Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ideał sięgnął bruku? – recenzja książki „Prawo do użycia siły”

W samej tylko Rosji ukazało się ponad pięćdziesiąt powieści, których akcja umiejscowiona została w serii zapoczątkowanej przez Glukhovsky’ego. Część tych tytułów jest lepsza, część gorsza. Niestety większość autorów powiela ciągle te same schematy, zmieniając jedynie imiona głównych bohaterów oraz miejsce akcji. Zawsze mamy herosa w postaci stalkera (niech tylko pojawi się pisarz, który ośmieli się uczynić bohaterem swojej książki kogoś innego!), stada niebezpiecznych mutantów oraz mnóstwo okazji do bitki. Już chyba nawet pozycje traktujące o wampirach nie przeżywały takiego kryzysu, jak współczesna postapokalipsa. Lwia część tych tekstów zdecydowanie powinna pozostać w szufladach swoich twórców.

Coś poszło nie tak

Co można powiedzieć o „Prawie do użycia siły”? Jak zwykle w tego typu pozycjach mamy grupę ocalałych, gnieżdżących się w niewielkim schronie i walczących z ciągłymi przeciwnościami losu. Jedną z takich przeszkód jest rywalizacja z sąsiednią frakcją, która z pomocą tajemniczych przybyszów decyduje się na wypowiedzenie naszym bohaterom wojny. To w sumie wszystko, co można powiedzieć o treści utworu, żeby nie zdradzić zbyt wielu szczegółów.

Należy jednak wspomnieć o postaciach występujących w powieści – w przeważającej mierze są one bardzo stereotypowe oraz przewidywalne. Dla przykładu przyjrzyjmy się niezniszczalnemu Dańce, któremu wszystko zawsze się udaje. Literacko to postać niezwykle przeciętna, do złudzenia przypominająca stalkerów z wielu innych książek. Już z kilometra widać, że to typowy Gary Sue – od dziecka każda rzecz, za którą się zabiera, przychodzi mu z łatwością. Po kilkuset stronach nieustannych sukcesów czytelnik zaczyna się nudzić. Marysuizm w tego typu powieściach powinien być surowo zakazany. Gawiedź pragnie chleba i igrzysk, a nie nudnych eposów wychwalających czyny nierealistycznych półbogów. Pozostałym protagonistom również brakuje charakteru. Odbiorcy z trudem przyjdzie odnalezienie kogoś, komu chciałby kibicować, w związku z tym po odłożeniu dzieła na półkę, przestajemy pamiętać o jego istnieniu.

Kolejnym minusem jest to, że już w prologu witają nas przekombinowane zdania oraz liczne powtórzenia. Jedną z literackich perełek, na które będziemy mieli okazję natrafić, jest maska przeciwgazowa merdająca „trąbą jak mały cyrkowy słonik” (s.18). Pisarz zdecydowanie nie wspiął się na wyżyny literackiego kunsztu. Jego książkę czyta się niezwykle topornie, na co wpływają przydługie opisy różnego rodzaju uzbrojenia oraz sprzętu wojskowego. Każdy taki ustęp opatrzony jest kilkoma odnośnikami. Doprowadziło to do sytuacji, w której kilkusetstronicowy utwór liczy sobie niemalże sześćdziesiąt przypisów. I, żeby nie było wątpliwości, każdy z nich poświęcony jest encyklopedycznej notatce na temat pistoletów, wozów bojowych i innych tego typu rzeczy. To chyba miała być powieść, a nie elaborat? Nieustanne wyliczanie całego tego sprzętu nudzi. Poza tym ciągłe nakłanianie czytelnika do odrywania się od głównego tekstu w celu przeczytania odnośnika jest naprawdę złym pomysłem (przez to odbiorca nie może skupić się na fabule). Miłośnikom militariów nie trzeba takich rzeczy tłumaczyć, zaś osoba niezainteresowana tematem będzie się niepotrzebnie męczyła. Sprawa miałaby się zupełnie inaczej, gdyby autor subtelniej wprowadzał na karty powieści posiadaną przez siebie wiedzę z zakresu wojskowości (doskonałym przykładem tego, że takie rzeczy są możliwe, jest „Interregnum” Przemysława Kardy).

Kilka kontrowersji

Nie wszystkim też będzie odpowiadała wizja świata przedstawionego – zwłaszcza pozycja, jaką w utworze zajmuje płeć piękna. Na stu mężczyzn w schronie przypada trzysta kobiet, a mimo to nie mogą one dostać broni do ręki, żeby ochraniać swój dom. Skoro mężczyzn jest zdecydowanie mniej, a do tego część z nich cierpi na bezpłodność, to chyba oni nie powinni ryzykować swojego życia i siedzieć w schronie, żeby zapewnić przedłużenie gatunku? Zamiast tego pisarz przekonuje nas, że żony mają być posłuszne mężom, układne, ciche oraz bez wahania muszą godzić się na wielożeństwo. W tekście można odnaleźć też ostrą krytykę Zachodu oraz wychwalanie pod niebiosa Związku Radzieckiego. Można podejrzewać, że Szabałow najzwyczajniej w świecie nie potrafił pohamować się przed wciśnięciem do książki swoich zaściankowych poglądów społecznych i politycznych.

W zamierzeniu „Prawo do użycia siły” ma być pierwszą częścią trylogii. Czas pokaże, co z tego wyjdzie, nie należy mieć jednak zbyt wielu nadziei na nagły rozwój literackiego talentu twórcy zza naszej wschodniej granicy. Nie każdy może zostać stalkerem, ale też nie każdy powinien zabierać się za pisanie. Denis Szabałow nie prezentuje swoim czytelnikom niczego oryginalnego. Ponadto w dodatku „Od autora” przekonuje nas, ze inne powieści z „Uniwersum Metro 2033” są słabe i dopiero jemu udało się stworzyć coś niepowtarzalnego. Pisarz uważa, że literatura pełni rolę parenetyczną, a jego książka stanowi doskonały tego przykład. Zastanawia jednak, jaki morał chciał nam przekazać poprzez epatowanie bezsensowną przemocą oraz szowinistycznymi poglądami… Jedno jest pewne – duże ego i pycha Szabałowa skutecznie zrażą część czytelników do obcowania z utworami jego autorstwa.

Gwóźdź do trumny

Chyba najbardziej rozczarowuje afera związana ze zbiorem opowiadań „Echo zgasłego świata”. Tekst jednego z twórców nawiązuje do zupełnie innego uniwersum. Absolutnie nic nie może usprawiedliwić takiego niedopatrzenia. Jeżeli coś jest sygnowane jako „Metro 2033”, to powinno pozostać w realiach tego świata i koniec kropka. Zadziwia fakt, iż przed drukiem książka przeszła przez ręce kilku osób i żadna z nich nie zorientowała się, że coś nie gra. Nawet gdyby przymknąć oko na tę sprawę, całość i tak nie prezentuje się najlepiej. Teksty są średniej jakości. Większość z nich jest bardzo schematyczna, nie zmusza do refleksji, a nawet nie stanowi dobrej rozrywki. Kolejne literackie zapychacze bez morału, do tego z nudnymi bohaterami.

Jakość wydania w żaden sposób nie ratuje publikacji, można wręcz powiedzieć, że uzupełnia nieciekawą treść. Zarówno powieść Denisa Szabałowa, jak i tomik opowiadań mają okładki nawiązujące do pozostałych tytułów z serii. Oznacza to ni mniej ni więcej, tylko tyle, że też są przeciętne. Gdyby wszystkie te książki pozamieniać ilustracjami, większość ludzi i tak by się nie zorientowała. Również korekta powinna się bardziej przyłożyć do pracy. W trakcie lektury dowiadujemy się, że pewien Chińczyk ma 55 centymetrów wzrostu… Poza tym zdarzają się literówki oraz powtórzenia. W przypadku innych tytułów nie byłoby to aż takim mankamentem, ale „Prawo do użycia siły” ma tyle wad, że każda kolejna coraz bardziej kłuje w oczy. Zdecydowanie nie jest to najlepsza powieść, jaka ukazała się w serii „Uniwersum Metro 2033”. Pozycję tę można polecić jedynie największym miłośnikom cyklu, przeciętny czytelnik będzie czuł się rozczarowany.

Ocena: 1/5

Dyskusja