Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

A naprawdę to było tak… – recenzja wydania DVD „Piotruś. Wyprawa do Nibylandii”

Kim jest Piotruś Pan – wie każde dziecko. A właściwie również każdy dorosły, który żył w czasach, kiedy klasyczne animacje Disneya zachwycały wszystkich bardziej niż nowoczesne komputerowe kreskówki. Piotruś Pan to chłopiec żyjący w Nibylandii – magicznej krainie pełnej mitycznych stworzeń, Indian i piratów – który nigdy nie chce dorosnąć. Film Disneya powstał na podstawie książki sir Jamesa Matthew Barriego, ale co było wcześniej? Czy Piotruś od zawsze był chłopcem z Nibylandii, czy też sam został doń sprowadzony? Na to pytanie odpowiada film Joe Wrighte’a pod tytułem „Piotruś. Wyprawa do Nibylandii”. Albo, można by rzec, powinien odpowiadać – choć chyba w rzeczywistości stawia jeszcze więcej pytań.

Piotruś jest nastoletnim chłopcem, mieszkającym w jednym z londyńskich sierocińców. Wraz ze swoimi kolegami klepie biedę i zjada byle co, bo wszystkie dotacje i zapasy kumuluje u siebie wredna, gruba siostra zakonna prowadząca przytułek. Przy okazji dorabia sobie ona na boku, sprzedając chłopców nocami handlarzom, którzy potrzebują dodatkowych rąk do roboty w kopalni.

Handlarze ci poruszają się okrętami po powierzchni nieba, okręty są bowiem latające, i krótko mówiąc – są piratami. Zakonnicy to jednak nie przeszkadza, dopóki kasa się zgadza. Przeszkadza to natomiast nieco Piotrusiowi, który pewnej nocy zostaje wyciągnięty z łóżka i zawieziony do krainy zwanej Nibylandią, gdzie dostaje do ręki kilof i musi szukać pyłku wróżek. Tam też spotyka nieco starszego robotnika, który pomaga mu naostrzyć kilof przy pomocy haka i przedstawia się jako James Hak. Niestety ich znajomość nie trwa długo, ponieważ Piotruś szybko znajduje pyłek, ktoś inny szybko mu go odbiera i wchodzi z chłopcem w konflikt, przez co nasz bohater trafia do szefa piratów – Czarnobrodego. Tam zostaje natychmiast skazany na śmierć i pewnie na tym zakończyłby się film, gdyby nie fakt, że Piotruś potrafi latać. Oczywiście wcześniej o tym nie wie, dowiaduje się, kiedy udaje mu się poderwać tuż przed zderzeniem z ziemią i nie zabić. Potem akcja zmienia się jak w kalejdoskopie – chłopak wraz z Hakiem uciekają z kopalni kapitana, porywają statek i trafiają do wioski Indian, gdzie Hak wchodzi w niby-romans z przywódczynią tych ostatnich, Tygrysią Lilią. A to dopiero początek…

Byłoby bardzo źle, gdyby próbowano jedyny pozytywny aspekt filmu Wrighte’a widzieć w efektach specjalnych. Te rzeczywiście są fascynujące, momentami akcja zapiera dech w piersiach właśnie dzięki fantastycznemu przedstawieniu choćby walki dwóch latających okrętów w krainie pełnej wróżkowego pyłu. Czymś dużo bardziej wartym zauważenia od efektów specjalnych – które przecież dziś, w czasach wszechmocnej grafiki komputerowej, nie są niczym niespotykanym – jest gra aktorska. Na pierwszy plan wybija się grający Piotrusia, debiutujący Levi Miller. Jak na jedenastolatka, który nigdy wcześniej nie grał w żadnym filmie, Levi doskonale radzi sobie z rolą chłopca, który nie chce dorosnąć. Świetny popis kreowania postaci daje także Garrett Hedlund, odtwarzający rolę Haka. Nieco w tyle za tymi dwiema kreacjami pozostaje dopełniająca trio Rooney Mara, grająca w filmie Tygrysią Lilię, choć i jej aktorstwo nie budzi wielkich wątpliwości.

Co do fabuły jednak – ta okazuje się zbyt przewidywalna. Chłopiec osierocony przez swoich cudownych rodziców, uwięziony w świecie, do którego nie należy, trafia nagle do magicznej krainy i okazuje się, że to właśnie on jest

wybrańcem, który ma tę krainę ocalić. Czyżby kolejna część Harry’ego Pottera? Niestety, to inny film o bardzo podobnej linii fabularnej. Co ciekawe – w ogóle nie pasującej do historii Piotrusia Pana przedstawionej w jej wcześniejszych odsłonach. Tam mieliśmy do czynienia z beztroskim chłopcem, który walczył z piratami jakby nawet dla przyjemności. Tu spotykamy niewierzącego w siebie sierotę, mającego przemienić się w bezwzględnie niszczącego swoich wrogów dowódcę armii wróżek. Fabuła nie jest niestety ostatnią rzeczą, do której można się przyczepić podczas oglądania filmu. I nie mówię tu tylko o polskiej wersji tytułu, który tradycyjnie musiał zostać całkowicie zepsuty. Z oryginalnego „Pan” zachowano wszystko, poza słowem „Pan”. Tak oto jedno słowo, greckie właściwie, zostaje przetłumaczone na cztery zupełnie inne: „Piotruś. Wyprawa do Nibylandii”. Może nie byłoby to takie złe – podtytuł podpowiada bowiem, że film ma być prequelem znanej historii – gdyby nie to, że tytułowy „Pan” to nie to samo co „Piotruś”. „Pan” jest w zamyśle autorów dosłownym odniesieniem do greckiego bożka, od którego imienia nazwano także instrument – fletnię Pana (ang. pan flute). Wisiorek o kształcie tegoż instrumentu nasz bohater nosi na szyi – jest on świadectwem na rzecz niesamowitości chłopca, a graficzne przedstawienie tytułu w oryginale zawiera instrument zamiast kreseczki od A. Piotruś jest więc Panem tak samo, jak James jest Hakiem – i nie jest wszystko jedno, czy w tytule jest „Piotruś”, czy „Pan”.

Ale skoro miałem nie mówić o słabym tłumaczeniu tytułu na polski, to warto teraz przejść do dalszych mankamentów filmu. Spodziewamy się prequelu, czegoś, co było wcześniej. Wcześniej, czyli kiedy? Disnejowski Piotruś Pan nie jest chyba umieszczony w żadnym konkretnym czasie, ale wiadomo, że książkę wydano w 1911 roku. Autor powieści zmarł w 1937.

A i wytwórnia Disneya zdaje się odtwarzać w swoim dziele nieco starszy Londyn . Tymczasem W filmie Wrighte’a trwa II Wojna Światowa. Naloty niemieckich bombowców przerywają wyprawę chłopców do ukrytych magazynów wrednej zakonnicy, a latające statki pirackie ścigane są przez oddział brytyjskich Spitfire’ów. Można powiedzieć: twórca ma prawo do pewnych zmian, a akcja staje się ciekawsza, gdy strzelają myśliwce. To jednak nie koniec wariacji z czasem, ulubionym utworem muzycznym kapitana Czarnobrodego okazuje się bowiem być „Smells Like Teen Spirit” Nirvany – mają obowiązek go śpiewać wszyscy piraci i pracownicy kopalni, kiedy do portu przybija statek z nowymi niewolnikami. Problem w tym, że Kurt Cobain z kolegami nagrali ten kawałek w 1991. Czy normą jest, że autorzy filmów w kategorii fantasy pozwalają sobie na tak daleko idące ingerencje w czasowe umiejscowienie akcji? Choćby nawet dzieje Piotrusia Pana miały mieć miejsce w okresie II Wojny, to skąd wzięła się w tym czasie fascynacja Nirvaną? Nie wspominając już o tym, że „Piotruś” jest filmem familijnym, a Nirvana – ze swym przebojem „Smells Like Teen Spirit” – do zespołów tworzących muzykę dla całej rodziny ma daleko.

Czy potrzeba więcej przykładów starć twórców filmu z konwencją Piotrusia Pana? A jednak przykłady można by mnożyć. Weźmy na warsztat Tygrysią Lilię, która w disnejowskim „Piotrusiu Panu” była córką wodza, zdecydowanie młodzą od nigdy niedorastającego Piotrusia. Tutaj jest dorosłą kobietą, po śmierci wodza przejmującą władanie nad plemieniem i wchodzącą w romans z mającym póki co gołębie serce Hakiem. Zatem zauważmy – Hak później, w końcówce XIX czy początkach XX wieku, jest starszy, Tygrysia Lilia młodsza, ale wcześniej, w czasie II Wojny Światowej, są na oko rówieśnikami.

Jedyne co przychodzi do głowy przeciętnemu zjadaczowi chleba, który „Piotrusia Pana” pamięta z dzieciństwa, to to, że „Piotruś…” nie jest żadnym prequelem – nie opowiada wcale o tym, co działo się wcześniej niż to, co dobrze znamy. Jest to tak naprawdę wolna twórczość autorów, opowiadanie historii na głęboko ukrytych motywach powieści czy disnejowskiego dzieła dla najmłodszych. Coś w rodzaju: „teraz to ja wam powiem, jak to było naprawdę…”. „Piotruś. Wyprawa do Nibylandii” jest więc historią idącą tą samą ścieżką, co „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” (czyli nowa opowieść o Jasiu i Małgosi), „Królewna Śnieżka i łowca” czy „Czerwony Kapturek – prawdziwa historia”. Niektórzy, kierując się stopniem zgodności z oryginalną konwencją, postawią ten film prawdopodobnie obok „Hobbita”.

Kiedy już jednak film się skończy, zanim odłożymy pudełko na półce, nasz odtwarzacz DVD przekieruje nas bezpośrednio do umieszczonych na płycie dodatków. Dokładnie do jednego dodatku – krótkiego filmu „The Boy who would be Pan”. Filmik przedstawia różnych aktorów grających w „Piotrusiu…”, którzy wypowiadają się na temat odtwórcy głównego bohatera, próbując uczynić z niego kolejnego Daniela Radcliffe’a. Co zresztą nie jest wykluczone, bo widać że Levi Miller naprawdę ma talent aktorski. Jednak filmowy Han Solo (podobieństwo Jamesa Haka do tego kultowego bohatera prawdopodobnie nie jest przypadkowe) informujący, że dogadywał się z jedenastolatkiem jak z kumplem, to jednak dość marny deser na koniec nienajsmaczniejszego obiadu, jaki zaserwował Joe Wrighte.

Jeżeli ktoś zamierza obejrzeć film jako element sagi o Piotrusiu Panie, może się srodze zawieść. Jeżeli chce go zobaczyć tylko ze względu na zawarte w nim elementy fantasy, poczuje się pewnie nieco bardziej ukontentowany. Niestety, bardzo wiele przerysowań, efekty specjalne bijące czasem za bardzo po oczach i spore nieścisłości historyczne mogą obniżyć poziom satysfakcji. Podniesie go dobra gra aktorska i kilka humorystycznych smaczków. Niektóre niestety odbiorca może dodać od siebie. Kiedy Piotruś zwraca się do swojej matki: „Mam twoje oczy”, a ona odpowiada mu „Masz moje serce”, aż cisną się na usta słowa „Teraz poskładaj mnie do kupy”. A przypuszczam, że do takiego poskładania będzie musiało dojść, bo twórcy nie opowiedzieli chyba jeszcze historii do końca…

Ocena: 3/5

Dyskusja