Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Czuć wielki finał… w przemowach bohaterów – recenzja książki „Gilotyna marzeń”

Robert Jordan nierzadko porównywany jest, a nawet stawiany poziom wyżej niż George R.R. Martin. Nie ma się co dziwić, jego ogromny cykl „Koło Czasu” to jedno z najważniejszych dzieł w kanonie fantasy, do tego niezwykle bujne i obszerne (ostatni tom jeszcze nie ujrzał światła dziennego). Jednak w pewnym momencie coś zaczęło się psuć w twórczości amerykańskiego pisarza i sprawiło, że kolejne tomy serii nie dawały już takiej samej przyjemności, jak pierwsze. „Gilotyna marzeń”* to jedenasta z kolei odsłona „Koła Czasu”, dokonująca swego rodzaju przełomu, ale nie do końca takiego, jakiego spodziewali się oddani fani cyklu.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Tarmon Gai’don, Ostatnia Bitwa nieuchronnie zbliża się wielkimi krokami, a nikt nie jest na nią gotowy. Zwłaszcza, że równowaga sił ulega drastycznej zmianie, zaś szeregi armii Czarnego coraz szybciej się powiększają. Do tego największa nadzieja ludzkości boryka się z licznymi problemami i wciąż musi unikać zamachów na własną osobę. Ale mimo że na horyzoncie majaczy olbrzymie zagrożenie, to bohaterowie wolą poświęcić czas na wygłaszanie swych celów i obietnic, wspominają o tym, co w życiu się liczy, oraz co jest w ich guście, a co nie…

I tak mniej więcej toczy się narracja „Gilotyny marzeń” – Jordan znany z wykwintnych opisów, zaciekawiających czytelnika, rezygnuje z obszernej (od pewnego czasu nieco irytującej) opisowości i rusza z tempem akcji, lecz nie omieszka kilkukrotnie powtórzyć szczegóły, aby odbiorca przypadkiem nie zapomniał, co dany bohater uwielbia spożywać na śniadanie. Jednak najpierw otrzymujemy wstępniak z rodzaju wprowadzenia do fabuły i świata przedstawionego nowych postaci, nowych lokacji, nowych taktyk… Niektórych może to wprowadzić w lekką złość, bo ponad sto stron prologu niezbyt nastraja do szybkiego czytania i poznawania emocjonującej historii, ale to właśnie dzięki temu zabiegowi autorowi udało się zarysować niezwykły sztafaż oraz rys socjologiczny, nadający uniwersum jeszcze większej wiarygodności. Na szczęście po wstępie i paru pierwszych rozdziałach czytelnik zaczyna odczuwać, że wiele wątków powoli zapętla się i zmierza ku zamknięciu.

Minusem może być tu z kolei fakt, iż Jordan momentami znów serwuje nam liczne detale, a gdzieniegdzie trzyma się zwięzłej formy i operuje wartkim ciągiem zdarzeń – wychodzi to nie najlepiej, bo często zdarza się, że w tych rozwlekłych miejscach czytelnik oczekiwał szybkiego i sprawnego zwieńczenia sceny, zaś tam, gdzie było naprawdę intrygująco, wszystko skończyło się w okamgnieniu. Taka niejednolitość też nie wychodzi in plus całości, bo powieść traci wewnętrzną spójność, a Jordan mógł postawić albo na relacjonowanie zdarzeń, albo zagłębić się bardziej we wszystkie wątki (co z drugiej strony z pewnością rozdmuchałoby książkę i być może wyszłyby z tego dwa tomy).

Z bohaterami sprawa jest bardzo niewyważona – są to sylwetki naprawdę barwne i zdecydowanie unikatowe, szereg indywidualnych cech o tym świadczy, a rozwijające się i bogate rysunki psychologiczne to popisowy majstersztyk Jordana, jednak czasami te postacie irytują zachowaniem… Jedni wygłaszają cne przemowy, składają przysięgi i oświadczenia, lecz robią to tak nagminnie, że odbiorca po którymś z rzędu razie ma po prostu tego po dziurki w nosie. Zaznaczanie, iż czegoś się nie lubi, czegoś nie preferuje również nie wlicza się do puli plusów kreacji. Mimo to odczuwa się do nich sympatię, można się z nimi identyfikować i kibicować w ich dążeniach.

Warsztat Jordana także odgrywa w „Kole Czasu” istotną rolę – zwłaszcza charakterystyczna maniera detalicznej, wręcz poetyckiej opisowości i malowniczego zarysowywania świata przedstawionego, pięknym a jasnym językiem. Pióro amerykańskiego pisarza ma też zaletę, sprawiania, że każdy element powieści nabiera wypukłości – brak tu „papierowych” struktur, sztucznych postaci czy niepoprawnych komponentów uniwersum. Wszystko ma swoje miejsce, a całość zazębia się, tworząc – pomimo narracyjnego dualizmu – przyjemną i gładką w obiorze lekturę.

Reasumując – nie jest idealnie, jak miało to miejsce w „Oku świata” czy „Wielkim polowaniu”, gdzie Jordan dosłownie czarował, ale nie jest też aż tak rozwlekle, jak w przypadku „Rozstajach zmierzchu”. „Gilotyna marzeń” to pozycja obowiązkowa dla miłośników twórczości literata, ale też jego ostatnia samodzielnie napisana powieść w cyklu, która pomimo drobnych potknięć, udowadnia, że Robert Jordan wielkim pisarzem był.

*”Gilotyna marzeń” wcześniej wydana w dwóch tomach: „Gilotyna marzeń” i „Książę kruków” – przyp. autora.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja