Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nieumarły Wrocław – recenzja książki pt. „Szczury Wrocławia. Chaos”

Zombie, zombie, zombie… wszędzie tylko zombie. Ta fala trwa już dobre parę lat i raczej nie zamierza ustać. Odkąd światło dzienne ujrzał film „Noc żywych trupów” (1968) i jego kontynuacja „Świt żywych trupów” (1978) w reżyserii George’a A. Romero, branża seriali, filmów, literatury itp., związanych z nieumarłymi, żywo się rozwija. Współcześnie zombie stoi w wizjach postapokaliptycznych ex aequo ze światami przepełnionymi promieniowaniem radioaktywnym czy zmutowanym ekosystemem. Już nawet w „Sezonie Burz” Sapkowskiego raz został wspomniany zombie. I chociaż tematyka służy głównie jako tania rozrywka, to Szmidt spróbował pójść nieco inną ścieżką.

„Szczury Wrocławia” to nie tylko książka – to swoisty eksperyment literacki, łączący w sobie pozornie banalny, sztampowy temat z fabułą przepełnioną bohaterami wziętymi z realnego świata. Autor ogłosił konkurs na swoim facebookowym profilu, w którym oferował chętnym zostanie literacką postacią. Ów konkurs okazał się niezwykle popularnym przedsięwzięciem, a dodatkowo posłużył jako niemal darmowa promocja i zarazem pokazał dobry kontakt pisarza z czytelnikami. Warto wspomnieć, iż to właśnie Rober J. Szmidt wprowadził na polski rynek apokalipsę zombie w tekście „Alpha Team” i jako jeden z pierwszych rodzimych pisarzy zaczął tworzyć w nurcie fantastyki postapokaliptycznej.

Fabuła książki skupia się na ludziach próbujących przeżyć w opanowanym przez zombie Wrocławiu lat 60. XX wieku. Odkąd zaraza z Psiego Pola rozprzestrzeniła się, tylko nieliczne lokacje miasta pozostają bezpieczne, a bohaterowie wciąż muszą przemieszczać się po ulicach, stających się w okamgnieniu ich domem. Ryzyko jest wielkie i choć wielu poległo, inni wciąż podejmują się prób przetrwania i zdobycia produktów niezbędnych do przeżycia. Historia ma dość specyficzny charakter – opowiada o losach ocalonych, o służbach porządkowych, starających się zneutralizować zaistniałą epidemię, oraz pokazuje przebieg postępującej zarazy.

Szmidt w owej książce nie skupia się na kluczowym bohaterze, a zajmuje się pokaźną grupą. Zabieg wprowadzenia do świata prawdziwych postaci sprawia, że utwór robi wrażenie znacznie realniejszego, rzeczywistego. Ale właśnie w tej sferze pojawia się najwięcej minusów. Z pewnością przeczytanie na łamach powieści o tym, że się umarło – i w jaki sposób – musi być ciekawym doznaniem, ale niekoniecznie musi się to też podobać pozostałym czytelnikom. Trudno utożsamić się z jakimś bohaterem, kiedy wciąż któryś z nich ginie. Cóż, takie są realia, jednak świadomość tego, że lepiej nie przywiązywać się do postaci, raczej nie sprzyja wciągnięciu w fabułę, która (poza otoczką i dodatkami) nie imponuje. Choć „Szczury Wrocławia. Chaos” to zaledwie wstęp do uniwersum, więc opowiedziana historia może się jeszcze interesująco rozwinąć.

Z pewnością sceneria utworu jest jednym z najciekawszych aspektów. Mamy wielkie miasto, mamy apokalipsę zombie, mamy ocalałych, próbujących powstrzymać zarazę bądź odnaleźć znajome miejsce, ale to wszystko można znaleźć również w szeregu innych dzieł. Wizja Szmidta przenosi apokalipsę nieumarłych do Wrocławia roku 1963, dokładnie w czas… epidemii ospy. Wydarzenie to zostało przez autora sparafrazowane i wykorzystane jako zarzewie dla zagłady. PRL pewnie wielu ludziom wydawał się mało interesującym czasem i miejscem osadzenia takiej powieści, ale Szmidt udowadnia, że ówczesne realia (cała ta otoczka komuny i wszechobecne jednostki ZOMO, milicji oraz KBW) są idealnym rozwiązaniem obronnym przeciw hordom mięsożernych potworów. Oczywiście nie znaczy to, żeby byli jacyś doskonali i niezwyciężeni – po prostu ich starcia stanowią mocny plus całej powieści. I punktem kluczowym jest miasto; miasto tamtych dni, z właściwą sobie specyfiką, klimatem, charakterystycznymi budowlami i miejscami. Coś niezwykłego.

Autor jasnym, sugestywnym językiem przepięknie zilustrował PRL doby apokalipsy zombie. Naszpikowana krwią i żądzą mordu powieść przepełniona jest sugestywnymi scenami z niemałą dozą brutalności. Akcja goni akcję, hordy zombie tylko czekają, aż ktoś pokaże się na ich terenie, a bohaterowie poddawani są trudnym próbom przetrwania i osiągnięcia obranego celu. Szmidt w pewnym sensie zapożyczył nieco od Martina, sprawiając, że śmierć nie oszczędza nikogo, nie ma znaczenia, czy odgrywał rolę kluczową czy epizodyczną. Autor nie stara się stopniować napięcia – on je tylko podkręca, żeby potem zmyślnym suspensem zaskoczyć czytelnika i rozwiać jego nadzieje.

„Szczurom Wrocławia” bliżej do ambitnych dzieł gatunku niż do przysłowiowej dolnej półki. Tematyka nieumarłych zdaje się być już nachalna, sztampowa, tworzona wyłącznie w celu taniej rozrywki. Szmidt udowadnia, że nie musi tak być. Że potrafi z czegoś pozornie banalnego uczynić literaturę na naprawdę przyzwoitym poziomie. Dodatkowo intrygującym zabiegiem wprowadza na karty powieści swoich fanów, co zasługuje na aplauz. Niestety, strona fabularna i kreacja postaci mają wiele braków, a rekompensować je może jedynie natłok barwnych wydarzeń, malownicza sceneria oraz wyśmienita narracja. Warto mieć nadzieję, iż w drugim tomie zostaną rozbudowane niektóre wątki.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja