Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Imperatorów ci u nas dostatek – recenzja książki „Pożar”

Publikacje Brandona Sandersona mają obecnie w Polsce (i nie tylko) znakomity okres. Nie minęło jeszcze pół bieżącego roku, a na rynku pojawiły się jego cztery nowe książki, natomiast kolejne mają wyjść przed końcem grudnia. Ponadto w „Nowej Fantastyce” od stycznia ukazały się dwa świetne opowiadania, no i nie wypada nie wspomnieć, że do księgarń trafiło nowe, poprawione wydanie „Słów światłości”. Kto wie, czy nie czeka nas jeszcze premiera komiksu jego autorstwa bądź jakiejś niespodzianki. Niemniej liczy się nie ilość, tylko jakość. A do tej pory nie zawiodłem się na żadnym utworze Sandersona i „Pożar” nic w tej materii nie zmienia.

Słowem wstępu – pewnego dnia na niebie zawisła Calamity – gwiazda, obiekt, ciało niebieskie… twór, o którym nic nie wiadomo. Dwa lata po tym wydarzeniu niektórzy ludzie uzyskali magiczne umiejętności. Jedni stali się supersilni, inni kuloodporni, jeszcze inni mogli latać, manipulować wodą bądź ogniem czy tworzyć iluzje. Niemało było posiadających dwie lub więcej zdolności. Mogło by się wydawać, że świat zapełni się superbohaterami, ale tak się nie stało. Niezwykłe moce sprawiają, że Epicy* przemieniają się w żądne władzy, a często także spustoszenia, bestie. Co silniejsi podporządkowują sobie słabszych i tworzą mikroimperia, względnie niszczą wszystko na swojej drodze. Na każdego z nich jest jednak sposób, bowiem w pewnych okolicznościach lub/i przy pewnych obiektach ich moce nie działają. Tak pokrótce można zarysować sztafaż świata przedstawionego w cyklu „Mściciele”.

Stalowe Serce, Wielki Epik, samowładczy imperator Newcago (daw. Chicago), istota, o której sądzono, że jest niezniszczalna, został obalony przez niejakiego Davida Charlestona, zwykłego chłopaka bez jakichkolwiek nadprzyrodzonych umiejętności. Mściciele**, do których należy między innymi David, starają się obronić wyzwolone Newcago przed potężnymi Epikami, pragnącymi przejąć władzę po Stalowym Sercu. Profesor, dowódca grupy, i Charleston odkrywają zależność pomiędzy przybyłymi najeźdźcami a Nowym Jorkiem (obecnie Babilarem). Postanawiają to zbadać we troje – z Tią, specem od elektroniki. Wyruszają, aby dowiedzieć się, kto przekierowuje superprzestępców stamtąd do Newcago. Pewien trop pozwala im przypuszczać, że w całym zajściu maczała palce Pożar – Meg, jedna z Mścicieli, która okazała się zdrajczynią, chociaż David wierzy, iż kierowały nią szlachetne pobudki.

Struktury narracyjne w dłuższych utworach amerykańskiego pisarza są – jakby nie patrzeć – w pewnym stopniu przewidywalne. Z jednej strony mamy członka grona najwybitniejszych współczesnych autorów fantastyki, a z drugiej pisarza działającego według własnych, sprawdzonych schematów. Osobliwy paradoks, jednak mimo to (albo właśnie dlatego) Sanderson należy do niezwykle poczytnych autorów. Wielu czytelników uwielbia kalki uniwersalnych wydarzeń – oczywiście chodzi o ich szkielet, nie ostateczny wygląd – a on zmyślnie łączy znane z nowym, do tego przetykając swe opowieści głębokim przesłaniem. Trzyma się pewnych uniwersaliów, całymi garściami czerpie z dorobku literatury światowej, pozwala, aby czytelnik odkrył, jaka sekwencja nastąpi mniej więcej w określonym momencie i czego będzie dotyczyć, a na koniec… i tak zaskakuje! Analogicznie postępował Ian Fleming, postać znamienita dla powieści szpiegowskiej, niemniej Sanderson – jako jego odpowiednik w literackiej fantastyce – go przebija. Sprawia, że mimo przystępnej w odbiorze formy i rozrywkowego wyrazu, treść skrywa w sobie wiele wartości.

Dlaczego wspominam tu o całych strukturach narracyjnych dzieł Sandersona? A dlatego, że „Pożar” stanowi tego świetny przykład. Jest wątek zdrady, jest i poznawczy, jest wątek strategiczno-taktyczny oraz wątek swoistej partyzantki, ale również szpiegowski, obrony niewinnych czy oczyszczenia z zarzutów (m.in. Meg, acz też niektórych Epików). Jednak nie chodzi o sam fakt, że one występują, tylko o to, że odbiorca wie, w jakim kierunku się rozwiną, a niekiedy potrafi nawet przeczuć ich pojawienie się. Finał – oczywiście względem trzonu opowieści – jest do przewidzenia, lecz towarzyszący mu anturaż już nie, i to właśnie on zaskakuje i dodaje całości smaku.

Aby jeszcze bardziej uwydatnić Sandersonowskie toposy, przytoczę kilka z nich. Pierwszym niewątpliwie jest motyw miasta, raz odgrywającego symboliczną rolę, innym razem kluczową, a czasem stanowiącego cel (na tym nie skończywszy). W „Z Mgły Zrodzonym” mamy Luthadel, w „Siewcy Wojny” jest T’Telir, w „Elantris” – tytułowe Elantris, w „Stalowym Sercu” – Newcago. Nie inaczej jest w „Pożarze”, gdzie Babilar to (ale nie wyłącznie) miasto, które trzeba wyzwolić, siedziba swoistej imperator.

Drugim toposem amerykańskiego pisarza jest motyw „boskiego władcy” – w każdym z powyższych dzieł można takiego znaleźć, ale ograniczmy się do poprzedniej części cyklu, gdzie Stalowe Serce nieraz sam określał się mianem bytu wyższego. Tutaj występuje Regalia, która wprawdzie nie ma o sobie tak wysokiego mniemania, jak antagonista pierwszego tomu trylogii, ale w mniejszych kręgach również jest uznawana za bóstwo. Niemniej widać tu drobną różnicę, ponieważ w Babilarze wierzy się w Światło Poranka, związanego z anomaliami obecnymi w mieście, i czytelnik ma świadomość, że za nimi nie stoi tyranka, ponieważ zakres jej umiejętności po prostu na to nie pozwala.

Inną sprawę stanowią też Sandersonowe wzorce, mimo że autor już na wstępie łamie archetyp superbohatera. Także topos drużyny odgrywa w „Pożarze” niemałą rolę, ale skupmy się raczej na poszczególnych postaciach pod kątem osobowości. Tu odnaleźć możemy analogie do składu Kelsiera z trylogii „Z Mgły Zrodzonego”. David, dobrze wyszkolony „żołnierz” swoistego ruchu oporu, w „Pożarze” stanowi odpowiednik Vin ze „Studni Wstąpienia”; Profesor, mentor i dowódca to swoista wersja Kelsiera; Tia – mózg operacji – to taki Dockson; Abraham oraz Cody w tej części zostali zastąpieni przez Mizzy, której analogią jest Spook; Val odpowiada Clubsowi a Exel to spokojniejsze połączenie Hama i Breeze’a.

Nie wypada nie wspomnieć także o czarnych charakterach, zwłaszcza, że te zostały bardzo dobrze zarysowane. Regalia to nie Stalowe Serce, choć jest nieugiętą i stanowczą kobietą. Musi jednak wciąż posługiwać się wyłącznie mocami – w tym iluzją – sama ciągle pozostając ukryciu. Okazuje się, że dziewczyna ma wiele wspólnego z najazdami na Newcago, choć jej prawdziwy cel zostaje odkryty dopiero na końcu powieści i, co gorsza, się spełnia. Drugie skrzypce gra tu Usunięty, permanentny masowy morderca, niemal nieśmiertelny, potrafiący przemienić się w żywą bombę nuklearną, zdolną niszczyć wielkie miasta. Co ciekawe, to osoba głęboko wierząca, szczególnie w „Objawienie świętego Jana”, i uważająca, że Epicy to w rzeczywiści Jeźdźcy Apokalipsy. Z ważniejszych bohaterów jest jeszcze Newton, superszybka i odbijająca pociski, niestety – stanowi raczej służalczą duszę Regalii. Na kartach powieści można wprawdzie znaleźć jeszcze kilku innych złych, ale są oni właściwie tłem. Na koniec pozostaje tytułowy Pożar, czyli Megan (Meg) – postać na początku ambiwalentna, jednak uczucie i wiara, jakimi darzy ją David, sprawiają, że i czytelnik nie może pałać do niej negatywnymi emocjami. A (jak się okazuje) protagonista ma nosa do ludzi. Przeważnie…

Dodam, że główna scena powieści – Babilar – to miejsce w porównaniu z Newcago o wiele bardziej niezwykłe. Rysunki, wykonane sprayem, świecą w ciemności, dlatego ludzie malują nim ściany budynków oraz opryskują ciuchy. Rośliny rosną w mieszkaniach, wydając na świat opalizujące owoce, a woda – która zalewa całe miasto, tworząc tym samym ogromną amerykańską Wenecję – jest podgrzewana przez ich korzenie. Wszystko to rzekomo zasługa Światła Poranka, którego mocno rozbudowany kult panuje w mieście.

Sięgając po twórczość Sandersona, odbiorca zazwyczaj nastawia się na narrację na wysokim poziomie, również ze względu na bogaty i piękny język, plastyczne opisy świata przedstawionego oraz (przeważnie) żywe dialogi. Jednak w polskim wydaniu „Pożara” nieco zawiodła redakcja i korekta. Po pierwsze – drobne literówki, które nie występują tylko od święta; po drugie – brak konsekwencji, przejawiający się między innymi niejednolitym tłumaczeniem nazw własnych (w „Stalowym Sercu” był Władca Ciemności, tu jest Nocny Smutek); po trzecie – gramatycznie miejscami jest nierówno i nie wierzę (przeczytawszy większość utworów Sandersona), żeby brak spójności rytmu był zasługą pisarza. Mam wrażenie, że ponowne przepuszczenie tekstu przez filtry redakcyjne nie zaszkodziłoby dziełu. Po czwarte wreszcie (to jednak mogę przypisać autorowi) – książka miejscami jest przegadana, a chociaż pisarz stara się niwelować zbędne dialogi wyśmienitym dowcipem, to zdarza się wymiana zdań nie wnosząca nic do intrygi.

„Pożar” to znakomita kontynuacja, omijająca większość przypadłości, na które chorują środkowe tomy. Sanderson wprawdzie stara się detalicznie wyjaśniać zagadki świata przedstawionego – w tej sferze zaskakuje niemal przez cały czas – ale nie rzutuje to szczególnie na dynamikę powieści; wręcz przeciwnie, czytelnik z jeszcze większym zapałem pożera nowe informacje. I ponownie liczy się przede wszystkim akcja – pojedynki, podchody, wybuchy i zabijanie „tych złych”. A jakby ktoś zapytał, czy powieść jest lepsza od poprzedniczki, z ręką na sercu odpowiem – nie. Ona jest taka sama – ten sam świetny poziom i ta sama dawka przyjemności.

* Epik – osoba posiadająca niezwykłe moce. (przyp. autora)

** Mściciele – grupa ludzi walczących z Epikami. (przyp. autora)

Ocena: 4.25/5

Dyskusja