Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Marcin Gryglik – Chwile ostateczne – fragment

7.
Minął tabliczkę BOGUTY ŻEGNAJĄ. Z obu stron miał las. Ogołocone z liści drzewa poprzetykane były pasmami mgły.
Konrad jechał spokojnie, ostrożnie, bez pośpiechu. Szacował, że do Warszawy dojedzie za jakieś pół godziny. Trasę do redakcji już dawno ułożył sobie tak, by ominąć najbardziej zakorkowane miejsca. Od opuszczenia szpitala czuł, że powinien poświęcić Krzyśkowi kilka myśli, a ponieważ droga była pusta, mógł się temu spokojnie oddać.
Dręczyło go w jego sprawie niejasne uczucie zmarnowanego czasu. W dzieciństwie byli niemalże nierozłączni. Ich przyjaźń od czasów podstawówki przetrwała liceum i studia, i w dorosłym życiu miała się bardzo dobrze. Konradowi zawsze imponowała wiedza Krzyśka o ich rodzinnym mieście – znał każdy jego zaułek, każdą ulicę i ploteczkę.
Patrząc z perspektywy czasu, uznał, że ich przyjaźń osłabła po rozwodzie Krzyśka, i była to raczej jego wina, o ile to odpowiednie słowo. On po prostu rzucił się w wir pracy, co spowodowało, że zaczął ograniczać spotkania z przyjaciółmi. Był grafikiem w firmie produkującej gry komputerowe, które zdobywały światowe rynki. Zawsze chciał być designerem, więc w wolnym czasie siedział w domu nad różnymi projektami, które następnie prezentował swoim przełożonym. Kilka dni przed wypadkiem chwalił się w rozmowie na Facebooku, że wreszcie coś zaczęło się dziać, że niektóre projekty postaci jego autorstwa spodobały się głównemu projektantowi. Krzysiek był z siebie bardzo zadowolony i dumny, że pomimo chronicznego zmęczenia, które go ostatnio dopadło, udało mu się do tego dojść.
A potem został potrącony przez samochód. U progu sukcesu… Życie jest parszywe — pomyślał.
Zbliżał się do końca lasu, gdy z mgły wyłonił się znajomy znak.
BOGUTY WITAJĄ
„Chyba jakieś jaja”.
Konrad chciał się zatrzymać, ale rozmyślił się. Minął znak i jechał dalej. Wkrótce jednak po swojej prawej stronie ujrzał otuloną mgłą sylwetkę szpitala.
Ale czy to na pewno był szpital? A może jakiś budynek, którego budowy wcześniej nie zauważył? Albo postawiona przy drodze makieta, jak w Misiu Barei?
Konrad skręcił w stronę budynku. Po chwili znalazł się na parkingu Szpitala Miejskiego im. Najświętszej Maryi Panny.
Niemożliwe — pomyślał, wpatrując się tępo w stojące na parkingu samochody. Droga z Bogut do Warszawy jest prosta jak drut. Nie da się jej w jakikolwiek sposób pomylić, ani tym bardziej mimowolnie zawrócić.
A może jednak się pomyliłem? — myślał. Desperacko próbował znaleźć jakiekolwiek racjonalne wyjaśnienie tego, co właśnie przeżywał. Na próżno. Odpalił ponownie samochód i wyjechał z parkingu na ulicę.
Minął znak BOGUTY ŻEGNAJĄ. Wjechał w las. Miał wrażenie, że mgła rozstępuje się przed nim, jak Morze Czerwone przed Mojżeszem.
Idioto, jak można się pomylić na prostej drodze i znaleźć z powrotem w punkcie wyjścia? — spytał jego wewnętrzny głos. I zaraz odpowiedział: Nie można. Nie da się. Lecz innej możliwości niż pomylenie kierunków po prostu nie było. Musiało mu się to zdarzyć i koniec, bo innej możliwości nie ma.
Konrad wmawiał to sobie z taką siłą, że jeszcze trochę i uwierzyłby w to. Zanim jednak to nastąpiło, na poboczu drogi znów mignął znak BOGUTY WITAJĄ. W oddali zamajaczyła sylwetka szpitala. Był to pokaźny budynek, jednak dla Konrada nie był to wystarczający dowód. Jechał dalej.
Z mgły zaczęły wyłaniać się znajome budynki.
— Kurwa, nie!
