Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Cukier… Słodkości… I różne śliczności… – recenzja komiksu „Atomówki – The Powerpuff Girls #1”

Dla widza wszystko zaczyna się od kreskówki. Komiks jest jedynie storyboardem dla twórców. Nic poza tym. Swoje pierwsze starcie z fabułą mamy właśnie przed ekranem. Dostajemy już skończony produkt ze wszelkimi dopieszczeniami. Jest to wygodne, bo nie trzeba już używać wyobraźni. Jest wszystko: głosy bohaterów i narratora, typowe dźwięki i zachowania, ścieżki dźwiękowe. Kto, czytając pierwszy tom „Atomówek”, nie miał zakodowanego w głowie singla małych superbohaterek? Przysłowiowe palce jednej ręki powinny wystarczyć do tego, aby policzyć te wyjątki.

W końcu w Polsce został wydany komiks, na który czekało zapewne wiele osób. Miejmy nadzieję, że zapoczątkuje modę na wydawanie tomów opracowanych na podstawie kreskówek ze szklanego ekranu. Co do samego dzieła – nie można mieć większych zastrzeżeń, bo nie wymaga ono od rysowników wielkiego kunsztu plastycznego. Kreska jest tak samo prosta, jak ta w serialu. Co do kadrowania, także nie należy doszukiwać się większej ujmy. Pod względem technicznym wszystko jest zrobione na poziomie co najmniej przyjemnym dla oka. W dodatku plus to śliskie kartki, które są dobrym zastosowaniem w przypadku grafiki wektorowej, a taką niewątpliwie zastosowano przy tworzeniu tej historii.

Tom I składa się z VI rozdziałów: „Prosto w ciacho”, „Na czarno i na niebiesko”, „Naprzód Wiewióreczko!”, „Gdzie się podziała miłość?”, „Igrając z mocą” i „Potworna Gra”, w których to dziewczynki zmagają się z różnymi antagonistami. Pojawia się tutaj bardzo dobrze znany schemat – notabene charakterystyczny dla kreskówek i komiksów. Za każdym razem wszystko rozpoczyna się oczywiście od wprowadzenia przez narratora wiekopomnymi słowami: „Miasto Townsville…”. Następnie pojawia się zagrożenie i wykonywany jest telefon do Atomówek. Jak zwykle, nie podnosząc słuchawki, wylatują dachem bądź też oknem. Docierają na miejsce zdarzenia i rozprawiają się z łotrem. Na koniec Atomówki znajdują się w centrum kadru, w charakterystycznym dla siebie ułożeniu – Bójka pośrodku, a po lewej i prawej stronie, nieco niżej, Bajka i Brawurka. Wówczas słyszymy o tym, jak to zło i występek musiały ustąpić trzem dziewczynkom.

Poza charakterystycznym schematem całej fabuły mamy także dobrze znanych – w dodatku zapewne lubianych – superzbrodniarzy: Mojo Jojo i On. Nie należy myśleć, że nie zrozumie tego czytelnik, który wcześniej nie miał styczności z odcinkami kreskówki. Wszystko jest bardzo klarowne. Szybko można wychwycić cechy określonych postaci, a zwłaszcza tych złych.

„Atomówki. Tom I” przybrały wygodny format. Kartki są śliskie i tym samym rysunki wyglądają wyraźniej (jest to ważne zwłaszcza w utworach charakteryzujących się prostą kreską). Co jest trudnością w ocenie komiksu? Sentyment. Musiałby to być naprawdę beznadziejnie zrobiony rysunek, scenariusz itd., aby wystosować potężną krytykę. Atomówki są kojarzone ze stacją telewizyjną Cartoon Network i są jej nieodzownym elementem – nawet na wydanym przez STUDIO JG egzemplarzu jest słynne logo CN. Bardzo pozytywnie należy odbierać próby wskrzeszania klasyki, zwłaszcza pod tradycyjną postacią komiksów. Wydania na licencji Cartoon Network są efektowne. Innym tego przykładem jest wydany wcześniej „Adventure Time” – również na podstawie kreskówki emitowanej na kanale telewizyjnym.

Dyskusja