Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Socjologia w wariancie SF – recenzja książki „Rysy na tęczy”

„Science fiction wraca do łask” to stwierdzenie bardzo ryzykowne. Zwłaszcza, jeżeli zostaje skierowane do miłośników fikcji naukowej, którzy zapewne będą zażarcie bronić tego, że gatunek nigdy nie stracił na popularności. Być może fani nie zauważyli, że wydawnictwa o tematyce fantastycznej ostatnimi laty zalewały rynek raczej pozycjami postapokaliptycznymi oraz fantasy, aniżeli rasowym science fiction. Obecnie to się jednak zmienia – wznowienia klasyków oraz nowe pozycje zaczynają wyrównywać pulę gatunkową na księgarnianych półkach. Jednym z innowacyjnych tytułów są „Rysy na Tęczy”, ale czy jest to książka inna od wszystkich, ambitna, czy może kolejna zapchajdziura?

Dowódca kosmicznego statku, Tragueri, leci na Mahabor III z misją ratunkową, która ma odnaleźć zaginiony zespół z poprzedniej podróży. Ma także skontaktować się z niezbyt przyjaźnie nastawionymi mieszkańcami planety. Podczas spotkania dochodzi do konfliktu, w skutek czego paru tubylców ginie. Traugeri postanawia złamać zasady i dopuścić się niemoralnych, pacyfistycznych czynów. Tymczasem w niedalekiej przyszłości pewna para, Robert i Katarzyna, stara się dostać do prestiżowej uczelni astronautycznej. W międzyczasie, na jednej ze szkolnych wycieczek, dziewczyna doznaje urazu, który skutkuje niepokojącymi wizjami. Gdy pewnego dnia chłopak wraca z egzaminów kwalifikacyjnych, Katarzyna umiera. W przyszłości Robert zostaje komandorem oraz wykładowcą i, po długich latach samotności, zaczyna podejrzewać, że śmierć ukochanej wcale nie była taka przypadkowa. Do tego dochodzi nienormalne zachowanie przełożonych i tuszowanie przed nim wyników badań…

Początkowo w fabule panuje chaos: natłok wydarzeń, nowych bohaterów, a przede wszystkim czytelnik zalewany jest introspekcjami oraz opisami, które ciągną się niemiłosiernie. Niestety, ów toporny wstęp skutecznie uniemożliwia szybkie wgryzienie się w historię. Jednak po przebrnięciu przez pierwsze rozdziały, ton powieści staje się lżejszy i nareszcie można delektować się esencją utworu. Aleksandra Fila-Jankowska stworzyła dzieło odbiegające od schematów – za wzór obrała rzadko spotykaną w science fiction strukturę, przez co „Rysy na Tęczy” są wielowymiarowe, mimo że z początku książka jawi się jako space opera z rozbudowaną płaszczyzną metafor, wewnętrznych przeżyć czy metamorfoz. Trudno też mówić o wyważonej opowieści, bo nagminnie otrzymujemy dłużące się opisy czy ciągnące się w nieskończoność dialogi, z kolei innym razem w tych aspektach odczuwamy niedosyt. Widać zatem, że kompozycja fabularna, choć wykorzystująca całą masę trafnych spostrzeżeń, intrygujących hipotez i wyśmienitych pomysłów, kuleje od strony warsztatowej.

Kreacje postaci to bodaj najlepiej dopracowana strona powieści. Bohaterowie, mimo jaskrawych kontrastów, świetnie odnajdują się w wyobraźni czytelnika. W ich przypadku opisy, dzięki sugestywności, dokładnie ilustrują sylwetki, dbając o zachowanie indywidualnych specyfik. Zarysy poszczególnych charakterów są pełne, nie zawierają krzykliwych mankamentów i – co najważniejsze – odbiorca wśród licznej plejady bohaterów z łatwością odnajdzie swojego faworyta. Problem w tej sferze polega jednak na tym, że protagoniści są o wiele bardziej wyraziści w porównaniu z sylwetkami drugoplanowymi oraz epizodycznymi, co nierzadko tworzy zbyt wielki kontrast. Nie przeszkadza to w czytaniu, lecz cały czas ma się nieodparte wrażenie, że autorka największy nacisk położyła właśnie na główne postacie.

Przedstawiony świat obrazuje koncepcję niedalekiej przyszłości, mocno opierającej się na popularnych wizjach futurologów. Technikalia i cybernetyka stają się dominującą częścią świata, stanowiąc swoiste filary, na których stoi ludzkość. I mimo że zazwyczaj przytłaczają człowieka, bez nich cywilizowany byt tamtego czasu raczej by sobie nie poradził. Do tego dochodzi cały anturaż związany z podróżami kosmicznymi, odgrywającymi w powieści niezwykle istotną rolę (mamy tu chociażby wątek kolonizacji planetarnej oraz badań nowych przestrzeni).

Autorka pisze językiem jasnym, zrozumiałym, wyzbytym górnolotnego słownictwa, co umożliwia wszystkim swobodne czytanie i odnajdowanie się w płynnym stylu. Co innego w kwestii dynamiki fabuły, która jest strasznie nierówna. Fila-Jankowska, zamiast stopniowo przygotować czytelnika na dłuższe opisy, potrafi nagle z niezobowiązującej, wartkiej akcji przeskoczyć do filozoficznych rozterek ludzi, zagubionych w zdominowanym przez technikę świecie. Wprawdzie udał się jej wątek romansu, lecz tragedie człowieka, cywilizacji i kierunku, w jakim zmierza są zbyt jaskrawe, co przeszkadza (także ze względu na ich dużą częstotliwość) w odbiorze powieści. Zamiast lakonicznie i dobitnie, mamy często, gęsto i dosadnie. Powieści nie ratują też intrygi, choć są ciekawe i dobrze skonstruowane, ani dylematy, które – swoją drogą – także występują na kartach powieści nierzadko. Jednak należy pamiętać, że to pierwsza beletrystyczna próba Fila-Jankowskiej i jako debiutantce wyszło jej nie najgorzej.

W ostatecznym rozrachunku powieść nie wypada źle. Wprawdzie to nie rasowe hard science fiction, tylko takie poruszające, nastawione na wewnętrzne refleksje bohaterów, poznawanie samego siebie i próby odnalezienia się w nowych realiach nadto progresywnego świata. Wyraźna jest sekcja zagadnień związanych z ludzką psychiką oraz filozoficzno-alegorycznych pokazów, obrazujących, do czego może doprowadzić przesadna technologizacja. Książkę można nazwać „ciekawą, lecz trochę przegadaną”, nie można za to określić jej jako „banalną”, bo odbiega od typowych założeń rozrywkowej space opery i ma dość rozbudowaną problematykę. Nie należy się jednak zbytnio nastawiać na ciąg emocjonujących wydarzeń, suspensu czy budowania napięcia; to powieść dojrzała, acz jeszcze w niej czegoś brakuje.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja