Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Pieśń na cześć rodzącego się świata – recenzja książki „Łabędzi śpiew. Księga II”

Nikt nie lubi, kiedy odcinek jego ulubionego serialu kończy się w dramatycznym momencie. Każdy chciałby od razu wiedzieć, co wydarzyło się dalej, jak potoczyły się losy ukochanych bohaterów oraz w jaki sposób udało im się wybrnąć z tarapatów. W przypadku „Łabędziego śpiewu” sprawa ma się podobnie. Po przeczytaniu ostatnich stron pierwszego tomu czytelnik odczuwa niedosyt i ma ochotę z miejsca zabrać się za lekturę drugiej księgi. Czy jednak, poznawszy zakończenie tej niesamowitej historii, nie zaczniemy odczuwać rozczarowania? Czy mistrzowi udało się dosięgnąć poprzeczki, którą sam sobie postawił w poprzedniej części?

„A po nich nastanie siedem lat głodu; i pójdzie w niepamięć cała ta obfitość w Egipcie”

Minęło siedem lat od katastrofy, która zmieniła dzieje świata. Atomowa zima trwa, pył w atmosferze nie przepuszcza promieni słonecznych i, spadając wraz ze śniegiem, zatruwa wody. Ziemia już od dawna nie wydaje plonów, a dzikie zwierzęta przestały lękać się człowieka, włączając go do jadłospisu. Ludzie patrzą na siebie z rosnącym dystansem, obawiając się wszechobecnych złodziei oraz morderców. Ten ponury obraz przyprawi o ciarki niejednego miłośnika gatunku. Zmusi również do refleksji nad kierunkiem, w którym podąża ludzkość…

Autor po raz kolejny przedstawia czytelnikom losy trzech grup protagonistów znanych nam z poprzedniej części. Młoda Swan przestała być już jednak dzieckiem. Teraz jest nastolatką dotkniętą okropną chorobą – jej twarz zaczęły pokrywać narośle, tworząc z czasem coś na kształt kamiennej maski. Wszyscy główni bohaterowie cierpią na podobną przypadłość, jednak stan dziewczyny jest najgorszy. Pomimo odstręczającej powierzchowności, w dalszym ciągu przepełnia ją bezgraniczne dobro. Powoli udaje jej się również odkryć prawdziwą naturę swojej mocy. Nie ma osoby, które nie pokocha tej dzielnej oraz upartej młodej kobiety. W trakcie lektury z całego serca życzymy dziewczynie sukcesu i jesteśmy wdzięczni Joshowi za opiekę nad nią. Podświadomie czujemy bowiem, że Swan jest darem dla umierającej ludzkości i tylko ona może odwrócić bieg zdarzeń. Przeczuwa to również Siostra, która nieustannie usiłuje odnaleźć dziewczynę ze swoich wizji. Nieco inaczej sprawa się ma w przypadku pułkownika Macklina i wiernego mu Rolanda. Obaj budzą u nas nieopisany wstręt oraz nienawiść. Ich poczynania zasługują na najwyższy wymiar kary, wprost nie możemy się doczekać, kiedy przytrafi im się coś złego. Reprezentują te wszystkie przywary i grzechy, które doprowadziły świat do zagłady. Aż trudno uwierzyć, że nie zrozumieli błędów swoich poprzedników i ze ślepym uporem podążają wytyczoną przez nich ścieżką. To właśnie w takich chwilach utwierdzamy się w przekonaniu, że głupota ludzka nie ma granic.

Przemierzając kolejne karty powieści, zadajemy sobie pytania: czy człowiekowi dane będzie kiedykolwiek ponownie zobaczyć promienie słońca? Jak to możliwe, że mimo tylu upodleń oraz przeciwności losu dobro wciąż się nie poddało? Co się stanie, kiedy wszyscy bohaterowie skończą swoją podróż i wreszcie się spotkają? Dobro zwycięży, a zło poniesie zasłużoną karę?

