Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wojna, która się dłuży – recenzja „Długiej wojny”

Od znanej z pierwszego tomu ekspedycji Joshuy i Lobsanga mija niecała dekada. Pierwszemu z nich udaje się założyć rodzinę, drugi radzi sobie coraz lepiej z osobistą misją sprawowania pieczy nad ludzkością. Trudności jednak przybywa. Rosnąca fala migracji na pionierskie światy coraz silniej destabilizuje Ziemię Podstawową, pozostawiając na planecie matce głównie sceptyków wobec przekraczania. Równocześnie, na położonym półtora miliona kroków dalej świecie zwanym Walhallą, grupa osadników postanawia uwolnić się spod kurateli Stanów Zjednoczonych. Pogorszeniu ulegają również relacje ludzi ze współtworzącą Długą Ziemię rasą trolli. Sytuacja staje się napięta i tylko połączone wysiłki bohaterów mogą przywrócić starą, dobrą równowagę.

Co należy zaznaczyć na początku, choć tytuł drugiego tomu cyklu sugerować może przewagę treści batalistycznych, podobnie jak w pierwszej części fabuła skupia się na socjologii na Długiej Ziemi. Akcji właściwe jest tu bardzo niewiele. Zrozumienie tego ułatwia wizja sterowca – najważniejszego tutaj, gdyż najsprawniej przekraczającego wehikułu – sunącego w stronę prymitywnych wiosek kolonistów. Wehikuł wysłany przez rząd USA wypełniają najnowsze technologie i zastępy żołnierzy, a ich adwersaże są groteskowo zacofani. Przypomina to międzywymiarową wersję wojny secesyjnej z jedną stroną konfliktu mającą przewagę rozwoju rzędu pół milenium. Nie chodzi tu o wymianę ognia – jedna grupa ludzi chce po prostu uwolnić się od wielkiej polityki tego świata. Odciąć od Stanów jak one kiedyś od Wielkiej Brytanii. Duma polityków nie pozwala jednak zaakceptować tej zmiany. Decydujący wpływ na przyszłość narodu otrzymuje dowódca operacji, kapitan Maggie Kauffman. Choć wojskowa stara się kierować własnym zdrowym osądem, nie wie jeszcze, jak wiele w tej misji zależeć będzie od niezauważalnego wsparcia Lobsanga.

Joshua wyrusza tymczasem na poszukiwania źródła problemu z trollami, krok w krok podążając za znajomą z czasów pierwszej wyprawy, Sally Linsay. Podobnie jak w przypadku kryzysu związanego z Walhallą, wiele winy leży w podstawowych ludzkich grzechach – pysze, dumie i niechęci do obcego. Mając świadomość, że globalna zmiana w ludzkiej naturze jest raczej niemożliwa, bohaterowie muszą się nagimnastykować, by znaleźć korzystne wyjście z tej sytuacji.

Trzecim, mniej istotnym wątkiem książki jest kolejna wielka podróż przesuwająca granicę znanego. Tym razem reprezentuje ją grupa zdominowana przez Chińczyków, co jest pierwszym faktycznie nieamerykańskim wątkiem tej serii, raczej ekstrapolującej losy jednej nacji na ludzkość, niż faktycznie różnicującej podejście do Długiej Ziemi. Azjaci, wykazując się ambicją i pragmatyzmem, wydają się dużo lepiej dysponować daną im przestrzenią, ale ważniejszą od migawki z okolic Chin Podstawowych jest sama wyprawa. Niestety jej wątek nie wnosi niczego nowego do fabuły książki, podobnie jak kilka innych, niepotrzebnie ją rozpychając. Nie inaczej niż w pierwszym tomie, przewracanie kolejnych kartek praktycznie pozbawione jest napięcia i tak samo stan ten zmienia się dopiero na ostatnich kilkudziesięciu stronach. Kiedy już to się dzieje, nie ma w tym też szczególnego rozmachu, jakby autorzy zwlekali z czymś poważniejszym do następnych tomów.

Dobrą robotą wykonaną przez pisarzy jest natomiast naszkicowanie socjoekonomicznego portretu długoziemskiej cywilizacji, bez którego cała otoczka wielowymiarowości zdawałaby się zwyczajnie niewiarygodna. Tymczasem można odnieść wrażenie, że gdyby cud przekraczania był dany i nam, całość potoczyłaby się właśnie w kierunku określonym przez Pratchetta i Baxtera. Niestety nie mielibyśmy w tym przypadku powodów do szczególnego samozadowolenia.

W ogólnym rozrachunku, choć nie można „Długiej wojny” nazwać złą książką, wydaje się ona raczej krokiem wstecz w stosunku do poprzedniczki. Wiele wątków, zamiast otrzymać sensowną formę, stanowi raczej ubogi wstęp do późniejszego rozwinięcia, finał pojawia się znikąd i znikąd się zamyka. Dopiero treść kilku ostatnich stron wyjaśnia motywy autorów, ale można odnieść wrażenie, że to narracyjne pójście na łatwiznę ze strony tak doświadczonych pisarzy. Literacko książka ta jak najbardziej ma rację bytu, dobrze wpisując się w cały zamysł twórców. Stanowi jednak najdłuższy i najbardziej żmudny krok przez to uniwersum.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja