Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Fantastyka z romansem – recenzja książki „Córka Zjadaczki Grzechów”

W dzisiejszych księgarniach i sklepach internetowych znajdziemy multum książek, które najpierw kuszą swoją okładką, a kiedy już weźmiemy je do ręki i pokwapimy się przeczytać krótki i enigmatyczny opis z tyłu okładki, nasze zaciekawienie lekturą rośnie jeszcze bardziej albo… spada na łeb na szyję…

Autorka silny akcent kładzie przede wszystkim na rolę tradycji. Tytuł Zjadaczki Grzechów jest przekazywany z pokolenia na pokolenie – z matki na córkę. Tym razem taki zaszczyt spotyka główną bohaterkę powieści, czyli Twyllę. Fakt ten zmusza dziewczynę do przejścia przez rytuał będący swoistą formą inicjacji. A co za tym idzie, musi zasiąść do uczty za zmarłego i zjeść potrawy symbolizujące jego grzechy. W przeciwnym wypadku, jeśli grzechy nie zostaną zjedzone, nieboszczyk nie dostąpi zbawienia.

Bohaterka na pierwszy rzut oka wiedzie bajeczne życie. Mieszka w zamku władczyni Lormere. Zewsząd otaczają ją strażnicy. Po co to wszystko? Zapewne dlatego, że dziewczyna od urodzenia jest wcieleniem bogini Daunen – czyli upraszczając, maszyny do zabijania. Pod skórą ma zaaplikowaną truciznę, która sprawia, że dziewczyna zabija samym tylko dotykiem. Bezpiecznie mogą się czuć jedynie Król, Królowa i Książę Merek – przyszły mąż Twylli. Tylko oni są odporni na jej zabójcze zdolności. Brak przyjaciół jeszcze bardziej pogłębia samotność, ale przede wszystkim potęguje poczucie odrzucenia przez wszystkich, przez cały świat. Niby nic takiego, a jednak, jeśli odpowiednio zagra się na emocjach takiej osoby, można pociągać za spust kiedy tylko się chce…

Główna bohaterka to ciekawe studium psychologiczne. Czytelnik dokładnie śledzi jej uczucia i nastroje. Z upływem czasu jej sumieniu zaczyna ciążyć piętno mordercy. Ludzie postrzegają Twyllę jako czarownicę, istotę obdarzoną demoniczną duszą. Z kolei dla niej samej nadzwyczajne zdolnościsą najzwyklejszym przekleństwem i przyczyną wiecznej samotności. Co za tym idzie, główna bohaterka jest bardzo wycofana i zamknięta w sobie. Zmiana w takiej postawie następuje w momencie, kiedy nowym strażnikiem na dworze królowej Lormere zostaje Lief. Chłopak staje się obiektem westchnień przyszłej żony Księcia Mereka, czyli Twylli. Dlaczego? Jest przystojnym młodzieńcem. Jednak przede wszystkim widzi w tytułowej bohaterce kogoś, kogo nikt do tej pory nie był w stanie dostrzec – zwykłą dziewczynę. Dodatkowo pociąga ją nie tylko jego uroda, ale także opiekuńczość.

Na pochwałę zasługuje sama kompozycja powieści. Pośród mrocznych scen, przepełnionych krwią, pojawia się od czasu do czasu wątek miłosny Twylli i Liefa. Dodatkowo przedstawione tu jest konserwatywne podejście ówczesnego społeczeństwa do związku małżeńskiego, bo przecież główna bohaterka – na mocy postanowień rodziny królewskiej – miała zostać wydana za mąż za księcia. Kolejne dobre słowo należy się kreowaniu samych postaci. Autorka przedstawia nam całkiem sporą gamę charakterów. Bohaterowie różnią się od siebie w znaczny sposób. Innym ciekawym zabiegiem pisarki jest uwzględnienie przemyśleń Twylli. Pozwala to dostrzec, jak autentyczne jest rozdarcie dziewczyny pomiędzy obowiązkiem poślubienia księcia Mereka, a prawdziwymi uczuciami, jakie żywi względem osoby Liefa.

„Córka Zjadaczki Grzechów” jest jak najbardziej godna polecenia. Okładka momentalnie przyciąga wzrok i nie odbiega swoim wizerunkiem od treści zawartej książce. Do kogo przede wszystkim można ją adresować? Do osób, które wkraczają dopiero w świat fantastyki. Książka jest napisana lekkim i przyjemnym językiem. W dodatku nie ma też przesadnie rozbudowanej fabuły, zatem jeśli jesteś osobą lubiącą klimaty fantasy z porządną dawką romansu, to nie zastanawiaj się, otwieraj powieść Melindy Salisbury i ciesz się lekturą!

Ocena: 3.5/5

Dyskusja