Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Drużyna B (jak „błoto”) – recenzja powieści „Skrzydła ognia. Smocze proroctwo”

Oto historia jakich wiele: pięcioro przyjaciół różnego pochodzenia i o odmiennych charakterach ma za zadanie ocalić świat przed wojną. Czekają ich: wyczerpujący trening, odosobnienie od świata, surowi nauczyciele, młodzieńczy bunt i pragnienie wolności. Różnica między tą historią a innymi o podobnym schemacie jest dosyć wyraźna, bowiem pięcioro wybrańców nie jest nastolatkami, a smoczętami…

Smaug, Draco, Saphira, Villentretenmerth, Norbert, Temeraire, Mnementh, Ramoth i…
Łupek?! Smokoluby pewnie już domyślają się, że na swych regałach powinni szykować miejsce na kolejną serię. Pozostali niech wiedzą, że wraz z cyklem „Skrzydła ognia” pojawia się kilkoro nowych pretendentów do listy najpopularniejszych smoków w literaturze!

„W noc najjaśniejszą pięć jaj się wykluje…”

Oaza, królowa Piaskoskrzydłych smoków, została podstępnie zabita. I to przez istotę dużo mniejszą od siebie, żeby nie powiedzieć żałosną. Zostawiła po sobie trzy córki i żadnego testamentu, czego skutków można się już domyślać. Pożoga, Żagiew i Iskra zaciekle rywalizują o tron, związując walką niemal wszystkie plemiona smoków z całej Pyrrii. A gdzie trzy kobiety się biją…

…tam wciąż jest nadzieja, bo to przecież literatura fantastyczna, a nie jeden chłopak na trzy siostry. Bowiem proroctwo wygłoszone przez smoczego Wieszcza mówi, że w pewną noc wykluje się pięć smocząt, które zakończą wojnę. I to wokół nich kręci się cała dość nieskomplikowana historia.

Głównymi bohaterami powieści są smoki w liczbie sztuk pięciu: Łupek, Tsunami, Gloria, Słonko oraz Gwiezdny Lotnik. Każde z nich należy do innego gatunku (w świecie wykreowanym przez autorkę występuje ich kilka, a skrócone opisy wraz z rycinami znajdziemy w prologu) i każde wykazuje inne cechy, lecz w żadnym przypadku nie są to osobniki heroiczne (nie, Tsunami, ty jesteś porywcza). Rozbieżność z tym, czego oczekiwałoby się od „wybrańców” dostrzegają także starsze gady, pod których opieką znajdują się przyszli wybawcy Pyrrii.

Sam świat wydaje się być zamieszkały i rządzony wyłącznie przez smoki. Z biegiem akcji dowiadujemy się jednak, że oprócz nich i zwykłych zwierząt pojawiają się też „wyskrobki” (niech mnie ktoś oświeci skąd mogła się wziąć ta nazwa!). Stosunek gadów do tych małych, pozbawionych łusek dwunogów przypomina relacje ukazane w „Smoczym Rycerzu” Gordona R. Dicksona, gdzie smoki traktowały ludzi jak pomniejszy, nieco dziwny, gatunek i nazywały ich „jerzymi”. Choć „wyskrobki” pojawiają się tylko epizodycznie, to można podejrzewać, że odegrają jeszcze jakąś rolę w kolejnych tomach cyklu.

Łuskowaci bohaterowie przedstawiają za to całą gamę osobowości, charakterystyczną zazwyczaj dla ras humanoidalnych. Jako ciekawostkę można dodać, że gdyby podmienić wszystkie gady w powieści na ludzi (a nietrudno wyobrazić sobie takie odpowiedniki), historia wciąż miałaby sens i była wiarygodna, choć mniej oryginalna.

„Łupek czuł, że jest mniej więcej równie niebezpieczny jak kalafior”

Konstrukcja powieści na pierwszy rzut oka przywodzi na myśl literaturę młodzieżową. Fabuła jest nieskomplikowana i liniowa, postacie, choć różnorodne, to naiwne, język prosty, a – co najważniejsze – główni bohaterowie do złudzenia przypominają ludzkich nastolatków. Motyw grupy przyjaciół ratujących świat jest często spotykany właśnie w produkcjach dla młodzieży, a nawet dzieci. Smoczęta nie są dorosłymi osobnikami, ale nie są też pisklętami, a zatem można powiedzieć, że to gadzia młodzież. Potwierdza to fakt, że lubią stawiać się swoim surowym opiekunom, często się sprzeczają i nudzi ich nauka. Naprawdę, gdyby zamiast nich w jaskini oddalonej od cywilizacji umieścić Łukasza, Tosię, Gabrysię, Sarę i Gwidona, mielibyśmy do czynienia z typową powieścią dla młodszych czytelników, próbującą konkurować z „Harrym Potterem”.

Dlaczego więc nie powiedzieć po prostu, że „Smocze Proroctwo” jest powieścią młodzieżową i dać temu tematowi spokój? Zwracam na to uwagę, ponieważ zakradają się do niej pewne nieścisłości gatunkowe. Jest to przede wszystkim wciskanie do świata postaci wyjętych żywcem z „Pieśni Lodu i Ognia” (gdzie trup trupa trupem pogania), takich jak królowe Czerwień i Pożoga, lubujących się w zabijaniu innych smoków w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. Jasne, czarny charakter jest praktycznie niezbędny, ale w literaturze dla młodzieży wystarczyłoby wrzucanie do lochu. Jeśli natomiast autorka zamierzała trafić do dorosłych, powinna była sprawić, by cała powieść miała większy „pazur”. Choć nie jest to wielka ujma, nie ma co na siłę robić z dzieci dorosłych i na odwrót. Albo odgryzanie głów albo nastoletnia niewinność.

„Halo! Czy w środku znajduje się smoczę przeznaczenia?”

Choć język, jakim napisano „Smocze Proroctwo” (i nie mam tu na myśli przepowiedni) jest bardzo przyzwoity, to powieść traci wiele uroku przez liczne powtórzenia. Dla przykładu Gwiezdny Lotnik „(…)schludnie układał w schludne stosiki”. A może o czymś nie wiemy i w Pyrrii schludne stosiki mogą być bardzo chaotyczne? Takich przykładów jest niestety więcej i trudno stwierdzić, czy popisała się autorka, czy tłumacz. Kolejną wadą jest coś zupełnie niezwiązanego z warsztatem autorskim, a mianowicie… krój pisma, którego użyto w druku! Na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od typowego szeryfowego fontu, jaki używany jest w książkach. Dopóki nie trafi się na wyraz, gdzie litery C oraz T sąsiadują ze sobą. Z niewiadomych przyczyn są one połączone, co wygląda dosyć dziwnie i nie jest ani niczym uzasadnione ani schludne, w przeciwieństwie do stosików Lotnika. Na pochwałę zasługuje za to okładka, która przyciąga oko niesztampowym, nieco komiksowym stylem ilustracji.

A więc smoczęta przeznaczenia. Smaug nawet nie zaszczyciłby ich spojrzeniem (za to jestem pewna, że oglądałby się za Czerwienią ku zazdrości Pożogi). Temeraire’owi mogłyby wyczyścić uprząż. Ale Saphira mogłaby się z nimi zakumplować. Czy znajdą swoje miejsce w kanonie smoków? Raczej gdzieś przy końcu listy, choć nie znaczy to, że – zgodnie z tym, co mówi Wieszcz i ich opiekunowie – są do bani. Po prostu nie wyróżniają się niczym szczególnym i do złudzenia przypominają nastolatków z sąsiedztwa, ratujących Nowy Jork przed siłami zła.

Czy zatem przeczytać „Smocze proroctwo”? Tak, jak najbardziej, gdyż powieść utrzymuje się na dobrym poziomie i pomimo niewielkich mankamentów czyta się ją z przyjemnością. Czy postawić na półce? Tak, jeśli jesteś miłośnikiem smoków. Jeśli nie, możesz ją spokojnie wypożyczyć i oddać, gdyż nie będzie perełką w twojej kolekcji fantastyki. Komu ją polecić? Raczej młodszym czytelnikom lub smokologom w dowolnym wieku.

Ocena: 4/5

Dyskusja