Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Eksmisja na Marsa – recenzja „Operacji Fobos”

Mnogość czyhających na ludzkość kosmicznych zagrożeń inspiruje twórców książek i filmów od dekad. Katastrofy spowodowane przez inwazje obcych, deszcze meteorytów, niespodziewane napromieniowania albo trzęsienia ziemi to chleb powszedni dla znawców tego tematu. W napisanej przez Annę Przybylską „Operacji Fobos” motorem napędowym fabuły jest Słońce, a konkretnie – jego przedwczesne zestarzenie. Choć nasza gwiazda na przemianę w czerwonego olbrzyma ma co najmniej 4 miliardy lat, autorka zakłada, że proces ten zacznie się już w niedalekiej przyszłości. Z braku korzystniejszego schronienia we Wszechświecie, naukowcy opracowują plan przeprowadzki na Czerwoną Planetę.

Chociaż pomysł ten zapowiada historię co najmniej interesującą, w przypadku „Operacji Fobos” nie warto – niestety – robić sobie nadziei. Powieść wydana przez wydawnictwo Novae Res nie jest dobrą książką, a przyczyny tego stanu są liczne. Aby to wyjaśnić, najlepsza będzie dekonstrukcja – w każdej składowej powieści zgrzyta bowiem jak w wątpliwej precyzji mechanizmie.

Świat przedstawiony

Niezidentyfikowany co do czasu akcji, pozbawiony wojen i głodu świat przyszłości. Jakie technologie umożliwiły tak istotną poprawę warunków życia? Nie wiadomo – brak tu jakiegokolwiek elementu, który wyjaśniłby tak istotny przełom społeczny. Nadmiernie nakreślony został natomiast wątek walki z terroryzmem – zupełnie nieistotny z perspektywy przenosin na Marsa. Przewija się tam garstka postaci, które rzeczywiście uczestniczą później w operacji (cała reszta wydaje się być zapychaczem, obserwatorami bez znaczenia fabularnego). Jedyna nowalijka, ukazana w książce, to związany z powyższym wątkiem system monitorowania planety. Otrzymał on jednak na tyle absurdalną nazwę, że zdaje się, iż autorka sama nie miała pojęcia, co opisuje. Aby podsłuchiwać rozmowy telefoniczne grup przestępczych, jeden z bohaterów „skonstruował wirtualne roboty”. Jeśli chodziło o szukające słów kluczowych algorytmy bądź sieci neuronowe, to tylko środkowe słowo jest w tym sformułowaniu użyte poprawnie.

Drugim światem jest naturalnie Mars, miejsce obce i niegościnne. Czy aby na pewno? Odpowiedzią na to będą już dalsze akapity.

Bohaterowie

Głównymi postaciami pierwszej połowy książki są bliźniacy Garon i Nerdi. To oni – młodzieńcy z gospodarstwa o nieokreślonym położeniu – stają się centralnymi postaciami planowania wyprawy kosmicznej. W miarę jak perspektywa się rozszerza, ich rola w powieści… maleje. Nie czyni to żadnej szkody czytającemu – trudno zżyć się z osobami tak słabo określonymi jak większość bohaterów „Operacji Fobos”. Nie tylko nie posiadają oni charakteru, nie zostało nawet określone, jak wyglądają! Sprowadza się to do parady bezpostaciowych automatów, gdyż autorka całkowicie odebrała ludziom zdolność odczuwania emocji, w 90% zastępując je rozbawieniem i miernymi krotochwilami. Czasem stwierdzają poważnie jakąś pseudomądrość. Wszystko wydaje się wykrojone z kiepskiego szablonu, w którym kolejny uczestnik operacji dostaje swoje imię, kraj pochodzenia oraz zabieg usunięcia tak podstawowych odruchów, jak niewytłumione przez szkolenia uczucie niepewności. Albo to po prostu ludzie pozbawieni wyobraźni, ale w takim wypadku nic w tej operacji nie miałoby szansy się udać.

Fabuła

Wszystkie wcześniejsze mankamenty bledną przy warstwie fabularnej książki. Aby to wytłumaczyć, nie obędzie się bez spoilerów. Z definicji są to informacje, które psują radość z czytania, ale o tę trudno w przypadku „Operacji Fobos”.

W jednym z ostatnich „Czasów Fantastyki” ukazał się felieton wypominający nadmierny optymizm „Marsjaninowi” Andy’ego Weira. Nawet jeśli fabuła, zekranizowanego przez Ridleya Scotta, bestsellera miała w sobie wiele uproszczeń, trudno odmówić jej utrzymywania odbiorcy w napięciu.

