Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gorzko-słodki finał – recenzja książki „Pół wojny”

Joe Abercrombie przez dwa poprzednie tomy trylogii skrupulatnie nakreślał portret okrutnego, bezwzględnego świata, w którym jedynie przyjaźń, determinacja oraz ciężka praca mogą doprowadzić człowieka do zamierzonego celu. Zasadniczo brytyjski pisarz nie wpadł na nic nowego, nie przedstawił w swoim cyklu innowacyjnej tematyki, nie raz skorzystał ze sprawdzonych schematów i toposów. Za to zaprezentował wszystko w zupełnie nowym stylu. A „Pół wojny” to doskonały przykład tego, że finis coronat opus*. I w tym wypadku – wieńczy znakomicie.

Ojciec Yarvi wiele przeszedł. W młodości został koronowany, potem trafił w niewolę, był wioślarzem, dowódcą straceńców, przywódcą buntu, aż wreszcie mianowano go Ojcem (swoistym namiestnikiem monarchy i członkiem quasi-zakonu). A to dopiero początek jego kariery. Podczas intrygi „Pół świata”, drugiej części cyklu, zjednał sobie cesarzową odległego państwa i wielu możnych świata, po czym doprowadził do sojuszu swej ojczyzny z odwiecznym wrogiem, by wyruszyć na wojnę przeciw Najwyższemu Królowi. „Pół wojny” prezentuje przebieg tych wydarzeń i chociaż w finale poprzedniego tomu zapowiadało się, że walka Yarviego ze zdrajcami jego ojca rozwinie się pomyślnie, to w praktyce już tak kolorowo nie jest. Do tego dochodzą nowe problemy, lecz któż potrafiłby poradzić sobie ze wszystkimi komplikacjami lepiej niż największy intrygant świata?

Abercrombie znów zaczyna z mocnym akcentem – pierwsze zdarzenie w powieści i pierwsze ofiary. Dalej nie jest gorzej. Przeważająca wartka akcja ustępuje czasem miejsca scenom dialogowym, opisom i introspekcjom, jednak nie jest ich zbyt dużo, a jeżeli już są, to na pewno nie nudzą czytelnika. Co innego z sekwencjami poświęconymi walce – co najmniej jedna czwarta z nich to nic, czego nie można było zobaczyć albo wcześniej, albo gdzie indziej. Na pierwszym planie mamy oczywiście wojnę – i najciekawszymi jej aspektami są z pewnością: strategia, taktyka, oblężenia oraz fortele. Inaczej rzecz się ma ze zwykłą masową rąbanką (a tej tu niemało), która nie tyle nie wnosi nic do fabuły, co polega generalnie na „tnij-kłuj-wal”. Nie wrzucajmy jednak do tego samego worka pojedynków, ponieważ te opisane są z rozmachem, nie powielają schematów, a jedno, co wychodzi im in minus, to fakt, że jest ich po prostu mało. Oczywiście książka nie skupia się wyłącznie na wojnie, w porównaniu do dwóch poprzednich części ta ma o wiele więcej wątków i pokazuje historię z perspektywy kilku bohaterów. Jest chociażby motyw zemsty, który mocno oplata główną oś fabuły. Są również wątki bardziej samodzielne, jak ten o królowej Laithlin, choć mało rozbudowany, albo zdrady – skryty, przewijający się raczej w tle i skrzętnie przez autora odsuwany na najdalszy plan, żeby w finale z suspensem wkroczyć na scenę i pokazać, że przez cały czas powiązany był z niemal wszystkimi pozostałymi epizodami..

Na kartach powieści występuje cały tabun postaci. Zaczynając od Yarviego, który od czasów „Pół króla” nie sprawuje już funkcji głównego bohatera sam i występuje w pierwszoplanowej obsadzie ex aequo z paroma innymi sylwetkami. Paradoksalnie czytelnik powinien znać owego protagonistę najlepiej, ponieważ sumarycznie od pierwszego tomu lwia część wydarzeń poświęcona jest właśnie jemu. Jednak dobrze zarysowany charakter wciąż się zmienia i nie możemy o nim powiedzieć niczego pewnego. Dowodzi tego mało dynamiczny, ale za to wprowadzający w stupor finał. Yarvi to zdecydowanie jedna z najbardziej tajemniczych, najbardziej złożonych i najbardziej zaskakujących postaci nie tylko w trylogii, ale również w literaturze w ogóle. W „Pół wojny” wracają starzy bohaterowie, znani i z pierwszej, i z drugiej części, dochodzą także zupełnie nowe sylwetki. Rola niektórych się nie zmienia – czego świetnym przykładem jest Laithlin – niektórzy ustępują miejsca innym, jak Brand czy Zadra (wespół z Yarvim protagoniści „Pół świata”). No i oczywiście są ci wychodzący po raz pierwszy na główny plan. Wśród nich jest Skara, księżniczka, która straciła wszystko i postanowiła to odzyskać; następnie Raith, chłopak opętany żądzą mordu, postać iście romantyczna, na koniec Rina i Koll – w drugim tomie mieli role epizodyczne, teraz zaś pierwszoplanowe. To para kochanków, których miłość poddawana jest w trakcie lektury niejednej próbie. Trudno niestety wytypować pełnoprawny schwarzcharakter. Babka Wexen niby kieruje całą ofensywą na Północ, ale występuje tylko w jednej scenie i jakoś nieszczególnie zestawia się w niej z obrazem bestialskiej kobiety, przedstawianym przez Yarviego. Podobna sprawa ma się z Najwyższym Królem. Czarnym charakterem właściwie możemy nazwać tylko Yillinga Wspaniałego, lecz nie jest on ani zdrajcą, ani oszustem – działa jawnie, odznacza się wiernością i stosuje się do reguł swego etosu. Co prawda zabija kogo popadnie i nie ma litości, ale w zestawieniu z jego innymi cechami ta sylwetka zostaje nieco wybielona przed czytelnikiem. Jednak znając finał doskonale już wiemy, kto od początku był zły, egoistyczny, zakłamany i doprowadził do upadku i stare rządy imperium, i wiele innych krajów oraz osób. Nierzadko własnych przyjaciół.

Joe Abercrombie stworzył trylogię, która zachwyca. Jest dobrze napisana, pokazuje, na czym polegają intrygi, spiski czy gambity z najwyższej półki oraz jak powinno się zarysowywać bohaterów, żeby każdy stanowił niepowtarzalną sylwetkę. „Pół wojny” to klejnot koronny cyklu i najlepsza jego część, udowadniająca, że autor od samego początku dokładnie planował przebieg wydarzeń wszystkich trzech tomów. I chociaż tematyka oraz fakt, że jest to powieść young adult, wskazują czytelnikowi, iż będzie obcował raczej z czysto rozrywkową lekturą, niech to nikogo nie zwiedzie. Powieść jest inteligentną historią zarówno o dorastaniu, jak i radzeniu sobie w dorosłym życiu, o stracie i zemście, poświęceniu i zdradzie, miłości i nienawiści, bo Abercrombie potrafi przemycić do swoich książek rozmaitą problematykę, jednocześnie jej nie przesycając. Jeśli nie mieliście jeszcze do czynienia z tym cyklem, radzę prędko to nadrobić. Brytyjski autor przedstawia w trzech woluminach wszystko to, z czym George R.R. Martin bawi się w monumentalnej siedmiotomowej „Pieśni Lodu i Ognia”.

* finis coronat opus – finał koronuje dzieło, inaczej koniec wieńczy dzieło.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja