Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Król z antybajki – recenzja książki „Król Cierni”

Mark Lawrence w „Księciu Cierni” pokazał, że protagonistą naprawdę znakomitej, dobrze skonstruowanej, wciągającej i dającej do myślenia powieści fantasy wcale nie musi być cny rycerz ani bohater starający się naprawiać świat podług własnych idei. Pisarz udowodnił, że w głównej roli można obsadzić postać całkowicie zepsutą, wyzbytą norm moralnych i empatii. Człowieka, dla którego liczy się tylko korona, nawet jeśli miałby za sobą pozostawić stosy trupów, a królować jedynie nad połaciami ruin i popiołów. I chociaż „Książę Cierni” brutalnymi scenami i szczegółowością godną gore mógł wielu przyprawić o skręty kiszek, w „Królu Cierni” to wrażenie jest jeszcze spotęgowane.

Jorg Ancrath rozpoczyna wprowadzać ambitne plany w życie. Jak ogłosił – w wieku piętnastu lat miał zostać królem. I dokonało się. Wprawdzie nie ziem swego ojca, tylko wuja, ale proroctwo się wypełniło. To właśnie on, będąc jeszcze księciem, w najbardziej niecny i podstępny sposób dosłownie zmiótł z powierzchni ziemi jedno z nigdy niezdobytych miast, a co za tym idzie – otworzył furtę do cesarskiego tronu ojcu. Po czym zdradziecko został niemal zgładzony przez rodziciela. Jedno, co dzięki temu zyskał, to brak strachu przed królem Ancrath. Przyszedł jednak czas, by spełnić drugą prognozę – mając lat dziewiętnaście miał założyć imperatorską koronę. Teraz wiek się zgadza, lecz fotel imperatora wciąż majaczy w oddali, zaś armie wrogów stoją u bram. W konwencjonalnej walce młody król nie miałby najmniejszych szans, na szczęście Jorg słynie z niesztampowych pomysłów.

Drugi tom perypetii Jorga nie jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniego – akcja powieści dzieje się cztery lata później i na początku (podobnie jak w „Księciu Cierni”) czytelnikowi trudno obeznać się z bieżącymi wydarzeniami oraz zaistniałą sytuacją. Autor bowiem bawi się w puszczanie odbiorcy na nieznane wody, aby – dopiero po pewnym czasie – rzucać mu retrospekcje w charakterze kół ratunkowych. Owe wspomnienia, chociaż oszczędnie dawkowane, uzupełniają historię Jorga oraz wyjaśniają okoliczności, które doprowadziły do obecnego stanu rzeczy. Miłośnikom linearnej chronologii może taki zabieg nie przypaść do gustu, ale cóż… de gustibus non est disputandum. Poza tym fabuła drugiej części losów młodego Ancratha znacznie różni się strukturą od pierwszej – forma wydarzeń nie jest już taka beztroska, brak w niej swego rodzaju błędnych przygód, a lekka chaotyczność scen tym razem nie ma racji bytu; autor postarał się, aby treść w ostatecznym rozrachunku jawiła się jako spójna całość.

Wracając do meritum: Jorg mierzy się już nie tylko z trudnościami natury taktycznej, lecz staje także w obliczu wyzwań wielkiej polityki. Na szczęście tytułowy antybohater sprawnie szafuje asami z rękawa, których czasem jest zbyt wiele – i tu może u czytelnika wystąpić lekka irytacja, Lawrence miejscami daje Jorgowi fory, aczkolwiek z drugiej strony równoważy je natłokiem przeciwności losu i kłodami rzucanymi pod nogi protagonisty.

Świat przedstawiony to swego rodzaju melanż dark i low fantasy, stanowiący wariację naszego świata, gdzie współczesne cywilizacje w niewyjaśniony sposób przestały istnieć, a na całym globie ostały się mocno podniszczone ruiny, które dałoby się zliczyć na palcach obu rąk. I to one właśnie są najbardziej ambiwalentnym elementem utworu – z jednej strony irytują, lecz z drugiej można je odebrać jako (banalne) rozwiązanie fabularne, ułatwiające Jorgowi drogę do celu (na przykład stosowanie do pokonywania wrogów, bardzo rzadkie, ale jednak, nowoczesnej technologii (np. bomb), uważanej przez bohaterów za dzieło magicznego artefaktu). Być może Lawrence rozwinie ten wątek w następnej części i wyjawi jej tajemniczą rolę. W tym tomie jednak autor bardziej kieruje atencję czytelnika na quasi średniowieczne aspekty oraz rozwiązania raczej normalne w tym świecie. Wypada wspomnieć, że nie mamy do czynienia z powieścią postapokaliptyczną sensu stricto, co może nieco sugerować powyższy opis. Lawrence po prostu subtelnie wplótł w książkę tezę Einsteina, jakoby czwarta wojna światowa miała się odbywać na kije i kamienie, z czego – idąc tym tropem – w „Królu Cierni” wojna globalna ma wymiar średniowieczny. Czyli (w skrócie) na Ziemi, jaką znamy, zapanowały po raz drugi wieki średnie, pozbawione wiedzy sprzed zagadkowej apokalipsy.

Lawrence kreśli niezwykle dokładny rys psychologiczny protagonisty – czytelnik otrzymuje bohatera złożonego, dopracowanego i zupełnie niepapierowego, z paletą cech zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. To nie jest postać prosta, po której można by spodziewać się określonych zachowań. Jorg to osoba o zmiennym usposobieniu, gwałtownym temperamencie i targana silnymi emocjami. Choć młoda na ciele, to doświadczona przeżyciami oraz zraniona na duszy. Owa sylwetka z pewnością jest niebywale dwoista i spodoba się sympatykom martinowskich bohaterów, lecz zupełnie nie przypadnie do gustu miłośnikom średniowiecznych romansów czy postaci konstruowanych według archetypów. Z obsadą drugoplanową i epizodyczną jest ten problem, że – mimo dobrej kreacji, niepretensjonalności i posiadania indywidualnych cech – ich role zasadniczo ograniczają się do stanowienia tła dla głównego bohatera.

Z lekkością pióra prozaik dotychczas nie miał problemu, dlatego drugi tom trylogii czyta się – a właściwie pożera! – niezwykle szybko. Wprawdzie narracja, która rzuca odbiorcę raz w czas rzeczywisty, raz w retrospekcje, a raz przedstawia korespondencję jednej z bohaterek, może na początku nieco przeszkadzać, ale – po zagłębieniu się w lekturę – w pewnym momencie wszystko zaczyna stanowić integralną całość, dopełniającą się i budującą nowe tajemnice. W przypadku „Króla Cierni” mamy ponadto do czynienia z powieścią bardziej wyważoną i ukierunkowaną, niż w poprzednim tomie. Zdarzenia na szczęście wciąż pozostają nieprzewidywalne, a opisy oraz introspekcje nie dłużą się przesadnie i nie zostały wciśnięte do treści na siłę. Warsztatowo Mark Lawrence postawił krok naprzód.

Sięgając po „Króla Cierni” trzeba brać pod uwagę fakt, że podczas lektury nie zabraknie brutalnych scen i emocjonujących zwrotów akcji. Angielski pisarz stworzył okrutną, nasiąkniętą krwią, bestialstwem i bezwzględnością wizję fantasy, pokazującą, że wojna o władzę ma wiele obliczy, a najbarwniejsze jej elementy to intrygi, spiski, fortele, podstępy oraz zdrady, które mogą przybrać wiele form. A pod tym wszystkim kryje się pointa, podkreślana czynami protagonisty i skutkami, jakie przynoszą. Wiele osób może się zaśmiać z owego stwierdzenia, ponieważ jak można w książce pełnej ciągłych walk, ordynarnego szlachtowania przyjaciół i wrogów, gdzie za głównego bohatera robi niepoczytalny nastolatek, doszukiwać się czegoś głębszego? I to właśnie ukazuje geniusz Lawrence’a, który – pod płaszczykiem prostoty oraz brutalności – przemycił dobitne przesłanie. „Król Cierni” zatem, mimo że przede wszystkim zapewni czytelnikowi rozrywkę, jest także dziełem ambitnym.

Ocena: 4/5

Dyskusja