Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Za króla! Za królestwo! Za Zwiadowców! – recenzja książki „Turniej w Gorlanie”

John Flanagan zaczął pisać opowieści ze względu na swoje dzieci, aby wzbudzić w nich fascynację literaturą fantastyczną. W tym właśnie celu powstał młodzieżowy cykl fantasy „Zwiadowcy” – wielokrotnie porównywany do siedmioksięgu „Harry’ego Pottera” J.K. Rowling, ponieważ w podobny sposób został w nim przedstawiony proces dojrzewania, młodzieńcze metamorfozy i nabywanie podczas tej drogi indywidualnych cech. Główny cykl pisarza skończył się na dwunastym tomie, lecz autor nie zamierzał porzucić ani młodszych czytelników, ani wykreowanego świata. Dlatego (względnie niedawno) ruszył z dwoma nowymi projektami, osadzonymi w realiach świata „Zwiadowców”, mianowicie z „Drużyną” oraz „Wczesnymi latami”.

„Turniej w Gorlanie” stanowi prequel starego cyklu i przedstawia losy Halta, który – wskutek spisku bliźniaczego brata – niemal zostaje zamordowany i musi uciekać z własnego królestwa oraz porzucić należną mu koronę. Takim sposobem trafia pod skrzydła mistrza Pritcharda w Araluenie, gdzie poddawany jest elitarnemu szkoleniu. Tam też poznaje Crowleya, który później staje się jego serdecznym przyjacielem. Tymczasem na ziemiach królestwa źle się dzieje. Niektórzy członkowie Korpusu Zwiadowców zostają skazani na banicję, zaś ich miejsce szybko wypełniają poplecznicy barona Gorlanu, Morgaratha. Zewsząd dochodzą wieści o bestialskich podchodach i napaściach prowadzonych przez dziedzica tronu, Duncana. Crowley nie daje temu wiary i przeczuwa, że za wszystkim stoi arystokrata, snujący dalekosiężną intrygę. Dlatego namawia Halta do pomocy przy zdemaskowaniu zdrajcy, a najlepszym do tego miejscem zdaje się być turniej w stołecznym mieście barona.

Kompozycja fabularna książki nie jest wcale innowacyjna, a jej konstrukcja opiera się głównie na wałkowanych już setki razy schematach, powielających archetypy oraz klasyczne motywy. Najlepszym tego przykładem jest główna linia historii – niczym nowym w fantasy nie jest protagonista pozbawiony dziedzictwa, zmuszony do opuszczenia kraju i trafiający w miejsce, gdzie musi zaczynać wszystko z czystą kartą. Zbytniej oryginalności nie stanowi także walka z intrygantem, próbującym – za pomocą spisków – wzmocnić swoją pozycję oraz w końcu przejąć władzę. Mimo ciągłego odczucia déjà vu i nasuwających się skojarzeń z innymi powieściami, lektura nie jest jednak aż tak bardzo przewidywalna, jak można by się spodziewać po powyższym opisie. Flanagan wprawdzie akurat w tym tomie nieprzesadnie szafuje suspensem, mylącymi tropami czy wielowątkowością, jednak powieść ma kilka bardziej zaskakujących momentów.

U bohaterów nie sposób nie zwrócić uwagi na to, że zostali sporządzeni według znanych modeli. Czytelnik jest więc raczony tradycyjnymi wzorcami z bajek, jak choćby piękny, szlachetny bohater. Jednak nie należy zapominać, że to literatura young adult, rządząca się (bądź co bądź) własnymi prawami oraz wymagająca od twórców zachowania pewnych sztampowych cech i takich, a nie innych zabiegów. Na łamach powieści występuje multum przeróżnych postaci, które często – zwłaszcza przy pierwszym kontakcie z twórczością Flanagana – mogą się odbiorcy po prostu… mylić. Oczywiście nie dotyczy to pierwszoplanowej obsady. Jednak kiedy odbiorca mocniej wgryzie się w treść, nie powinien mieć problemu z rozeznaniem. Spostrzeże także, iż prozaik lubi tworzyć intrygujących bohaterów i niewątpliwie ma do tego talent. Wprawnym piórem dobrze zarysował sylwetki, nadał im indywidualne cechy i wyrazistość, dzięki czemu zapadają w pamięć, choć nie są wcale aż takie oryginalne.

Wykreowany przez autora świat swą strukturą nie odbiega od reszty szablonowych dzieł młodzieżowego low fantasy. Niemal cała akcja utworu skupia się wokół Araluenu, gdzie szczególnie zaakcentowana jest sceneria leśnych ostępów, otwartych pól i malowniczych krajobrazów, rzadziej zaś czytelnik trafia wraz z protagonistami do zamków, wsi czy miast. Wielką rolę w fabule dodatkowo odgrywa stolica baronii Gorlanu, w której dochodzi do kulminacyjnych wydarzeń (w tym tytułowego turnieju). Podsumowując – autor w tej kwestii poradził sobie nie najgorzej, skonstruował świat poprawnie, aczkolwiek nie zaprezentował w nim niczego, co wniosłoby do jego książek powiew świeżości.

Języka powieści raczej nie można zaliczyć do wyszukanych, ale nie mamy też do czynienia z banalną mową potoczną – autor z oczywistych względów nie może operować wysoko artystycznym słownictwem, ponieważ książka kierowana jest do młodszego czytelnika. Poza tym to literatura rozrywkowa, pełna wartości i elementów dydaktycznych, lecz wciąż rozrywkowa – ma przede wszystkim sprawić odbiorcy przyjemność. Styl autora również nie należy do przesadnie poetyckich. Flanagan pisze pozornie prosto, ale ma tendencje do wplatania w treść trafnych spostrzeżeń oraz dozy komizmu. Na szczęście możemy powiedzieć, że utwór jest wyważony – akcji nie brak, introspekcje i opisy nie są rozwlekłe, a dialogi, mimo że jest ich całkiem sporo, to potrafią zaciekawić i nie nużą.

„Wczesne lata. Turniej w Gorlanie” to przyjemne, dobrze napisane czytadło, nie wnoszące jednak niczego nowego do subgatunku. Czytać książkę mogą zarówno wierni fani Flanagana, dla których historia przedstawiona w utworze będzie miłym uzupełnieniem starego cyklu, jak i ci nieznający wcześniejszej prozy pisarza. Czytelnicy, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tym uniwersum powinni móc bez problemu wciągnąć się w niezobowiązującą lekturę i nie stracić niczego na braku obeznania ze „Zwiadowcami”. Powieść można polecić zasadniczo wszystkim, szczególnie zaś tym szukającym w literaturze wyłącznie wrażeń i nie nastawiających się na nic ambitnego.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja