Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Idąc prosto przed siebie nie można zajść daleko… a u Gromyko i tak idą – recenzja książki pt. „Rok Szczura. Wędrowniczka”

Gdy na księgarnianych półkach pojawił się „Rok Szczura”, stanowił jeden z ciekawiej zapowiadających się cykli fantasy, opierających się na lekkości przekazu, przyzwoitym humorze oraz motywach rodzimowierstwa słowiańskiego. Olga Gromyko niejednokrotnie udowadniała, że rodzimy folklor jest jej nieobcy i warto na niego postawić, jednocześnie nie odłączając się całkowicie od mainstreamowych zachodnich tendencji gatunku. Tym razem białoruska pisarka wybrała sielskie klimaty, odwracając się tym samym od głównych nurtów kolegów po piórze. „Widząca” nie była arcydziełem, ale w pewnym sensie ewenementem już tak. Może nie najlepsza fabuła nie wciągała za bardzo, ale quasiśredniowieczny świat, przedstawiony z bogatą kulturą chłopską i wiejskim anturażem, to już inna broszka. Czy „Wędrowniczka”, drugi tom, wciąż cieszy owym czarem?

Ryska do niedawna była zwyczajną szarą myszką, mieszkającą w ustronnej wsi i służącą bogatemu krewnemu. Jedyne czym odróżniała się od rówieśników to „widzenie”, czyli swego rodzaju umiejętność jasnowidztwa. Jej życie jednak nigdy nie było proste, lecz dopiero, kiedy poznała Żara, a tuż potem zaklętego w szczura Alka, wszystko zaczęło się komplikować. Choć z drugiej strony – świat protagonistki wreszcie nabrał barw. Ciągle w drodze, ciągle uciekając przed demonami przeszłości, ciągle zmierzając do niepewnego celu. I mimo że bohaterowie wciąż tułają się z jednej wioski do drugiej, wielki świat zaczął dawać o sobie znać.

Miłośników „Wiernych wrogów” zapewne zachwyci fakt, że Gromyko po raz kolejny napisała powieść drogi, może nie tak efektowną jak poprzednia, ale z całą pewnością wnoszącą do gatunku powiew świeżości. Niestety, to co w pierwszym tomie działało na czytelnika niczym magnes, w tym zostało przesycone i momentami odpycha. Wielokrotnie odnosi się wrażenie déjà vu, a schematyczność i rutyna wędrówki postaci nierzadko nuży. Na szczęście, poza tułaczką po bezdrożach, bohaterom zdarzają się ciekawsze epizody, a nawet mają oni okazję od czasu do czasu wpaść w poważniejsze tarapaty bądź powalczyć – te aspekty pokazują, że autorce, mimo paru poślizgnięć, błyskotliwych pomysłów ani poczucia humoru nie brak.

Pierwsza część, „Widząca”, wprowadziła czytelnika do magicznego, swojskiego świata, przepełnionego wierzeniami Słowian. I chociaż Gromyko stara się budować scenerie beztroskie, czuć, że za sielskimi krajobrazami i kulturą kryje się okrutna rzeczywistość, bezwzględna władza oraz zło, które nie zważa na nic, gdy przychodzi mu wprowadzać swoje plany w życie. Co ciekawe, nie jest to do końca typowa wizja fantasy – nie ma tu wiekopomnych wypraw, okraszonych wielkimi czynami, scenami batalistycznymi, chwalebnymi rycerzami i pięknymi księżniczkami. „Wędrowniczka” to zasadniczo opowieść wzorowana na klasycznym schemacie, w którym autorka dodała od siebie sielskie otoczenie, pozmieniała detale i zmniejszyła skalę. W porównaniu do „Władcy Pierścieni” czy „Pana Lodowego Ogrodu” wszystkie wydarzenia wypadają dość minimalistycznie i zostały przedstawione z mniejszą pompą.

Z bohaterami sprawa nie jawi się niestety tak kolorowo – nie przypadają do gustu tak, jak chociażby ci z „Wiernych wrogów” czy „Wiedźmy”. Pisarka wykreowała co prawda postacie niesztampowe, ale ich rys psychologiczny już taki dobry nie jest. Za główną bohaterkę robi prosta dziewczyna, obdarzona pseudoproroczym darem i wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że protagonistka zachowuje się diablo nielogicznie – często wydaje się, że nie potrafi wyciągać wniosków i w ogóle jakby brak jej wyobraźni, co skutkuje licznymi niedociągnięciami w materii wątków pobocznych, związanych z przeszkodami w wypełnieniu misji oraz irytacją czytelnika. Do tego należy doliczyć marudę roku, czyli szczura Alka, który bez przerwy narzeka, że chciałby powrócić do swej pierwotnej postaci. Nawet rzezimieszek Żar – mimo wdzięku, przekonującej osobowości i zarażającej żądzy przygód – nie rehabilituje wpadek dwojga kompanów..

Ze względu na sprawny warsztat autorki, warto sięgnąć po książkę. Gromyko doprowadziła swoje pióro niemal do perfekcji. Oczywiście nie operuje wysokoartystycznym słownictwem, a szkice fabularne czasami pozostawiają wiele do życzenia, ale – podobnie jak Stephen King – ujmuje odbiorcę prostotą i ukazywaniem wszystkiego w najbardziej jasny, zwięzły sposób. Dodatkowo nader często wplata w opowieść pokaźną dozę humoru w wielu wariantach, choć stara się unikać jego najbardziej rubasznych form. Niestety, mimo że wykonanie scenerii, dialogów oraz opisów stoi na przyzwoitym poziomie, to pisarce nie udało się uniknąć monotonii, którą (mniej lub bardziej udolnie) stara się tuszować wątkami pobocznymi, dającymi chwilę wytchnienia od żmudnej tułaczki i czytelnikom, i bohaterom.

W ostatecznym rozrachunku, „Wędrowniczkę” można podsumować dwoma słowami – rutyna i niedosyt. Ewidentnie mamy do czynienia z syndromem środkowej książki, będącej „zlepiaczem” wstępu i zakończenia, bez specjalnie wyszukanego rozwinięcia. W dodatku wiele wydarzeń przedstawionych w książce wlecze się niemiłosiernie, a zanim właściwa akcja na dobre zdoła się rozwinąć, otrzymujemy „Koniec tomu drugiego”. I byłoby to dobrym zabiegiem, gdyby chociaż przytrafiło się coś wartego uwagi, a tak historia ucina się w połowie, co wyłącznie irytuje. W tym tomie Gromyko raczej zawodzi, mimo że serwuje coś innowacyjnego, jednakowoż zabrakło swoistej przyprawy, nadającej smak.

Ocena: 3/5

Dyskusja