Konrad poczuł ogarniającą go bezsilność. Zjechał na pobocze i wysiadł z samochodu. Trzasnął drzwiami z taką furią, że omal nie odpadły. Idąca w jego stronę pani z pieskiem przezornie zawróciła.
Wściekły, chodził w tę i we w tę, mamrocząc pod nosem przekleństwa. Nie zwracał uwagi na deszcz. Wreszcie stanął i wziął głęboki oddech.
— Stary, ogarnij się — powiedział do siebie na głos.
Rozejrzał się wokół. Naburmuszone, ponure bloki — te, od których tak bardzo chciał ostatnio uciec.
Nie mógł się poddać.
8.
Kuba wrócił od okienka informacji kolejowej.
— Pani nie wie, jak to się stało, że pociąg nie przyjeżdża — powiedział. — Nikt jej o niczym nie powiadomił, a jak sama próbowała zadzwonić, to okazało się, że telefon nie działa. Nawet z własnej komórki nie mogła się dodzwonić.
— I co to, twoim zdaniem, oznacza, Kuba? — spytał Łukasz.
Kuba zastanowił się chwilę i odparł:
— Jak dla mnie to znowu te kurwy związkowe lecą sobie w chuja z narodem.
Łukasz uśmiechnął się.
— Nasi obrońcy ludu lubią przypomnieć o sobie od czasu do czasu. Najczęściej w najmniej odpowiednich momentach.
— Takie właśnie są porządki w Polsce, doktorze — powiedział zgryźliwie. — Chcesz skorzystać z jakichś usług państwowych, a tu nic z tego, bo akurat jest strajk. Wybierasz się z dziewczyną w podróż do Zakopanego, a tu strajkują kolejarze. Musisz udać się do lekarza ze złamaną nogą — sorry, kolego, strajk pielęgniarek. W dodatku z tą złamaną nogą idziesz z wypchanym portfelem, żeby opłacić lekarza w państwowej służbie zdrowia. A jeśli przyjdzie ci do głowy ta obłędna myśl, aby o wymuszonej przez lekarza łapówce poinformować organy ścigania, to akurat policjanci będą walczyli w obronie wcześniejszych emerytur.
— No, no, ani słowa o służbie zdrowia, proszę — Łukasz pogroził żartobliwie palcem. — Może to faktycznie tylko opóźnienie? Albo jakaś katastrofa była po drodze?
— Może. Chyba będę musiał powiedzieć szefowej, że się spóźnię.
Kuba wyjął telefon, wybrał numer i czekał na połączenie. Czekał wyjątkowo długo, w końcu dał sobie spokój.
— Nie łączy. — Popatrzył zdumiony na wyświetlacz. — W ogóle nic.
— Może coś z zasięgiem?
— Zasięg jest w porządku. Po prostu nie mogę się dodzwonić.
Łukasz myślał chwilę.
— Spróbuj do rodziców.
Pełka wybrał odpowiedni numer. Szybko uzyskał połączenie.
— Cześć, mamo. Nie, nic, dzwonię tylko, by sprawdzić, czy telefon mi działa. Na razie.
Kuba rozłączył się i popatrzył na Łukasza zdziwionym spojrzeniem.
— Nic już nie rozumiem — mruknął z rezygnacją w głosie.
— Masz dostęp do internetu?
— Mam… Powinienem mieć. A co?
— Może coś o tym piszą. Może to jakaś grubsza sprawa.
Pełka wybrał odpowiednią opcję w telefonie. Czekał na połączenie.
— Kurwa. Internet też nie działa!
Wyszli na peron, gdzie stała już większość niedoszłych pasażerów. Łukasz podszedł do krawędzi i spojrzał w kierunku, z którego powinien nadjechać pociąg do Warszawy. Po jakichś dwudziestu metrach tory ginęły we mgle.
— To jest nie do pomyślenia, co to się wyrabia, panie doktorze — powiedział pękaty, brodaty pięćdziesięciolatek o nazwisku Bieniek.
— Może jeszcze przyjedzie. Może to tylko wina mgły — powiedział Łukasz bez przekonania.
Jakby w odpowiedzi stojący obok Marek Sobierajski rzucił:
— Nie ma co liczyć na pociąg. Słuchajcie, ludzie, zrzućmy się na taksówkę. Będzie szybciej.
Natychmiast wokół niego zgromadziła się grupka ludzi. Zaczęli się naradzać, ile wziąć taksówek i jak się w nich rozsiąść tak, by każdy z pasażerów miał jak najbliżej.
— Zabierzemy się z nimi? — spytał Pełka.
— Nie mamy chyba zbyt wielkiego wyboru, prawda? — odpowiedział Moczulski.
9.
Konrad spróbował inną drogą, prowadzącą na Siedlce. Nawet nie zdziwił się specjalnie, kiedy jakąś minutę po przekroczeniu granic miasta minął znak BOGUTY WITAJĄ.
Zgrzytnął zębami, zawrócił i już miał przejechać tę samą trasę, co wcześniej, ale zrezygnował. Stanął na poboczu i wysiadł z samochodu. Był zbyt zdesperowany, by przejmować się deszczem czy kluczykami zostawionymi w stacyjce. Zaczął iść.
Szedł pewnym siebie, energicznym krokiem. Środkiem jezdni, wzdłuż pasa. Tak, żeby nie mieć najmniejszych wątpliwości, w jakim kierunku zmierza. Po jakichś pięciu, może siedmiu minutach marszu ujrzał naprzeciwko siebie dwa świecące się ślepia przebijające się przez mgłę i deszcz.
Zaczął biec i wkrótce stanął naprzeciwko swojego własnego samochodu, z włączonymi reflektorami i drzwiami otwartymi od strony kierowcy. Dokładnie tak, jak go zostawił.
Wsiadł do samochodu i zamknął drzwi. Był tak zszokowany tym, co się dzieje, że dopiero po jakimś czasie dotarło do niego, że jest przemoczony do suchej nitki. Odgarnął mokre strąki włosów do tyłu i spojrzał na swoje odbicie w lusterku. Wyglądał, jakby wziął prysznic w ubraniu.
— Nazywam się Konrad Górski. Mam trzydzieści lat. Jestem dziennikarzem — powiedział głośno i wyraźnie. Głos lekko mu drżał. Powtórzył to jeszcze raz i wziął głęboki oddech. Tak się nazywał, tyle miał lat i rzeczywiście jeszcze był dziennikarzem. Przypomnienie tych podstawowych faktów z własnego życia uspokoiło go trochę.
Uruchomił silnik i zawrócił. Kiedy wjeżdżał do Bogut, minął taksówkę wypełnioną ludźmi. A więc nie tylko on miał problem z opuszczeniem miasta. To dobrze. Przynajmniej nie był sam.
Postanowił spróbować ostatni raz. Przejechał na drugą stronę miasta. Chciał przez Wisłę wjechać do Warszawy od strony Ursynowa. Miał już za sobą nie do końca rozbudzone jeszcze miasto. Minął tabliczkę BOGUTY ŻEGNAJĄ. Wjechał na most.
Nagle wcisnął hamulec z taką siłą, że omal nie przebił nogą podłogi. Opony zapiszczały, samochód lekko przekręcił się na bok. Konrad wyszedł na zewnątrz, zrobił kilka kroków do przodu i spojrzał przed siebie.
Mostu nie było. Pozostał tylko kawałek wystający nad wodą. Reszta po prostu się zawaliła. Z powodu mgły nie widział drugiej strony rzeki — zupełnie jakby poza Bogutami nie było już świata. Spojrzał w dół. Na wodzie unosiły się części mostu.
Czy to trzęsienie ziemi…? Ale jeśli tak, to dlaczego zniszczyło most, a wszystkie budynki w Bogutach pozostawiło praktycznie nietknięte?
Konrad stał i patrzył na resztki przeprawy przez rzekę. Wreszcie ocknął się z odrętwienia i wrócił do samochodu. Zawrócił. Gdy jechał do miasta, minął kolejną taksówkę. Jechała szybko, może nawet za szybko. Konrad obserwował ją w lusterku. Samochód wtapiał się w mgłę, aż w końcu stał się tylko kanciastym kształtem ze świecącymi tylnymi światłami.
Nagle światła zniknęły. Konrad drgnął.
— Chryste — szepnął.
Zatrzymał się. Wyskoczył z samochodu i zaczął biec w stronę zerwanego mostu. Boże, spraw, żeby nie była to prawda, spraw, żeby nie stało się to, o czym myślę — modlił się w duchu.
Tuż przy samej krawędzi leżał jakiś mężczyzna. Konrad rozpoznał go — był to Dariusz Florczyk. Wyrośnięty bezlitosny manager teraz wyglądał, jakby miał się za chwilę rozpłakać.
— Mój Boże — szeptał. — Chryste Panie. O mój Boże…
Konrad podszedł do krawędzi drogi i spojrzał w dół. Taksówka unosiła się na powierzchni wody, pomiędzy kawałkami mostu. Po kilku sekundach, w akompaniamencie bulgotu powietrza ulatującego z wnętrza pojazdu, poszła na dno.
10.
Konrad wyciągnął komórkę i wystukał numer 112 i czekał na połączenie, a tymczasem Florczyk podniósł się z ziemi.
— Jezus Maria — jęknął. Nadal był w szoku.
Konrad nie uzyskał połączenia, zaklął i schował telefon do kieszeni.
— Kto był jeszcze w samochodzie? — spytał.
— Zelnik, Sobierajski, kierowca…
A więc nie było Łukasza i Kuby.
— Poczekaj tu.
Konrad wsiadł do samochodu, dojechał do najbliższego domu i stamtąd zadzwonił po pogotowie, i straż pożarną, następnie wrócił do Florczyka.
— Wezwałem pomoc — wyjaśnił.
Florczyk kiwnął głową. Wzrok utkwił w miejscu, w którym zniknęła taksówka.
— To moja wina — wymamrotał. — Moja, kurwa, wina.
Nagle zapiszczały opony i Konrad odwrócił się. Na moście stały jeszcze dwie taksówki, z których powoli wysiadali ludzie. Wśród nich byli Jakub Pełka i Łukasz Moczulski. Po wyrazie ich twarzy Konrad domyślił się, że przeszli przez to samo, co on kilkanaście minut temu.
Przyjechało pogotowie i straż pożarna, a po chwili zjawiła się jeszcze policja. Najpierw spisali zeznania Konrada, potem wzięli na spytki Florczyka.
— Pan kazał jechać jak najszybciej? Przez taką mgłę, dlaczego? Dlaczego wyskoczył pan pierwszy, inni nie zauważyli, że most się kończy? Tylko pan jeden, tak? Dlaczego nie ostrzegł pan innych?
Florczyk na każde pytanie odpowiadał monotonnymi, krótkimi zdaniami. Zignorował fakt, że traktowali go jak winnego wypadku albo kogoś, kto postanowił popełnić morderstwo doskonałe. Konrad przysłuchiwał się temu przesłuchaniu i był ciekaw, czy policjanci byliby tak samo dociekliwi, gdyby wiedzieli, że rozmawiają z bliskim przyjacielem prezydenta miasta.
Pogrzebał w kieszeniach w poszukiwaniu papierosów; paczka była nasiąknięta wodą jak gąbka, więc postanowił poprosić Pełkę o fajkę, ale nigdzie go nie widział. Przy krawędzi mostu stał za to Moczulski, który również popalał. Konrad ruszył więc w jego stronę.
Obok Łukasza stał strażak o kanciastej sylwetce. Moczulski kłócił się z nim. Gdy był już wystarczająco blisko, usłyszał:
— Na miłość boską, co pan wygaduje! Tych ludzi trzeba ratować, trzeba ich jak najszybciej wyciągnąć zanim się potopią!
— Proszę pana, tu trzeba dźwigu i płetwonurków… — odpowiedział spokojnie strażak — …a my nie mamy ani jednego, ani drugiego.
— To co zamierzacie zrobić?
Strażak wzruszył ramionami i odszedł. Konrad stanął przy Moczulskim.
— Co za fiut! — Łukasz skinął w stronę odchodzącego strażaka.
— Masz papierosa? Moje przemokły.
Łukasz poczęstował go i sam zapalił. Obaj w milczeniu patrzyli przed siebie, na ścianę mgły oddzielającą ich od reszty świata.
— Też próbowałeś wyjechać z miasta? — zapytał, choć znał odpowiedź. Chciał podtrzymać rozmowę.
Łukasz mruknął potwierdzająco.
— To jakiś obłęd — powiedział.
Konrad odwrócił się. Wszyscy pasażerowie taksówek, wśród nich Pełka, stłoczyli się wokół Florczyka i naradzali się nad czymś.
— Chodź — powiedział Górski. — Coś się dzieje.
Podeszli do grupy akurat w momencie, kiedy Florczyk mówił:
— Słuchajcie, nie ma co tu stać. Chodźmy do Beaty, tam pogadamy i zastanowimy się, co trzeba zrobić.

Dyskusja