Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Fantastyczna wtopa – recenzja książki „Speculo”

Daniel jest zdolnym młodzieńcem – ma przed sobą wielkie cele. Gra w drużynie piłkarskiej, dobrze się uczy, ma kochających rodziców i wiernych, wspaniałych przyjaciół. Pewnego dnia odnajduje wraz ze swoją paczką tajemniczą księgę, która okazuje się być wrotami do innego, magicznego świata. W nowo poznanej rzeczywistości trwa okrutna wojna, w której grupa nastolatków może być języczkiem u wagi, przechylającym szalę zwycięstwa na właściwą stronę…

„Speculo” to ambitny projekt 16-letniego Tomasza Sobania, który na crowdfundingowej stronie polakpotrafi.pl zebrał fundusze na wydanie swojego dzieła. Jest ono typowym przedstawicielem młodzieżowych powieści fantastycznych – głównymi postaciami są nastolatkowie postawieni przed problemem, z którym dorośli nie są w stanie sobie poradzić. Po tempie rozwoju akcji, zarysowaniu postaci i kształcie fabuły możemy (zbyt łatwo!) spostrzec, że autor jest początkującym pisarzem.

Przy pisaniu Sobania popełnił jeden fatalny błąd – „Speculo” jest… potwornie nudne. Wszystko zaczyna się wyjątkowo długą ekspozycją głównego bohatera, którym jest wspomniany wcześniej Daniel, 16-latek rozpoczynający właśnie wakacje. Przez prawie sto stron czytelnik raczony jest nic nie wnoszącymi do fabuły opisami domu chłopaka, jego nieciekawych i sztampowo przedstawionych relacji z przyjacielem czy wreszcie wisienką na torcie – prawie 16-stronnicowym opisem meczu piłkarskiego, w trakcie to którego nasz „heros bez skazy i zmazy” dzielnie wyciąga kolejne strzały lecące w kierunku jego bramki. Jak się okaże później, scena ta nie ma żadnego przełożenia na dalszą fabułę i jej obecność podyktowana jest prawdopodobnie pasją autora do uprawiania sportu. Lecz pisarz nie może sobie pozwalać na to, aby w lekturze, skierowanej głównie do młodszych odbiorców, umieścić coś tak mało interesującego i emocjonującego. Dodatkowo, osoba sięgająca po tekst, musi się spodziewać wszechobecnego w fabule deus ex machina. To wprost niesamowite, jak wiele jest w „Speculo” szczęśliwych zbiegów okoliczności i nagle zdobytych przez głównych bohaterów zdolności, które ułatwiają im walkę o przetrwanie. W sumie trudno mówić o jakimkolwiek wyzwaniu, bo lądowanie w zupełnie nieznanym świecie wcale nie sprawia, że grupa nastolatków czuje się zagubiona, nie wie co robić, lamentuje i jest bliska załamania psychicznego. Nie, oni (niczym Bear Grylls) zachowują zimną krew i potrafią zbudować szałas, znaleźć jedzenie, rozpalić ogień i uniknąć wszelkich niebezpieczeństw, jakie czekają na człowieka w dziczy. To tylko jeden przykład, wyciągnięty praktycznie z samego początku powieści, który można by mnożyć. Wszystko to sprawia, że książkę czyta się praktycznie bez emocji, bez jakiegokolwiek napięcia – czytelnik od początku zdaje sobie sprawę, jak to wszystko się skończy – dobrze wie, że pozornie bezbronne dzieciaki gołymi rękami pokonają wrogów albo (znikąd!) pojawi się nagle pomoc. Skandaliczne jest według mnie pominięcie pewnych podstawowych faktów. Rozumiem, że umieszczenie opisu meczu było ważniejsze od sprecyzowania miejsca akcji? Bo do końca nie wiadomo, czy to wszystko dzieje się w Polsce, w Stanach Zjednoczonych, a może dom Daniela to jakaś figura retoryczna, pozwalająca odbiorcom utożsamiać się z bohaterem, niezależnie od miejsca zamieszkania?

Sprawa identyfikacji z postaciami zasługuje na osobny akapit. Kiedy się człowiek dłużej zastanowi, to jedyny słuszny wniosek, dotyczący pochodzenia głównego protagonisty, jest taki, że jest on… z Olimpu. Jest półbogiem, nieskazitelnym herosem. Panie i panowie – oto dziecko cud! Grzeczne, słuchające rodziców, mające dobre oceny w szkole. Kiedy wchodzi na boisko, dając zmianę w meczu, to praktycznie staje się liderem drużyny. Daniel nie tylko wspaniale spisuje się w gronie kolegów i w szkole – on pragnie przede wszystkim dążyć do samorealizacji i przedkłada poszukiwanie nowych sposobów uczenia się ponad wakacyjne lenistwo! Kiedy trafia do magicznego świata, okazuje się, że siedzi w nim jeszcze wiele nieodkrytych talentów – gołymi rękami powala większego i silniejszego wojownika wrogo nastawionego plemienia, potrafi sobie poradzić w dziczy, dodatkowo jest jeszcze doskonałym strategiem i wspaniałym mówcą. Ten przydługi pean na cześć Daniela Wspaniałego ma jedynie pokazać, jak odrealniona i oderwana od rzeczywistości jest ta postać. Czytelnik nie jest naiwny i rozpozna, kiedy coś jest zbyt idealne… Z bohaterem nie można się w żaden sposób utożsamić, ponieważ ktoś taki jak on po prostu nie istnieje! Cała masa jego niesamowitych przymiotów powinna zostać zbalansowana poprzez istnienie jakichś wad, które przecież każdy normalny człowiek posiada. Zostawiając już 16-latka w spokoju, warto przez moment przyjrzeć się innym postaciom. Tak na dobrą sprawę, to mogłoby ich nie być. Już tłumaczę, dlaczego. Sylwetki Kamila, Oliwii, Hasad-dima, Senima i innych bohaterów drugoplanowych są po prostu papierowe – nie mają żadnych cech wyróżniających ich spośród innych. Nie da się o żadnej powiedzieć, że ma cięty humor, dobrze strzela z łuku, jest zwinna czy silna. Wszystkie są bezbarwną mieszanką każdego z tych przymiotów, co sprawia, że stanowią jedynie blade tło dla całej historii.

Podsumowując – przed Tomaszem Sobanią jeszcze wiele lat szlifowania warsztatu pisarskiego. Do poprawy są zdolności narratorskie, skrócenie i urozmaicenie opisów. Autor musi też popracować nad tym, aby nadać charakteru wykreowanym przez siebie postaciom. Może wina w stu procentach nie leży po jego stronie – niektóre błędy (powtórzenia itd.) powinny zostać wyłapane przez redakcję już na wczesnym etapie powstawania utworu. Może wtedy nie dostalibyśmy nieciekawej powieści fantasty z nijaką historią i papierowymi postaciami…

Ocena: 1/5

Dyskusja