Powieść Przybylskiej zaczyna się z kolei aż za gwałtownie – w pierwszym rozdziale bracia przyjeżdżają do Genewy studiować, w drugim już wiadomo, że całej ludzkości grozi zagłada. Być może pasowałoby to do maksymy Hitchcocka, gdyby nie… detale. W skrócie – w czasie zajęć w obserwatorium Garon przykłada telefon do teleskopu i ujmuje na filmie Słońce. Okazuje się, że bohater udokumentował zjawisko, którego nikt inny nie zauważył – istotną różnicę temperatur na powierzchni gwiazdy – rzekomy zwiastun zbliżającej się eksplozji. Od tego momentu wszystkie wydarzenia na świecie obracają się wokół bliźniaków i ich opiekuna – profesora Rabcharda. Stwarza to wrażenie, jakby alternatywność tego świata brała się nie tylko ze zmian na Słońcu, ale również braku istnienia NASA i podobnych organizacji – o wszystkim decyduje tu maksymalnie 5 osób.

Autorka na chwilę daje pozory dynamicznej opowieści, lecz zaraz je urywa. Brak tutaj poczucia uciekającego czasu, jakby pierwotne przyjęcie „słonecznego deadline’u” całkowicie zdejmowało potrzebę dokumentacji mijających lat. Chyba nie o to chodzi przy dokumentowaniu najbardziej kuriozalnej operacji logistycznej w dziejach ludzkości?
Kuriozalnej również dlatego, że zamieszkanie Marsa wymaga spacyfikowania Fobosa (inaczej spadłby wskutek wzrostu masy planety). Bohaterowie dokonują tego w iście amerykańskim stylu – przez wysadzenie tytułowego księżyca i sprowadzenie odłamków na powierzchnię planety. Cały opis tej sceny ma maksymalnie dwie strony, drugie tyle zajmie następnie ustalenie, jak będzie wyglądał… kolejny posiłek kosmonautów.

Z drugiej strony brzmi to mniej imponująco, kiedy uświadomić sobie, że Fobos jest od Marsa 60 milionów razy lżejszy (dla porównania Księżyc ma 1/81 masy Ziemi). Mimo wszystko pozostaje zapytać, czy niekontrolowana ulewa skał sprzyja poprawie warunków życiowych?

Cała operacja przebiega bez jednej komplikacji, a szczytem wszystkiego jest zwieńczenie przeprowadzkowego dzieła. Instalację zabezpieczającą Czerwoną Planetę przed promieniowaniem śmiało można nazwać najbardziej awaryjną w dziejach. Wisząca na orbicie siatka generujących pole magnetyczne kul? To tak, jakby zmienić istnienie ludzkości w niekończącą się grę w sapera – jeden błąd i po grze!

Warsztat literacki

Głównym uczuciem towarzyszącym lekturze „Operacji Fobos” jest… zażenowanie. Sam styl może nie utrudnia czytania, ale liczne błędy stylistyczne, powtórzenia, a przede wszystkim infantylne wyrażanie się bohaterów – już tak. Najlepiej porównać to do ćwiczeń kosmonatów w czasie podróży na Marsa. Zamiast standardowej siłowni otrzymali oni tak zwany błotny tunel – wypełnioną mazią rurę, przez którą (dla zachowania sprawności) regularnie się przeczołgiwali. Podobnie wygląda przedzieranie się przez kolejne strony powieści, chociaż brak tu jakiejkolwiek korzyści z wysiłku. Lektura tej książki to trud, którego redakcja i korekta z pewnością nie ułatwiły, a szczytem wszystkiego jest zapisywanie nazw niektórych ciał niebieskich w cudzysłowach…

Strona naukowa

Przybylska postarała się, by część wywodów naukowych, wkładanych w usta postaci, brzmiała wiarygodnie. Nawet jeśli jej opisy zjawisk fizycznych czy chemicznych oparte są na publikacjach naukowych, łańcuch ten ma bardzo wiele popękanych ogniw. Liczne błędy odbierają tej książce wartość merytoryczną. Pogoda kosmiczna nie do końca działa tak, jak to ujęła autorka, dla operatora kosmicznej wyrzutni rakiet nie istnieje odrzut, kwestie ekonomiczne operacji również pozostawiają wiele do życzenia – wymieniać można długo.

Reasumując

„Operację Fobos” możnaby nazwać książką idealnie złą – żaden element nie broni się tutaj sam, efekt całościowy jest jeszcze słabszy. Jedyną jej zaletą jest całkiem oryginalny koncept, pogrzebany jednak przez wszystko, co w tej książce nieudane. Szukając lektury science fiction, najlepiej pójść gdzie indziej – gatunek ten odzyskuje ostatnio swą dawną popularność i o dobre space opery nietrudno.

Ocena: 1.5/5

Dyskusja