Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Martwa strefa – recenzja książki „Krew i stal. Kraina Martwej Ziemi”

„Krew i Stal” jest debiutancką książką Jacka Łukawskiego. Akcja powieści w stylu heroic fantasy rozgrywa się w bliżej niesprecyzowanym świecie. Z królestwa Wondettel, wiodącego prym w regionie, wyrusza z tajną misją Arthorn, tajny agent na usługach królewskiego doradcy. Jego cel znajduje się na przeklętej ziemi, zwanej Martwicą. Bitwa z dawnych czasów przemieniła tę niegdyś tętniącą życiem okolicę w wymarłe pustkowie, którego strzeże potężna magia. Wszystko co tam żyje, pod wpływem czarów umiera. Przez wiele lat myślano, że rzucony urok będzie trwał wiecznie. Jednak nawet najpotężniejsze zaklęcia z czasem słabną, a w Martwicy zaczynają tworzyć się przejścia, umożliwiające wejście do dawno opuszczonych terenów. Arthorn organizuje misję poszukiwawczą w celu odnalezienia ekspedycji, która wcześniej wyruszyła w Martwicę w poszukiwaniu potężnych artefaktów. Niemal niewykonalne zadanie stanie się jeszcze trudniejsze, kiedy wymarła okolica okaże się nie być aż tak opuszczona. Losy całego królestwa i spokoju krainy będą zależeć od powodzenia tej wyprawy. Czy Arthornowi uda się wrócić cało z ekspedycji?

„Krew i stal” to pierwszy tom cyklu „Kraina Martwej Ziemi”. Fabuła prawie w całości skupiona jest na wydarzeniach rozgrywających się w Martwicy. Wyprawa Arthorna, a następnie tułaczka i różnego rodzaju perypetie bohatera będą towarzyszyć czytelnikowi przez większość czasu spędzonego z lekturą. Tylko z rzadka autor decyduje się na narratorskie wycieczki do pałacu w Wondettel, gdzie mamy okazję przyjrzeć się pałacowej intrydze. To pozwala z jednej strony maksymalnie skupić się na wątku poświęconemu eskapadzie, z drugiej jednak pozostaje w czytelniku swego rodzaju niedosyt, że nie jest mu dane zajrzeć nieco głębiej w sieć plecionej przez siły zła intrygi.

Świadoma decyzja autora uczyniła z „Krwi i stali” powieść drogi, w trakcie której bohater musi stawiać czoła coraz to nowym przeciwnościom losu, mogąc liczyć na wsparcie kompanów. Wpływ na taki a nie inny kształt książki miał bez wątpienia fakt, że Jacek Łukawski posiada dużo doświadczeń związanych z podróżami m.in. po przejechaniu Polski autostopem. Czytelnicy pragnący zawiłej historii, pełnej knucia i politycznych gierek raczej nie znajdą w tej powieści zbyt wiele dla siebie, choć trzeba przyznać, że koniec lektury daje nadzieję na rozwój tego aspektu fabularnego w kolejnych częściach cyklu.

Dobre fantasy nie może się obejść bez dobrych bohaterów. Arthorn bez wątpienia wiedzie pośród nich wszystkich prym. Jest on osobą lojalną, odważną i bezgranicznie oddaną swojemu królestwu. Postać ta kryje również w sobie niejedną tajemnicę, związaną z jej przeszłością, co tylko dodaje opowieści kolorytu. Agent do zadań specjalnych będzie niejednokrotnie wystawiany na próbę sił, nierzadko mierząc się z mocami silniejszymi od niego. Wbrew obrazowi służbisty, jakim zdaje się emanować, nie jest on jednak ponurakiem i mrukiem, często zdarza się mu rzucić jakiś dowcipny komentarz lub ironiczną docinkę.

Niestety, Arthorn jest jedyną tak wyrazistą postacią w przekroju całej powieści. W trakcie zagłębiania się w fabułę trudno nie odnieść wrażenia, że niektórzy bohaterowie są zwyczajnie sztuczni i nierealni. Pojawiających się żołnierzy, towarzyszących Arthornowi w wyprawie, początkowo trudno rozróżnić, dopiero potem, gdy fabuła zaczyna nabierać rumieńców, niektóre ich indywidualne cechy zaczynają się uwypuklać. Szkoda, że jedna z lepiej zapowiadających się postaci dosyć szybko musi zejść ze sceny. Mówiąc o Arthornie, nie można nie wspomnieć o Gandaharze – najważniejszym doradcy króla i bezpośrednim przełożonym naszego bohatera. Postać mędrca sprawującego pieczę nad królestwem w momencie słabości jego władcy miała bardzo dobry potencjał, niestety – autor poświęcił jej zdecydowanie zbyt mało miejsca w fabule, tym samym skazując nas na domysły co do pewnych motywacji działań Gandahara, a jego samego zamykając w utartych schematach, które dane nam było już wcześniej poznać w innych dziełach tego typu. Podobnie jest z innymi postaciami z pałacu – krnąbrną córką króla, nie chcącą w żaden sposób podporządkować się racji stanu, i tajemniczym lordem z podbitej niegdyś przez Wondettel krainy.

Na szczęście nie zawodzą kreacje antagonistów. Tajemniczy rycerz w czarnej zbroi o nieznanej tożsamości na potężnym bojowym ogierze,który budzi lęk wśród wrogich żołnierzy samą swoją obecnością. Groźny wódz, który wyraźnie służy jakiemuś większemu złu, samemu mając na usługach nieczyste siły. Wreszcie (prawdopodobnie najbardziej niebezpieczny z nich wszystkich) Fardor – zła istota zamieszkująca pogranicze Martwicy, władająca potężną mocą i mająca naprawdę straszne zamiary. Ten ostatni zresztą jest najciekawszą postacią, zaraz po Arthornie, gdyż jego niezwykłe zdolności i aura tajemniczości, jaką wokół siebie roztacza,wzbudzają w czytelniku zarazem niechęć, jak i ciekawość.

Oprócz bohaterów, dla opowieści fantasy ważny jest również wykreowana rzeczywistość, w której osadzona została akcja. Najbardziej charakterystycznym elementem stworzonej przez Jacka Łukawskiego rzeczywistości jest bez wątpienia tytułowa Martwica. Ten odcięty od świata kawałek terenu przez wiele lat skrywał tajemnice, jednak słabnące zaklęcie zaczyna powoli odsłaniać wszystkie sekrety. Zły urok to nie jest jednak jedyne niebezpieczeństwo czekające na wędrowców. Nocą lasy i gościńce roją się od potworów rodem z sennych koszmarów. Autor przy kreacjach nocnych monstrów czerpał ze słowiańskiego bestiariusza, dlatego też Arthorn będzie musiał stawiać czoła swojskim utopcom czy dziwożonom.

Skoro już mówimy o stawianiu czoła – w książce wiele razy nasi bohaterowie będą musieli skrzyżować żelazo z przeciwnikiem bądź powalczyć z czymś nieludzkim. O ile przez większość czasu sceny akcji są dobrze opisane, to jednak czasem zdarzają się autorowi dziwnego rodzaju popisy. Czytanie sekwencji walki opisanej w ten sposób: „Cięcie, unik, blok, kontratak, unik” nie należy do najbardziej atrakcyjnych, powiedziałbym nawet, że tchnie sztucznością i brakiem pomysłu na sensowne opisanie sceny. Takie kwiatki (na całe szczęście!) nie zdarzają się często, niemniej jednak należy ich istnienie odnotować. Na plus trzeba natomiast zaliczyć „mrugnięcia okiem” autora w kierunku czytelników fantastyki. Bo to głównie oni zrozumieją aluzje związane np. z przypadkiem chłopca, który oszalał i wmówił sobie, że musi zanieść kółko z krowiego nosa, będące jakoby pierścieniem zła, i wrzucić je do wulkanu. Muszę przyznać, że przy tego typu fragmentach na mojej twarzy pojawiał się uśmiech.

„Krew i stal” jest książką bardzo nierówną – początkowo wolno się rozkręcającą i długo nabierającą rozpędu, aby wreszcie, pod koniec, przykuć uwagę czytelnika. Jeden bardzo dobrze zarysowany główny bohater, z którym można się utożsamić, i całkiem nieźle napisane wrogie postacie kontra niezwykle anonimowy tłum, któremu nie dano okazji się wykazać. Historia w pierwszym tomie kończy się cliffhangerem niczym z najlepszych filmów akcji, pozostawiając wrażenie, że tak naprawdę najlepsze dopiero przed nami. Książka jako grunt pod nowo budowane uniwersum dobrze spełnia swoją rolę, jednak jako samodzielny utwór jest na średnim poziomie. Autorski debiut całkiem udany, stoją solidne fundamenty pod stworzenie czegoś zdecydowanie lepszego – pozostaje tylko trzymać za autora kciuki!

Ocena: 2.5/5

Dyskusja