Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Postapo tu, postapo tam… – recenzja książki „Transmisja”

Namnożyło się tej literatury postapokaliptycznej jak – nie przymierzając – mutantów po wojnie nuklearnej. Kilkanaście powieści spod znaku „Fabrycznej Zony”, kolejne osadzone w uniwersum „Metra 2033”, a teraz do walki o rząd czytelniczych dusz dołączyło wydawnictwo Czwarta Strona. Po ciekawym debiucie Konrada Kuśmieraka „S.Q.U.A.T”, otwierającym cykl powieści postapokaliptycznych, do grona twórców tego gatunku dołączył Marcin Strzyżewski, serwując wielbicielom poatomowego świata „Transmisję”.

Dwa światy

Twórcy postapo przyzwyczaili czytelników do przedstawiania małego skrawka świata po wojnie nuklearnej. Czy będzie to metro pracowicie zasiedlane i adaptowane do jako takiej egzystencji, czy też poniemieckie tunele i bunkry ciągnące się pod miastem – zawsze jest to mały fragment ogromnego przecież świata (są oczywiście wyjątki, ale większość literatury tego typu bazuje na ograniczonej przestrzeni).

Strzyżewski podszedł do problemu z innej strony. Choć oglądamy świat po konflikcie atomowym, to jednak zniszczenie ogarnęło tylko niewielki jego wycinek. Zagładzie uległy Stany Zjednoczone, część Afryki i Władywostok, a to, czego nie uczyniły atomówki, dokończyły chińskie wojska za pomocą rakiet i czołgów. Szybko utworzono strefy, do których wejście zostało ograniczone ze względu na skażenie. Promieniowanie, brak dostępu do czystej wody i jedzenia, grasujące bandy, deficyt lekarstw – to wszystko sprawiło, że średnia długość życia znacznie zmalała, a odsetek umieralności wzrósł. A najgorsze jest to, że tak zwani streferzy są przekonani, iż cała Ziemia wygląda podobnie.

Całkowitym przeciwieństwem jest życie w Europie i Azji. Tam praktycznie nic się nie zmieniło. Ludzie nadal normalnie pracują, jeżdżą komunikacją miejską, chodzą na zakupy czy oglądają telewizję. Technologia rozwija się w najlepsze, a w pogoni za sensacją portale internetowe wysyłają reporterów do najbardziej zagrożonych miejsc.

Na scenę wkracza bohater

Pierwszoplanową postacią jest reporter piszący dla jednego z największych portali internetowych, „Szanghaj Ribao”, Timur Denkin. Dziennikarz niczym specjalnym się nie wyróżnia – jego artykuły cieszą się umiarkowanym zainteresowaniem, choć opisuje w nich trudne, wręcz szokujące zdarzenia. Jednak w zalewie informacji nikogo nie obchodzą ludzie zamieszkujący zniszczone siedemdziesiąt lat temu tereny, walczący o przeżycie, o każdy kawałek plastiku, wodę, żywność czy – co jest chyba najbardziej wstrząsające – nie gardzący ludzkim mięsem. On sam jest raczej przeciętniakiem, dlatego wyjazd na teren dawnego USA to propozycja nie do odrzucenia. Okazja, która się nadarza, staje się szansą na lepsze życie i większą sławę, bo nikt wcześniej nie przebywał tak długo w tych niebezpiecznych rejonach.

Ogromna przepaść rozdzielająca świat stref i ten poza nimi sprawia, że trudno uwierzyć, iż akcja toczy się tak naprawdę w tym samym czasie i na tej samej planecie. Ale taka jest też rola reportaży – pokazywać to, co dla nas niezwykłe, dramatyczne czy dające do myślenia – i ta sztuka udała się znakomicie stworzonej przez Strzyżewskiego postaci.

Inny świat

Fabuła „Transmisji” wyraźnie dzieli się na dwie części. W pierwszej główny bohater kursuje pomiędzy strefami a swoją redakcją i tu wyraźnie widoczny jest dysonans pomiędzy dwoma światami. Strzyżewski pokazuje, jak działają media i choć nie jest to pogłębiona analiza, widać jednak ogólny obraz pogoni za sensacją i manipulację informacjami.

Część druga, której akcja toczy się na terenach dawnych Stanów Zjednoczonych, to z kolei typowa postapokaliptyczna opowieść o przetrwaniu za wszelką cenę. Autor bez ozdobników ukazuje brutalną rzeczywistość, jaka stała się udziałem resztek ludności, a także głównego bohatera. Mutacje, bandyci, groźne zwierzęta czy choroby – codzienność streferów jest przerażająca. Dla Timura to piekło, ponieważ zna życie poza strefami i na każdym kroku przekonuje się, że w obliczu zagłady z człowieka wychodzi najgorsze zło.

Człowiek człowiekowi

Po lekturze „Transmisji” pozostaje niepokój. Przyznam, że nieczęsto zdarza się, by jakaś powieść postapokaliptyczna zmusiła mnie do myślenia – zwykle traktuję je jako czystą rozrywkę, w której fantastyczne hordy mutantów chcą zniszczyć jakąś ludzką ostoję, a człowiek za wszelką cenę próbuje wpasować się w nową rzeczywistość. Czy można traktować poważnie ogromne krwiożercze rośliny, zmutowane krety czy samych stalkerów?
Strzyżewskiemu udało się jednak coś, co zdarza się niezmiernie rzadko – wykreować świat, który nie tyle jest wizją przyszłości, co alegorią naszej rzeczywistości. Bo jak inaczej nazwać doniesienia medialne o kolejnych wojnach na Bliskim Wschodzie? O masakrach w państwach afrykańskich? Reportaże, w których przedstawiane wydarzenia nie mieszczą się w głowach nam, ludziom żyjącym od lat w spokoju i dobrobycie, z dala od wojen?

„Transmisja” pokazuje, że świat po wojnie nuklearnej niekoniecznie musi być jałową pustynią czy porośniętą zmutowanymi roślinami dżunglą. A na pewno nie cały świat, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto na konflikcie zyskuje. Człowiek człowiekowi zgotował taki los, a tak po prawdzie, to dzieje się to cały czas gdzieś obok nas, tylko my nie potrafimy w tę brutalną prawdę uwierzyć.

Ocena: 5/5

Dyskusja