Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gdyby Harry był średniowiecznym trenerem Pokemonów… – recenzja „Summoner. Zaklinacz”, księga pierwsza „Początek”

Czytając skrócony opis fabuły „Summonera”, można bardzo szybko się zrazić. Powieść odpycha powielaniem wielu utartych schematów, takich jak trójka nastoletnich bohaterów różnych ras, walka ludzi z orkami czy motyw szkoły magii. Brakuje tylko taniego romansu i mamy kolejny młodzieżowy tytuł napisany na jedno kopyto. Ale co by było, gdybyśmy dali szansę chłopaczynie ze wsi, zmanierowanej elfiej księżniczce i wyalienowanemu krasnoludowi?

Wielu z Was zapewne nie wie nawet, o czym traktuje powieść i nie rozumie, czym tu się zrażać. Brytyjski autor Taran Matharu proponuje nam opowieść o losach trójki niecodziennych przyjaciół, której tłem jest konflikt królestwa Hominium z hordami dzikich orków. Wojna jest tym gorsza, że barbarzyńcy potrafią posługiwać się pierwotną magią, by przyzywać potworne demony. Taki układ sił wymusza na ludziach rzucenie do walki własnych magów bojowych, a tych szkoli się już od młodzieńczych lat w Akademii Vocanów. Trafiają do niej uzdolnieni nastolatkowie z bogatych rodzin oraz nieliczni plebejusze wykazujący umiejętności magiczne.

Fletcher, główny bohater powieści, jest zmuszony do opuszczenia swojego opiekuna oraz domu wskutek niefortunnych wydarzeń i w końcu sam zostaje kadetem w akademii. Chłopak szybko znajduje sobie przyjaciół i wraz z nimi stawia czoło trudom pierwszego roku w szkole magów.

Nie da się ukryć, fabuła jest naprawdę banalna, nawet jak na powieść skierowaną do młodszych czytelników. Profil psychologiczny poszczególnych ras jest kalką pomysłów sprzed wielu lat – elfy są wyniosłe, krasnoludy nieufne, zaś ludzie z grubsza neutralni. Opis szkolnych zajęć oraz samej akademii przywodzi na myśl „Harry’ego Pottera” z tą różnicą, że wydarzenia z „Summonera” nie rozgrywają się w czasach bliskich współczesności. Tak naprawdę trudno porównać realia świata przedstawionego do historii Ziemi, gdyż natkniemy się na elementy nawiązujące do różnych czasów (np. miecze, łuki i broń palna) oraz kultur (znów miecze, typowo europejskie, a z drugiej strony kopesze pochodzące nie tylko z innego regionu, bo okolic Egiptu, ale też czasów). Ten miszmasz na szczęście nijak nie ujmuje powieści klimatu ani spójności – w końcu to fantasy! Samo nawiązywanie do Harry’ego nie jest zbyt natrętne, ale bardziej wnikliwemu czytelnikowi może dawać się we znaki. Tym, co odróżnia członków Akademii Vocanów od studentów Hogwartu, jest fakt, że każdy z nich zamiast żaby lub sowy posiada własnego demona (niekoniecznie kieszonkowego). Serca czytelników ma za zadanie zdobyć Ignatius – stwór będący nieślubnym dzieckiem fretki i smoka, który przypadł w udziale Fletcherowi. Oprócz niego autor opisuje wiele rodzajów przybyszów z innego wymiaru, nadając im przeróżne nazwy i cechy oraz dzieląc na poziomy odpowiadające sile. Właśnie stąd wywodzi się moje skojarzenie z „Pokemon” – młodzi kadeci ćwiczący walkę ze swoimi stworami, które na czas odpoczynku są przez nich wchłaniane (odpowiednik chowania do pokeballa).

W kwestii bohaterów ludzkich (lub raczej humanoidalnych, jeśli brać pod uwagę elfkę i krasnoluda) także występuje spora różnorodność, a nawet dwubiegunowość. Autor stara się mocno zaznaczyć różnice między dwoma warstwami społecznymi – szlachtą i gminem. Fletcher, wywodzący się z tej drugiej, jest systematycznie dręczony przez przedstawicieli pierwszej i vice versa. Mimo tego, że uczniowie niżej urodzeni mają znacznie mniejsze zdolności magiczne, gdyż nie byli od dziecka uczeni przez rodziców, radzą sobie bardzo dobrze. Los często uśmiecha się do nich nieco szerzej niż do wyniosłych bogaczy, zatem można powiedzieć, że autor ich faworyzuje, przedstawiając tych drugich w bardzo złym świetle. W przeciwieństwie do narratora, jedna z postaci nie ma wyrobionego zdania na temat członków kast społecznych. Mowa tu o elfiej księżniczce Sylvie. Sama pochodzi z królewskiej rodziny, lecz ze strony niżej urodzonych spotyka ją więcej dobrego, przez co cała jej rola w powieści sprowadza się do wewnętrznego rozdarcia. Kreacja postaci krasnoluda Othella ma za zadanie wyolbrzymić rasistowskie zapędy ludzi w stosunku do jego rasy. Poza tym bohater daje się bardzo łatwo polubić, podobnie jak jego chowaniec – dzielny golem Solomon.

I w końcu Fletcher. Biedny, udręczony to przez wioskowego ważniaka, to przez szkolnych arystokratów chłopak, którego los rzucił na nieznane wody. Większość czasu spędza na nauce i sprzeczaniu się z wrogami, ale nie to jest w nim najważniejsze. Z jednej strony jest to osoba wyjątkowa, bo posiada bardzo rzadkiego demona i szybko uczy się nowych technik, ale nie czyni go to męskim odpowiednikiem Mary Sue. Czytelnik z pewnością szybko go polubi i utożsami się z niektórymi z jego problemów.

Taran Matharu zaserwował nam fantastyczny koktajl, łączący wszystko to, co już doskonale znamy z literatury młodzieżowej, gier wideo oraz filmów. Z jednej strony możemy poczuć się znudzeni, gdyż wszystko to było już wałkowane milion razy i ten fakt najgłośniej przemawia na niekorzyść powieści, ale nie można zaprzeczyć, że czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie. Autor lub tłumacz niestety czasem zagalopowują się z prostym, współczesnym językiem, co skutkuje między innymi żołnierzem mówiącym o sobie „taki gostek”, ale całościowo „Summoner” jest napisany starannie, a akcja i dialogi są dobrze wyważone. Nie jest to pozycja rewelacyjna, ale na pewno spodoba się początkującym fanom fantasy.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja