Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Formidzka opera mydlana z warzywem strączkowym w tle – recenzja książki „Ucieczka Cienia”

W maju, po raz pierwszy w Polsce, został opublikowany piąty tom „Sagi Cienia”. Wszyscy fani powieści Orsona Scotta Carda czekali na ten dzień z niecierpliwością. Książki tego autora mają to do siebie, że albo są bardzo dobre, albo naprawdę kiepskie – nigdy nie bywają po prostu przeciętne. Czasem zdarzało się, że pisarz zanudzał swoich czytelników rozważaniami religijnymi czy kwestiami dotyczącymi rodziny. Do tej pory wiele osób narzeka na „telenowelę o in vitro”, jaką w pewnej chwili Card zafundował swoim odbiorcom. Zazwyczaj jednak jego utwory są niezwykle dynamiczne, interesujące oraz pełne ciekawych refleksji. Przekonajmy się zatem, jak to wygląda w przypadku „Ucieczki Cienia”.

Co się skrywa w cieniu?

Ze świecą można szukać fanów fantastyki, którzy o Cardzie nigdy nie słyszeli. Wykreowane przez tego amerykańskiego pisarza przygody Andrew Wiggina podbiły serca miłośników scince fiction na całym świecie. O kunszcie twórcy świadczy fakt, że już dawno temu stał się rozpoznawalny i ceniony zarówno wśród krytyków literackich, jak i fanów gatunku w różnych zakątkach naszego globu. Stanowiąca uzupełnienie „Sagi o Enderze” „Saga Cienia” rozrasta się coraz bardziej. Jeszcze parę lat temu nikt chyba nie przypuszczał, że autor rozwinie historię Groszka aż do tak niebotycznych rozmiarów. Jak już wcześniej wspomniałam, niektóre powieści z cyklu są słabsze, inne za to bardzo dobre. „Ucieczka Cienia” jest zdecydowanie lepsza od dwóch poprzednich tomów serii, jednak w porównaniu z całym dorobkiem Carda nie stanowi dzieła wybitnego. Co więcej, po przeczytaniu utworu część fanów będzie czuła się głęboko rozczarowana, bowiem w tej pozycji nie uświadczymy niczego więcej niż to, co znalazło się w krótkim opisie na okładce…

Aby w pełni zrozumieć treść książki, czytelnikom niezbędna będzie znajomość poprzednich tomów cyklu. Fabuła powieści obraca się bowiem wokół dalszych losów Juliana Delphiki oraz trójki jego potomstwa. Jak wiemy już z lektury wcześniejszych części serii, nie wszystkie dzieci Groszka i Petry przyszły na świat zdrowe. Część z nich odziedziczyła po ojcu zdradziecki „klucz Antona”, który, obdarzając swoich nosicieli ponadprzeciętną inteligencją, skazuje ich przy tym na przedwczesną śmierć. Julian nigdy nie przestał rosnąć, przez co serce z trudem utrzymywało go przy życiu. Każdy gwałtowny ruch mógł być jego ostatnim… Nie to jednak było dla niego najgorszym koszmarem. Jako ojciec nie mógł znieść myśli, że ukochane dzieci czeka podobny los. W nadziei na wynalezienie lekarstwa Groszek wraz ze swoimi pociechami udał się w galaktyczną podróż na pokładzie „Herodota”. Ender, Carlotta i Cincinnatus rozwijali się zdecydowanie szybciej niż zwykli ludzie i w wieku zaledwie kilku lat przyswoili sobie obsługę statku kosmicznego oraz zaawansowaną wiedzę z różnych dziedzin nauki. Wszystkie ich próby odkrycia lekarstwa spaliły jednak na panewce. Nic nie zapowiadało, aby zły los miał się w końcu odwrócić od rodziny Delphikich… Przynajmniej do dnia, gdy na trasie swej kosmicznej wyprawy natknęli się na statek obcych… Szybko okazało się, że pojazd należy do Formidów, którzy od dawna powinni być martwi. Skąd zatem się tam wzięli i co to oznacza dla ludzkości? Czy rodzinie Groszka uda się nawiązać z nimi kontakt? Jakie jeszcze tajemnice skrywa zniszczona przez Endera obca cywilizacja?

Olbrzym na glinianych nogach

Chociaż opis powieści wydaje się fascynujący, to tak naprawdę nic się w niej nie dzieje. Książka jest bardzo krótka (liczy sobie zaledwie dwieście stron), ale mimo wszystko można by zawrzeć w niej nieco więcej. Główni bohaterowie lecą sobie swoim statkiem kosmicznym, po czym spotykają obcych – koniec. W taki sposób zazwyczaj rozpoczyna się książki scince fiction, a nie je kończy. Na próżno szukać tu jakichkolwiek nagłych zwrotów akcji czy trzymających w napięciu scen. „Ucieczka Cienia” to pozycja wyjątkowo statyczna, co nie każdemu odbiorcy przypadnie do gustu. Znaczną cześć utworu stanowią dialogi, przez co przeczytanie książki nie zajmie nam zbyt wiele czasu. Po dotarciu do ostatniej strony będziemy odczuwali olbrzymi niedosyt, jakby ktoś wyłączył nam film, który obejrzeliśmy dopiero do połowy.

Część czytelników nie będzie też w stanie znieść głównych bohaterów. Przemądrzały Groszek miał w sobie „to coś” i był zazwyczaj równoważony przez szereg innych postaci (Ender, Petra, siostra Carlotta itd.). W tym wypadku mamy czterech takich geniuszy, a ich kłótnie oraz przeświadczenie o własnej wyjątkowości mogą skutecznie zrazić niektórych fanów serii. Trudno obdarzyć sympatią dzieci, które bardziej niż ludzi przypominają roboty patrzące na wszystkich z góry. Na dodatek dla przeciętnego odbiorcy ponad połowa dialogów będzie wydawała się sztuczna i przeintelektualizowana.

Mimo kilku wad powieść ma też szereg zalet. Przede wszystkim poznajemy wiele nowych rzeczy dotyczących samego uniwersum. Historia Groszka z każdym tomem coraz bardziej uzupełnia wydarzenia znane nam z „Sagi o Enderze”. Najciekawsze jest chyba to, że dowiadujemy się nieco więcej o Formidach. Część z tych faktów całkowicie zmieni nasze dotychczasowe podejście do ich cywilizacji. Rodzeństwo Delphikich odkrywa bowiem, że to, co Królowa Kopca przekazała Wigginowi, nie do końca było prawdą, a tajemnicza obca rasa skrywa w zanadrzu jeszcze kilka niewygodnych sekretów.

Galaktyczna zagadka

Jeżeli chodzi o samo wydanie, to nie można mu zbyt wiele zarzucić. Tłumaczenie oraz korekta utrzymują podobny poziom, co w poprzednich częściach. Cała publikacja sprawia bardzo estetyczne wrażenie, a w treści nie ma zbyt wielu błędów. Card posługuje się piórem w sposób niezwykle lekki, a to – jak powszechnie wiadomo – przekłada się na przyjemność czerpaną z lektury. Jest jednak jeden detal, który mocno kłuje w oczy: niech ktoś wyjaśni, co okładka ma wspólnego z wydarzeniami rozgrywającymi się w tej książce? Bohaterowie na ilustracji są zdecydowanie zbyt duzi jak na dzieci Groszka, a inni ludzie nie pojawiają się w utworze. Niby jest to nieistotny szczegół, ale należy pamiętać, że stanowi on pierwszą rzecz, która rzuca się nam w oczy przy kontakcie z książką.

Na dobrą sprawę Card mógłby zakończyć serię o przygodach Groszka kilka tomów temu. „Cień Endera” i „Cień Hegemona” stanowiły kawał naprawdę dobrej literatury i same w sobie byłyby znakomitym dopełnieniem historii Andrew Wiggina. „Ucieczka Cienia” również jest całkiem sympatyczną lekturę dla wszystkich fanów cyklu o Enderze, jednak pisarz balansuje na granicy przekształcenia swojego cyklu w brazylijską telenowelę, której końca nie widać. Być może byłoby lepiej, gdyby porzucił tę serię na rzecz jakiejś nowej.

Ocena: 3/5

Dyskusja