Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Szpieg z krainy kryminałów – recenzja komiksu „Zamek z piasku, który runął”

W ostatnich latach znacząco wzrosła popularność powieści kryminalnych tworzonych przez pisarzy zza Bałtyku. Księgarniane półki uginają się od opasłych tomiszczy, na okładkach których widnieją szwedzkie nazwiska. I choć trylogia „Millennium” Stiega Larssona swe największe triumfy święciła ładnych kilka lat temu, nadal jest jedną z najczęściej polecanych serii skrywających tajemnicę zbrodni. Nic więc dziwnego, że trzy części cyklu doczekały się nie tylko adaptacji filmowej (pierwszy tom został przeniesiony na duży ekran nawet dwukrotnie), ale także komiksowej.

Szpieg, który mnie nienawidził
Główny wątek „Zamku z piasku, który runął” opiera się na losach ekscentrycznej Lisbeth Salander, której traumatyczna przeszłość związana z psychopatycznym ojcem nie daje o sobie zapomnieć.
Po strzelaninie w domu Zalachenki dziewczyna w stanie krytycznym trafia do szpitala. Jakby tych kłopotów było mało, policja podejrzewa ją o popełnienie szeregu przestępstw. Jedyną osobą, która wierzy w jej niewinność, jest Mikael Blomkvist. Dziennikarz niezależnej gazety umieszcza w swoim czasopiśmie artykuł demaskujący działania rządu i służb specjalnych, wywołując tym samym niemałe zamieszanie. Ale czy to wystarczy, by oczyścić nazwisko Salander z zarzutów?
Jeśli ktoś czytał książkę Larssona, wie, że ostatnia część trylogii zawiera bardzo dużo szczegółowych opisów (czy tak bardzo potrzebnych, to już kwestia dyskusyjna) przede wszystkim działań służb specjalnych. Na szczęście scenarzystka komiksu, Denise Mina, postawiła na prostotę i po odsianiu zbędnych informacji zostawiła tylko to, co jest w historii najbardziej istotne. Dzięki temu fabuła jest klarowna, ale z drugiej strony osoba nieznająca powieściowego oryginału może poczuć się nieco zagubiona.

Pozdrowienia ze Sztokholmu
Za stronę graficzną komiksu odpowiadają Andrea Mutti oraz Antonio Fuso (trio twórców, łącznie z Miną, pracowało również nad poprzednimi komiksowymi adaptacjami prozy Larssona).
W „Zamku z piasku…” wyraźnie widoczne są wpływy dwóch grafików. Część rysunków jest bogata w szczegóły, niemal realistyczna, naśladująca fotografie, natomiast inne to tylko zarys postaci skreślonych jakby na szybko grubą kreską, z których bije prosty, surowy i zimny klimat. Ta dwoistość nie jest przypadkowa i choć różne style ilustracji mogą początkowo nieco dezorientować, jednak z czasem odbiorca uczy się odczytywać ich kontekst i wymowę. Kadry zostały dopracowane w najmniejszych szczegółach, nic tu nie zostało pozostawione przypadkowi. Dzięki temu komiks nie jest monotonny, a zmienny sposób ilustracji nadaje całej historii więcej dynamiki.
Słowa uznania należą się także wydawnictwu Czarna Owca, ponieważ oprawa graficzna komiksu stoi na bardzo wysokim poziomie. Papier ma delikatny połysk, co w żaden sposób nie zaburza stonowanych barw i ich odbioru. Z kolei twarda oprawa i obwoluta gwarantują, że album nie rozleci się po pierwszym czy drugim czytaniu.

Człowiek ze złotym piórem
Niewątpliwie Stieg Larsson miał duży talent do tworzenia ciekawych historii. Nie da się ukryć, że Mina, Mutti i Fuso mają równie wielki talent do tłumaczenia tych opowieści na język komiksu. Dzięki ich pracy proza szwedzkiego pisarza zyskała nowe medium i może trafić do innych odbiorców, którzy w szerszej perspektywie może zwrócą się do źródła.

Dyskusja