„Żył w ziemi Us człowiek imieniem Hiob…”

Książka zawiera wiele symboli oraz metafizycznych obrazów. Utwór McCammona stanowi w końcu odzwierciedlenie walki dobra ze złem. Pisarz stawia wyraźną granicę pomiędzy tym, co słuszne, a tym, co niegodziwe. Jednym z przejawów działania sił wyższych jest maska Hioba – choroba, która dotknęła wszystkich protagonistów. Przy jej pomocy autor prezentuje swoim czytelniom, jak wyglądałby świat, gdyby nasze uczynki odmalowywały się na twarzach. Nie ma ludzi idealnych, jednak ci, którzy zadośćuczynili w nowym świecie za popełnione przed laty błędy, zostają nagrodzeni, zyskują szansę na nowe życie. Poza tym nadzieja przestaje być czymś metafizycznym i zaczyna materializować się za sprawą nastoletniej Swan. Ludzie po raz pierwszy od siedmiu lat są świadkami sytuacji, w której rośliny dają plony, a czysta woda nie jest jedynie pobożnym życzeniem. Świat niczym feniks powstaje z popiołów. Okazuje się również, że tak naprawdę wystarczy upór, cierpliwość i ciężka praca, aby odzyskać dawno utracone piękno oraz ład.

Autor demaskuje prawdziwe oblicze władzy i wojny. Ludzie jedynie z chęci dominacji oraz dla zaszczytów gotowi są posunąć się nawet do najokrutniejszych i najbardziej bezlitosnych uczynków. Czy jakikolwiek człowiek ma prawo decydować o losie innych osób? Nie jesteśmy wszak godni, żeby pełnić rolę Boga i szastać cudzym życiem wedle własnego widzimisię. Pisarz wielokrotnie wspomina o miłosierdziu. Jego zdaniem przebaczenie należy się każdemu, chociaż nie zawsze przychodzi nam z łatwością. Coś w tym musi być, bo nawet zły los, jaki czeka powieściowych złoczyńców, nie przynosi nam satysfakcji. Odczuwamy raczej litość, współczujemy im, że są tacy żałośni i zaślepieni.

„Objawienie Jana”

Trzeba przyznać, że drugi tom „Łabędziego śpiewu” to naprawdę przyzwoita książka. Niestety nie jest lepsza od poprzedniej części, co może rozczarować fanów twórczości McCammona. Być może zostało to spowodowane zmianą konwencji. Wędrówka głównych bohaterów dobiega bowiem końca. Historia staje się nieco bardziej statyczna, co nie oznacza, że nie czekają na nas nagłe zwroty akcji. Sama opowieść traci jednak na klimacie i baśniowości. Zamiast tego coraz bardziej zauważalne stają się nawiązania do Biblii. Magia przypomina raczej cuda czynione rękoma świętych. Poza tym niektóre fragmenty trącą nadmiernym patosem. Nie przeszkadza to zbytnio w lekturze, jednak czuć znaczącą różnicę w porównaniu do pierwszego tomu powieści. Największa baśniowość odczuwalna jest w sposobie, w jaki autor zakończył swoją historię: „Ci, którzy tam byli i wszystko widzieli, opowiedzieli o tym swoim dzieciom i wnukom”.

„Łabędzi śpiew” zawiera dwa naprawdę niespodziewane i dramatyczne zwroty akcji. Jednym z nich jest obrona miasteczka Mary‘s Rest przed Armią Doskonałych. Drugi taki punkt stanowi finał utworu. Warto też podkreślić, że zazwyczaj szczęśliwe zbiegi okoliczności nużą, jednak tutaj przytrafia się ich tak niewiele, iż w głębi duszy współczujemy postaciom z kart powieści i mamy nadzieję na poprawę ich losu. Niestety będziemy musieli pożegnać się z częścią ukochanych bohaterów. Nie będzie to łatwe, bo w trakcie lektury większość z nich mocno nas do siebie przywiązała.

Literat w dalszym ciągu zachwyca swoich czytelników sposobem, w jaki posługuje się słowem pisanym. Kapelusze z głów przed mistrzem, nic nie może bowiem umniejszyć jego talentu. Nawet jeżeli fabuła utworu nie przypadnie wszystkim do gustu, to pod względem formy niczego nie można pisarzowi zarzucić. Utwór dopełnia okładka nawiązująca do tej, która zdobiła pierwszy tom. Po raz kolejny ujrzymy mroczne barwy i postapokaliptyczny obraz budzący w nas niepokój. Niestety, tak jak poprzednio, tutaj również nie pasuje wizerunek unoszącej się na niebie widmowej czaszki. Niejednemu czytelnikowi zbytnio kojarzyć się będzie z „Harrym Potterem” i Mrocznym Znakiem używanym przez sługi Lorda Voldemorta.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja