrałby moją postać (Bozinko uchowaj!), a zamiast kalibru 9mm trzymałbym w rękach pistolet na bańki. Ktoś mądry jednak podjął wyjątkowo brawurową decyzję o tym, żeby nie pierdolić się w tańcu i pójść na całość. I tak właśnie, Panie i Panowie, robi się wbrew panującym trendom i rozbija się bank najbardziej dochodowym wejściem filmu o kategorii wiekowej „R” (tylko dla dorosłych i bystrych dzieciaków, wiedzących, jak się dostać na film).

Przygotujcie się zatem na to, co tygryski i każdy samiec lubią najbardziej. Tęskniliście za soczystą jatką, pełną chlapiącej na ekran krwi? Podano do stołu! Chcieliście usłyszeć dowcipy, od których uszy Waszych matek i dziewczyn nabiorą czerwonego koloru, a na Waszych twarzach pojawi się jednocześnie obleśny, ale zarazem spełniony uśmiech? Tak, tak, to też tutaj jest. Tak samo, jak wyjątkowo piękne kobiety pokazujące swoje niesamowite walory i nie mam tu na myśli zdolności kucharskich,

jeżeli wiecie o czym mówię. Akcja ani na moment nie zwalnia, wasze gałki oczne nie będą wiedział na co patrzeć (Paniom polecam skupienie się na moich jędrnych pośladkach). . Dostarczałem scenarzystom naprawdę spore ilości dobrego towaru, dlatego też praktycznie każda scena skwitowana jest jakimś gagiem, czy moim bardzo zabawnym tekstem, nawiązującym do popkultury i znanych wszystkim życiowych klisz. Wszystko to określone genialnym soundtrackiem ściągniętym prosto z mojego iPoda. Miłośników organów i orkiestry symfonicznej prosimy o opuszczenie sali kinowej, gdyż nie znajdziecie tutaj pompatycznego grania. Na mojej playliście jest miejsce tylko na dobrą, podnoszącą ciśnienie muzykę, wiecie DMX i te sprawy. To wszystko składa się na dobrą zabawę przez około sto dwadzieścia minut.

Ale, ale, ja tak się rozpływam nad scenariuszowym mięskiem, a kompletnie nie wspomniałem o aktorach i aktorkach. Musicie mi wybaczyć, trochę wypadłem z wprawy, bo ostatni raz pisałem recenzję „Kac Wawy” i tamto wyzwanie niemal całkowicie pozbawiło mnie jakichkolwiek zdolności pisarskich. Wracając jednak do meritum. Kiedy producenci zadzwonili do mnie z pytaniem, kto powinien zagrać moją postać powiedziałem im: „Każdy tylko nie Ryan Reynolds. Wiecie, może akurat Bradley Cooper będzie wolny, co?” Wiecie, dlaczego nie Reynolds. Z dwóch powodów. Po pierwsze gościu zagrał Zieloną Latarnię w filmie pod tytułem, uwaga!, będzie zaskoczenie: „Zielona Latarnia” (Wow! Szok! Niedowierzanie!).

Czyli wcielił się w postać gościa w lateksie, najbardziej znienawidzonego przeze mnie typu ludzi, oprócz miłośników Multipli i tych zajmujących dwa miejsca w tramwaju. Drugim powodem było to, że gościu ma totalnego fioła na moim punkcie, wiecie, trochę tak jak Mark Chapman. Wiecie, ołtarzyk w pokoju, przy którym palą się świeczki, gatki z moim logiem, nawet w Halloween się za mnie przebrał. Więc kiedy dowiedziałem się, że jednak ostatecznie decyzja padła na niego, to nie mogłem się powstrzymać przed wpadnięciem z kulturalną wizytą do szefów wytwórni. Spokojnie, wiem co sobie teraz myślicie – przyszedł i zrobił jatkę. Bardzo się mylicie, moi drodzy! To była rozmowa na poziomie, przy herbacie i ciastku, zakończona konkluzją, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Z resztą, skoro to ubezpieczenie zdrowotne jest takie drogie, to naprawienie kilku złamań, skręceń i uszkodzeń pewnych wrażliwych dolnych części ciała nie powinno stanowić problemu. Niechętnie muszę jednak przyznać, że Ryand Reynolds daje radę. Jest oczywiście daleki od pierwowzoru, czyli ode mnie, ale nawet tak wymagający krytyk filmowy musi przyznać, że gra tutaj jedną ze swoich życiowych ról. Pewnie to dlatego, że podczas mówienia „cukierek albo psikus!” niejeden raz rzucał moimi tekstami, wiem, bo raz za razem odwiedza mój dom. Ale tak to już czasem bywa, jak jest się sławnym. Oprócz mojego psychofana, na ekranie będziecie mogli obejrzeć piękność prosto z Brazylii, czyli Morene Bacarin. Przyznać trzeba, ma dziewczyna wiele umiejętności i talentów, nie tylko aktorskich. W głównego złego wcielił się Ed Skrein i muszę powiedzieć, że faktycznie wyglądał jak koleś, któremu nie powierzylibyście nawet teściowej, w obawie przed nadmiernym okrucieństwem (chyba, że jesteście zdesperowani, wtedy przyjdźcie do mnie, mam jego numer). Nie mogę też nie wspomnieć o gościnnym występie X-menów: Colossusa i Negasonic Teenage Warhead (prawdopodobnie najlepsza ksywa na świecie). W ich rolę wcielili się po kolei: jako aktor głosowy – Stefan Kapcic i Ellie Phimister. Przynudzający stalowy koleś, stanowiący wzór cnót wszelakich i znudzona życiem nastolatka: czyż to nie wspaniały duet przeciwieństw?

Prawda, nie wszyscy mogą uznać to wszystko za tak wspaniałe, jak przedstawiam. Niektórzy powiedzą nawet, że to prostackie, ohydne i wyjątkowo grubiańskie. Ale wiecie, oni zazwyczaj biorą już tonę tabletek, zasypiają przed telewizorem o 18:00, a stoi im… znaczy się przychodzi im wystawać swoje w kolejkach do lekarzy. Tak że, jeżeli obce jest Ci noszenie sztucznej szczęki i lubisz czasem srogo się uśmiać z dowcipów prosto z miejskiej speluny, to zapraszam na miejsce obok mnie… tylko spróbujcie w trakcie seansu głośno siorbać colę, to skończycie jak recenzent Cholewa… do którego zresztą powoli się zbieram, bo środki odurzające w postaci moich starych skarpet właśnie przestały działać. Do zobaczenia… kiedyś tam robaczki!

Ocena: 10000/5

Dyskusja