Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Popis średniactwa – recenzja wydania DVD „Momentum”

Przeciętny amerykański bank w ciepłe popołudnie. Klienci jednak nie są zajęci wypłacaniem ciężko zarobionych dolarów. Zamiast tego siedzą na ziemi z rękami na głowie, bo – jak łatwo się domyślić – trwa napad. Grupa bandytów, ubranych w futurystycznie wyglądające kostiumy, właśnie stara się sforsować wrota skarbca. Kiedy w końcu udaje im się złamać zabezpieczenia i wykraść drogocenne diamenty, sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, a jeden z gangsterów wpada w szał. Przywódczyni grupy, w tej roli piękna Olga Kurylenko, szybko pozbywa się znerwicowanego członka zespołu i wraz z resztą szajki umyka pościgowi policji. Okazuje się jednak, że skradzione klejnoty rozgniewały ludzi na najwyższych szczeblach władzy, z tajemniczym człowiekiem o pseudonimie Senator (Morgan Freeman) na czele. Grupa znalazła się na celowniku bardzo niebezpiecznych ludzi. Czy uda im się umknąć cało?

„Momentum” w swoich pierwszych scenach zaskakuje tempem rozwoju wydarzeń. Widz zostaje błyskawicznie wsadzony na niesamowicie szybko kręcącą się karuzelę akcji. Scena napadu na bank działa niczym przysłowiowe trzęsienie ziemi Hitchcocka: momentalnie przykuwa uwagę.

Tym większa szkoda, że to pierwsze wrażenie z każdą upływającą minutą filmu coraz bardziej się rozmywa. Fabuła przypomina czasy, w których królowały produkcje z Jean Claudem Van Dammem i Stevenem Seagalem – mało wyrazistych dialogów i twistów fabularnych, dużo przemocy i akcji. Sęk w tym, że filmy ze wspomnianymi legendami kaset VHS potrafiły przykuć widza do ekranu telewizora czy to grą aktorską, czy też dobrze zmontowanymi ujęciami strzelanin bądź walki wręcz. Tego „czegoś” zabrakło w produkcji w reżyserii Stephena S. Campanelliego. Po kilkunastu minutach słuchania przewidywalnych kwestii i przyglądania się nieprzekonującej grze aktorskiej widz zaczyna się zwyczajnie nudzić. A to w filmach akcji jest po prostu niedopuszczalne! Jeżeli chodzi o sceny okładania się po twarzach, to nie wyróżniają się one niczym szczególnym na tle innych filmów tego typu – jest tutaj trochę prowizorycznej masakry przy pomocy mebli i strzelanin w hotelowym otoczeniu. Nie jest to jednak nic, czego nie mieliśmy okazji oglądać wcześniej. Niezrozumiały jest dla mnie brak rozwinięcia idei z samego początku filmu, kiedy to w trakcie napadu Olga Kurylenko i reszta jej ekipy ubrana jest w cybernetyczne stroje. Pociągnięcie dalej pomysłu pomieszania science fiction i współczesności wyszłoby obrazowi tylko na dobre i sprawiłoby, że byłby oryginalny na tle podobnych produkcji. .

Film mogli uratować jeszcze aktorzy, ale wobec ich gry również można mieć mieszane uczucia. Olga Kurylenko dopasowała się do roli niebezpiecznej gangsterki, ale kreacja jej postaci opiera się głównie na rzucaniu

przekleństwami i próbach udawania groźnej i bezlitosnej poprzez… marszczenie brwi. Wychodzi zdecydowanie nieprzekonująco. Na tle liderki gangu blado wypadają jej pomocnicy, którzy w widzu nie wywołują żadnych emocji. Może to dlatego, że nie przyznano im więcej czasu ekranowego? Jedyną postacią, która może się wyróżniać, jest Pan Washington, grany przez Jamesa Purefoya. To postać zimnego zabójcy z pogardliwym uśmiechem na twarzy, delektującego się zadawaniem bólu. Co chwila rzuca żarcikami na prawo i lewo (jak na mój gust – trochę za często), przez co wydaje się być odrobinę nienaturalny i sztuczny. Niemniej to właśnie jego postać można uznać za jeden z najjaśniejszych punktów filmu. Największym zaś minusem jest kompletnie zmarnowany potencjał Morgana Freemana. Aktora, który na swoich doświadczonych barkach mógł wznieść „Momentum” przynajmniej o jeden poziom wyżej. Niestety, reżyser kompletnie zmarginalizował jego rolę, ograniczając udział postaci Senatora do zaledwie kilku scen, wydających się być kompletnie wyrwanymi z kontekstu.

Jeżeli chodzi o próbę poszukiwania czegoś wyjątkowego w warstwie audiowizualnej, to jesteśmy skazani na porażkę. Ścieżka dźwiękowa jest bezpłciowa i stworzona tylko po to, aby czasem w tle coś pograło w trakcie scen akcji. Nie ma żadnego motywu przewodniego, który mógłby chodzić po głowie po obejrzeniu filmu. Kadry są nakręcone poprawnie, podobnie jak scenografia, ale (ponownie) jest to raczej pokaz filmowego rzemiosła – kalki odbijanej od setki podobnych tworów.

O „Momentum” ciężko jest napisać coś więcej niż to, że jest filmem średnim, wykonanym porządnie, z rzemieślniczą precyzją, ale wciąż nie wyróżniającym się niczym szczególnym. A patrząc na nazwiska na liście płac, twórców stać było na znacznie więcej. Dlatego film sprawia jeszcze większy zawód. Jeżeli nie będziecie mieli nic lepszego do oglądania, to oczywiście można poświęcić „Momentum” odrobinę uwagi (chociażby dla roli Jamesa Purefoya). Nie spodziewajcie się jednak niczego wielkiego.

Ocena: 2/5

Dyskusja