Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ziemia rozpędzona – recenzja „Długiej Utopii”

Joshua Valienté, zwany czasem Królem Przekraczających, w każdym calu może stanowić symbol Długiej Ziemi. Urodzony właściwie pomiędzy światami, już w wieku kilkunastu lat stał się nie tylko świadkiem, ale i bohaterem Dnia Przekroczenia. Później jako pierwszy prawdziwy jej eksplorator przemierzył tam i z powrotem ponad milion Ziemi, ocalając przy okazji jej mieszkańców. Chociaż starał się założyć szczęśliwą rodzinę, zew tułaczki musiał ostatecznie zatryumfować. Teraz młodość Joshuy jest już daleko za nim – kończy 50 lat, w dniu urodzin spotykając się z garstką najbliższych. Choć bardzo późna to pora, po raz pierwszy wpada wtedy na trop nigdy niepoznanego ojca. Śledztwo odkrywa przy okazji losy dalszych przodków bohatera, w tym Luisa Valienté, postaci o ogromnym wpływie na przyszłe dzieje przekraczających.

Historię praprzodka Joshuy odsłania znany od pierwszej części Nelson Azikiwe, który chyba nigdy nie doczeka się większego niż pośredni wpływu na fabułę. Wyprawiwszy się do Londynu, Nelson wczytuje się w zapomniane zapiski i cofa do połowy XIX wieku. Jego tropem jest artysta sceniczny znany jako Wielki Elusivo, wykorzystujący dar „tańczenia”, jak zwano wtedy przekraczanie, do iluzjonistycznych sztuczek. Skuszony wizją naprawiania świata, daje się wkrótce wciągnąć w szereg politycznych intryg, które odmienić mają dzieje narodów. Rozdziały rozgrywające się niemal dwa wieki przed akcją właściwą to miłe urozmaicenie cyklu, choć poza szczątkowym wyjaśnieniem pochodzenia Joshuy i jego zdolności, stanowią raczej odskocznię od głównego wątku. Ten natomiast w „Długiej Utopii” przybiera wreszcie odpowiedno spektakularny ton i, inaczej niż w poprzednich trzech tomach, rozpędza książkę bliżej jej połowy niż końca.

Zaczyna się bardzo niewinnie. W cybernetycznym życiu Lobsanga następuje zmiana, przez którą porzuca on dawny żywot opiekuna ludzkości i skupia się na własnym życiu. Z towarzyszącą mu Agnes wyprowadza się do dalekiego, wykrocznego świata i adoptuje dziecko. Para przeistacza się w z pozoru zwyczajną rodzinę farmerów. Wątek człowieczeństwa androidów był zawsze jednym z istotniejszych elementów tego uniwersum, począwszy od pierwszej części cyklu, w której Lobsang walczył o prawne potwierdzenie posiadania duszy. Pomimo tego, dopiero od zakończenia „Długiego Marsa” stanowi on faktycznie zauważalną jakość. Widać tutaj walkę, jaką toczą bohaterowie o zachowanie normalnego życia, pozostawienia cywilizacji samej sobie. Niebezpieczeństwo, jakie dziwnym trafem pojawia się dokładnie w ich świecie, nie pozwala im jednak zachować neutralności.

W porównaniu do poprzedniej części następuje tu odwrócenie narracyjnej równowagi. W trzecim tomie Lobsang był jedynie dyskretnym graczem, tutaj wychodzi na pierwszy plan. Zamienia się tym samym z Joshuą, którego udział sprowadza się do roli łącznika z Sally. W spotkaniach starych bohaterów coraz więcej jest nostalgii, czuć jak wiele przeżyć bohaterowie mają już za sobą. Pomimo przybywających lat, para stroniących od ludzi superprzekraczających nieprzerwanie podejmuje się prób ratunku Długiej Ziemi, niczym mityczni herosi sięgając wzrokiem dalej niż jej przeciętni mieszkańcy. Na szczęście nie są w tym osamotnieni. Jakkolwiek relacje ludzkości z Następnymi pozostawały napięte i niejednoznaczne w przeszłości, udział nowego pokolenia w sytuacjach kryzysowych jest dlań logiczną koniecznością. W krótkich migawkach pisarze opisują Zagrodę – sekretny świat zaadaptowany przez Następnych, ich wzajemne relacje i pogardliwe nastawienie do ludzi, a także specyfikę szybkomowy. Interesująco uzupełnia to poprzedni tom, ukazując ciąg następstw wynikających ze zmian społecznych i technologicznych. Choć cywilizacja bezustannie posuwa się do przodu, nie odmienia jej to na lepsze. Nawet rozsiani po tysiącach światów ludzie nie zmieniają się, wykazują te same przywary. Mniejsze zaludnienie tym bardziej je uwidacznia. W głowach wielkich planistów świata rysuje się utopia zapoczątkowana przez budowę wind kosmicznych, ale u fundamentów najsłabszym ogniwem nadal jest człowiek.

Po drugiej stronie barykady znajduje się przeciwnik tyleż enigmatyczny, co niespodziewanie ludzki w zachowaniu. Autorzy stawiają tym wątkiem pewną diagnozę co do naszej przyszłości we Wszechświecie i chwilami trudno stwierdzić, czy dominuje w niej pesymizm, czy optymizm. Sporo tu nawiązań do fantastycznonaukowych konceptów, w tym zilustrowanego na początku książki silnika Freemana Dysona. To kolejny dowód na to, że z poszczególnymi tomami seria o Długiej Ziemi zyskuje na rozmachu. Wszystko zaczęło się od wykrocznych eskapad po błękitnej planecie, potem przyszła pora na jej czerwoną sąsiadkę. Jako że ostatni tom będzie nosił tytuł „Długi Kosmos”, tym bardziej spektakularne stanie się pożegnanie autorów z tym uniwersum.

Jest to szczęśliwie możliwe, ponieważ cykl wyniknął z kooperacji dwóch autorów. Niespodziewane odejście autora „Świata Dysku” w marcu zeszłego roku sprawiło, że ciężar zwieńczenia sagi będzie spoczywał wyłącznie na barkach Baxtera. Cały jej przebieg został jednak zaplanowany już dawno, stąd pozostaje mieć nadzieję, że prawdopodobnie jedna z ostatnich książek sygnowana nazwiskiem Pratchetta nie rozczaruje. W oczekiwaniu na tę część „Długa Utopia” jest pozycją satysfakcjonującą, równie dobrą co otwierająca pięcioksiąg „Długa Ziemia”.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja