Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gra o Nieciosany Tron – recenzja „Boskiego Ognia”

Recenzowanie drugich (i innych „środkowych”) tomów jest dosyć trudne. Pierwsze potrafią wiele obiecywać, złapać czytelnika w pajęczynę świeżych wątków i rozbudzić u nich palącą ciekawość. Ostatnie bywają rzewne, czasem rozczarowują, przynoszą uczucie ulgi lub nienasycenia. Ale „środkowe” są często tylko wypełniaczami… „Miecze Cesarza”, pierwszy tom cyklu autorstwa Staveleya, były – krótko mówiąc – świetne. Jesteście ciekawi, czy „Boski Ogień” utrzymał ich poziom?

Debiut Briana Staveleya udał się wyśmienicie. „Miecze Cesarza” trzymały w napięciu, oczarowywały pomysłowością i szybką akcją. Być może Amerykanin pozostał jeszcze w tyle za geniuszami współczesnej fantastyki, ale postawił sobie wysoką poprzeczkę, której będzie musiał sprostać przy tworzeniu kolejnych dzieł. „Boski Ogień” okazał się typową „powieścią środka”. Rozwija wszystkie wątki zaczęte w pierwszym tomie, ale prawie żadnego nie doprowadza do końca. Akcja zagęszcza się, wydarzenia wprowadzają nastrój ciszy przed burzą, czyli – jak to bywa w powieściach fantasy – wielką bitwą. Na wiele tajemniczych postaci z „Mieczy Cesarza” zostaje rzucone nieco światła. Mowa tu głównie o zdradzieckim kenarangu Ranie Il Tornji, mnichu Rampuri Tanie czy wyklętych Synach Płomienia i ich przywódcy. Mocno rozwinięty zostaje także motyw Cssestrimów, ale na ten temat nie warto się rozpisywać, gdyż każde słowo o nieśmiertelnej rasie jest potencjalnym spoilerem.

Świeżym wątkiem, spającym polityczne zagrywki wszystkich stron walczących, są zjednoczone plemiona Urghulów. Czytelnik poznaje nieco więcej ich okrutnych zwyczajów oraz kilka ważniejszych postaci.

Podobnie jak poprzednio, fabuła podzielona jest na fragmenty opisujące przygody trojga cesarskich dzieci. Ich losy czasem się przeplatają, lecz przez większość czasu są rozdzieleni i towarzyszą im tylko poznani w poprzednim tomie sprzymierzeńcy… lub wrogowie. Czasem brakuje nieco dreszczyku emocji, gdy rodzeństwo jest blisko siebie, ale i tak koniec końców spotyka się, zamiast dać czytelnikowi powód do rozdrażnienia, rozmijając się niemal o krok.

Sama akcja opiera się na dążeniu całej trójki do odkrycia prawdy o morderstwie Santulina oraz pozyskiwaniu sprzymierzeńców w grze o pusty tron. Autor wprowadza polityczny chaos, aby zmylić zarówno bohaterów, jak i czytelnika. Każde z rodzeństwa wierzy w co innego i ma odmienny sposób na rozwiązanie problemu „bezkrólewia”. Adare ucieka z pałacu, aby poszukać wsparcia tam, gdzie nikt by się go nie spodziewał – u wyklętych przez siebie samą Synów Płomienia, religijnych wojowników w służbie Intarry. Valyn, jak na Kettralowca przystało, próbuje rozwiązania „oko za oko”, podejmując próbę bezpośredniej zemsty na domniemanym zabójcy cesarza. Zaś Kaden, niosący na swoich barkach najwiekszy ciężar – bycia pierwszym w kolejce do Nieciosanego Tronu – próbuje zagrywek politycznych, by osłabić swoich przeciwników. Historia zaciska jednak pętlę nie na nożu w ciemności, ani na spotkaniu z arystokracją, a na machinacji (czyżby?) prowadzącej do nieuniknionego konfliktu z dzikimi plemionami z północy.

Polityki i intryg jest zatem sporo, ale bez obaw, podczas czytania nie można narzekać na nudę. Czytelnik nieraz zostaje wciągnięty przez dynamiczne walki (tych mamy pod dostatkiem głównie przez wyczyny kapłanki Pyrre, choć i Kettralowcy potrafią przelać sporo krwi) lub dramatyczne sytuacje, w których stawiani są bohaterowie. Akcji jest więc niemało, a oba elementy zostały nieźle wyważone. Warto zaznaczyć, że Staveley jak do tej pory darował sobie wątek miłosny, bez którego wiele powieści nie może się obejść. Co więcej, wydaje się, że nie jest on w ogóle potrzebny, gdyż tylko bez sensu zwiększałby ilość motywów w fabule, a tych i tak jest sporo. Niewykluczone jednak, że pojawi się w kolejnym tomie, gdyż potencjalnych par można naliczyć przynajmniej kilka.

Język autora oraz tłumacza wciąż stoi na wysokim poziomie. Ten pierwszy wie, jak barwnie przedstawić świat oraz bohaterów, nie zanudzajac przy tym przesadnymi homeryckimi opisami, zaś drugi sprawnie i bez żadnych zauważalnych potknięć przekłada to z angielskiego na polski.

„Boskiemu Ogniowi”, czy raczej jego autorowi, udało się dosięgnąć poprzeczki. Powieść można spokojnie postawić na półce obok „Elantris” czy „Malowanego Człowieka”. Do brnięcia przez niemałe, bo około ośmiusetstronicowe tomiszcze zachęca rozwinięcie przez pisarza wątków rozpoczętych w „Mieczach…” oraz dodanie nowych, stawiających czytelnika przed kolejnymi dręczącymi pytaniami. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ostatni tom, zamkający te wszystkie małe opowieści, będzie satysfakcjonującym zakończeniem cyklu.

Ocena: 5/5

Dyskusja