Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„W podskokach poprzez las…” – recenzja książki „Idź i czekaj mrozów”

Polska fantastyka bardzo długo zaniedbywała rodzimy folklor i wierzenia. Na szczęście w ostatnim czasie pojawia się coraz więcej utworów nawiązujących do świata ze słowiańskich bestiariuszy oraz religii naszych przodków. Nie wszystkie z tych książek są dobre, część z nich stanowi właściwie literackie fast foody, które szybko znikną z naszej pamięci. Czy to właśnie do tej kategorii zalicza się wydana nakładem Genius Creations powieść Marty Krajewskiej „Idź i czekaj mrozów”?

O mamie Złego Wilka

Czytelnicy mieli już okazję zetknąć się z uniwersum wykreowanym przez autorkę. Całkiem niedawno w antologii zatytułowanej „Geniusze fantastyki” pojawiło się kilka opowiadań jej pióra. Stanowią one swoisty przedsmak dla opublikowanej teraz powieści. Fabuła tych utworów rozgrywa się jednak na długo przed wydarzeniami z książki. Wydawnictwo Genius Creations udostępniło ten zbiór w formie darmowego e-booka, dlatego nic nie stoi na przeszkodzie, aby przed lekturą powieści zapoznać się z treścią tych krótkich tekstów. Zwłaszcza, że pozwoli to odbiorcom lepiej zorientować się w świecie Wilczej Doliny – w opowiadaniach zawarte są informacje o genezie fachu Opiekuna oraz o Wilkarach.

Czerwony Kapturek w roli Geralta z Rivii

Pewnie wielu z Was zastanawia się, na czym polega zawód Opiekuna? Jest to osoba, która przy pomocy odpowiedniego rytuału składa obietnicę stania się obrońcą mieszkańców Wilczej Doliny. Przed czym trzeba chronić lokalne chłopstwo? Tak się składa, że śmiertelne zagrożenia są jedną z nielicznych rzeczy, których wieśniakom nigdy nie brakuje. Przyszło im bowiem żyć w sąsiedztwie wodników, strzygoni, bazyliszków i innych demonicznych stworów. Jakby tego było mało, nieustannie wisi nad nimi groźba powrotu dawnych panów tych ziem – sprawujących niegdyś krwawe rządy pół-ludzi pół-wilków. Poza nadstawianiem karku w walce z krwiożerczymi bestiami, Opiekun pełni też rolę miejscowego powiernika, żercy oraz lekarza. Główna bohaterka książki, młodziutka Venda, jest wychowanką starego i zgorzkniałego mężczyzny sprawującego tę zaszczytną funkcję. Fabuła utworu obraca się natomiast wokół roku z życia wioski. Poznajemy trapiące jej mieszkańców problemy i towarzyszymy Vendzie w zakazanym romansie z tajemniczym DaWernem – ostatnim przedstawicielem rodu Wilkarów.

Gdyby nie obecność nadprzyrodzonych stworzeń, pozycja ta byłaby nieco nudna. Protagoniści występujący w powieści nie chwytają za serce. Ich losy są nam w sumie obojętne. Nikomu nie kibicujemy i nikogo nie obdarzamy specjalną nienawiścią. Początkowo mamy wobec nich duże nadzieje, większość jednak rozczarowuje brakiem charakteru. Opis książki sugeruje, że czytelnicy otrzymają dramatyczną historię pełną potężnej magii i grozy. Zamiast tego autorka serwuje im wiejską kronikę towarzyską. Większość wątków obraca się wokół tego, kto by się chciał z kim przespać lub jak wyswatać córkę. Nawet jeżeli przez chwilę zaczyna dziać się coś ciekawego, to efekt niemal natychmiast jest psuty kolejną porcją chłopskiej opery mydlanej.

Czy wilk jest syty a owca cała?

Mieszkańcy Wilczej Doliny żyją w miejscu, w którym śmierć czai się za każdym drzewem (a nawet snopkiem siana lub w kupie liści). Potwory zamieszkujące pobliskie wody i lasy całkowicie zdeterminowały życie okolicznych wieśniaków, którzy po zmroku boją się wyściubić nosa ze swoich chałup. Brzmi klimatycznie, czyż nie? Mimo wszystko autorka przesadziła nieco ze ścielącymi się wszechobecnie trupami. Jeżeli śmiertelność w kolejnym tomie powieści zostanie utrzymana na podobnym poziomie, to ludzi zamieszkujących dolinę będzie można policzyć na palcach jednej ręki. No chyba że pisarka od początku zamierzała stworzyć „Walking dead” w klimatach słowiańskiego fantasy…

Autorka płynnie posługuje się językiem, tworząc barwne opisy. Niestety dużo gorzej wychodzi jej pisanie dialogów, które chwilami zdają się być strasznie sztuczne lub pozbawione sensu. Pomimo tego książkę czyta się szybko i przyjemnie, a dzięki pracy korekty nie ma w niej większych błędów. Dodatkowo okładka „Idź i czekaj mrozów” jest po prostu hipnotyzująca. Ilustracja przypomina piękną akwarelę i pozwala nam zobaczyć świat przedstawiony oczami bohaterów powieści. Każdy, kto przeczyta ten utwór, będzie musiał przyznać, że zaprojektowana przez Pawła Dobkowskiego okładka w stu procentach oddaje klimat stworzonego przez umysł Marty Krajewskiej uniwersum. Niestety tego samego nie można powiedzieć o grafikach Małgorzaty Lewandowskiej, które sporadycznie pojawiają się w tekście. Jej dzieła nie zachwycają wizualnie, a części czytelników będą po prostu psuły obcowanie z tą pozycją.

Jest jeszcze jedna kwestia, która może stać się solą w oku czytelnika. Chodzi o nieco za mocno zarysowany romans pomiędzy Vendą a ostatnim z Wilkarów. Wątek ten sprawia, że chwilami fabuła wlecze się niemiłosiernie, zamęczając odbiorców dziewczęcymi foszkami oraz miłosnymi dylematami. Fajnie by było, gdyby zamiast zwykłego romansu pisarka uczyniła z tej pozycji coś więcej. Świat przez nią stworzony ma naprawdę duży potencjał i szkoda by było, gdyby ten jeden wątek zdominował wszystkie pozostałe. Nikt nie zabrania głównym bohaterom zakochiwania się, jednak Krajewska balansuje na granicy uczynienia ze swojej serii kolejnych „Pamiętników Wampirów”.

Marta Krajewska jest młodą autorką i to widać. Pomimo niezłego warsztatu literackiego jej powieści brakuje dojrzałości. „Idź i czekaj mrozów” to pozycja, którą można przeczytać, ale na pewno nie kosztem zarwanych nocy. Książka stanowi po prostu niezobowiązującą lekturę na kilka nudnych wieczorów, a jej największym atutem jest słowiański klimat. Mimo obiecującej fabuły i na pozór ciekawych bohaterów nie jest to pozycja, która porwie za sobą tłumy. Natomiast osoby mające ochotę na lekkie fantasy z historią miłosną w tle powinny być naprawdę zadowolone.

Ocena: 3/5

Dyskusja