Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Magdy Gessler przepis na flaki z olejem – recenzja książki „Ostatni TECH-MAG. Exodus”

Zapewne każdy prawdziwy fan fantastyki natrafił kiedyś na pozycję, która przyprawiła go o literacką niestrawność. Mogło to być spowodowane denną fabułą, nudnymi bohaterami czy ciągłą powtarzalnością. W takich właśnie chwilach czytelnika zaczyna dręczyć pytanie, dlaczego na rynku pojawia się tak wiele nieudanych zlepków światowych hitów? Czy naprawdę trudno jest wpaść na jakiś innowacyjny pomysł? Lub chociaż opisać sztampowe motywy w niecodzienny i porywający sposób? Dzieło Patryka Romanowskiego „Ostatni TECH-MAG. Exodus” pokazuje, że niektórych pisarzy zadanie to zdecydowanie przerasta.

Co dziś wrzucono do gara?

Fabuła książki jest niezwykle nieoryginalna i prosta jak przysłowiowa budowa cepa. Autor przedstawia nam świat fantasy, w którym pewien szalony władca (w tym przypadku podły, mroczny elf) pragnie przejąć władzę nad światem. Brzmi znajomo? To jeszcze nie koniec! Albowiem pokonać go może jedynie wybraniec o sercu czystym niczym łza i niezwykłym harcie ducha. Cały utwór opiera się na wyraźnym podziale białe – czarne. Brakuje w nim odcieni szarości, które mogłyby tchnąć w bohaterów nieco więcej realizmu. Tymczasem przypominają oni postacie z parenetycznej literatury dla dzieci, która ma uczyć, czym jest zło oraz dobro i jakie nagrody lub kary czekają za opowiedzenie się po którejś z tych stron.

Nie ma w tym dziele żadnych zaskakujących zwrotów akcji. Przez cały czas wszystko jest liniowe i przewidywalne. Trudno jest przejmować się losem protagonisty, skoro i tak domyślamy się, że żadna siła go nie złamie i wkrótce czeka nas happy end. Dodatkowo, czytając ten utwór, wielokrotnie odnosimy wrażenie, że poszczególne sceny pojawiły się już w co najmniej stu innych pozycjach – i to w dużo lepszym wydaniu. Co nas zatem czeka? Walka ze stadem wilkołaków, niczym w serii gier „Fable”, gdzie nagle zza krzaków wyskakuje potężna bestia, dowodząca wszystkimi tymi potworami. Woregowie przywodzący nam na myśl podróbkę Tolkienowskich wargów. Scena w egzotycznej świątyni, żywcem wyjęta z filmów o Indianie Jonesie, kiedy to uruchomiona zostaje śmiertelna pułapka (czy naprawdę zawsze jak coś podniesiemy, musimy ją uruchomić?). I tylko po to, żeby na ratunek przybył feniks, niczym w przygodach Harry’ego Pottera? Autorowi chyba naprawdę brakowało pomysłu na książkę, bo udało mu się w nią wcisnąć nawet Marvelowski cytat „za wielką potęgą kryje się wielka odpowiedzialność”. Czytelnikowi nie pozostaje nic innego, niż czekać na pojawienie się w tekście słów „Luke, jestem twoim ojcem”… Mały osierocony smok, którym trzeba się zająć, również przywodzi na myśl wiele wspomnień. Czy dla odmiany nie mógłby to być samotny wilkołak albo inne magiczne zwierzę? W końcu ich wybór w literaturze fantastycznej jest niemal nieograniczony. Dodać można jeszcze, że nawet fani serialu „Battlestar Galactica” będą mogli odnaleźć tu pewne podobieństwa.

O dziwnych przyprawach słów kilka

Kolejną rzeczą, która może doprowadzić czytelnika do zgrzytania zębami, są wszelkie nazwy własne w książce. Od imion począwszy na miastach skończywszy. Niby to jest literatura, do tego fantastyka i wszystko powinno być dozwolone… Jednak wypadałoby zachować jakąś konsekwencję. Albo wrzucamy kota do pudełka z klawiaturą, albo nie. Ponadto mieszanie polskich w brzmieniu imion z tymi bardziej egzotycznymi. Cezary Mariński i Ania, a obok Drake i Saturias. Co prawda później poznajemy fakty, które mogą to w pewnym stopniu wyjaśnić, jednak – mimo wszystko – tylko w pewnym.

Jakby tego było mało, w powieści pojawiają się różnego rodzaju nieścisłości i sceny zadziwiające, nawet jak na świat fantasy. Przykładu nie trzeba szukać daleko, bo znajduje się już w prologu. Dlaczego stare i potężne istoty, jakimi są smoki, mogły z łatwością wpaść w zasadzkę i zostać pokonane? Sam fakt, że nawet nie próbowały użyć ognia w obronie, zadziwia czytelnika. Tak samo jak główny bohater, który wchodząc do przydrożnej gospody, nie pomyśli o swoim koniu. Standardem w takim uniwersum jest to, że pojawiając się w karczmie, właściciel zwierzęcia rzuca: „zajmijcie się moim wierzchowcem; nakarmcie go i zaprowadźcie do stajni”. W tej książce ma to miejsce dopiero kiedy nasz heros udaje się do łóżka po odpoczynku i posiłku. Na dodatek całość wygląda jak scena wklejona do filmu przez zapominalskiego montażystę w ostatniej chwili. W czasach, gdy koń zajmował tak ważne miejsce w życiu człowieka, powinno się o niego lepiej dbać. Przy wyliczaniu błędów logicznych nie wolno nam również zapominać o olbrzymim ciele niebieskim, sypiącym wielkimi płonącymi odłamkami, które przeleciało zaledwie kilkadziesiąt kilometrów nad ziemią i nie wyrządziło poważnych szkód, które wpłynęłyby na kształt planety. Do tego wytrenowany paladyn, potrafiący sam jeden pokonać stado wilkołaków, a dający się złapać dwóm przydrożnym rzezimieszkom… Naprawdę trudno w to uwierzyć. Nawet jak już został pojmany, to chyba powinno mu się jakoś udać uciec? W końcu to nie byle kmieć ze wsi, co go schwytali w drodze na pole, tylko elitarny wojownik.

No i nikt się nie najadł

Podsumowując, całe danie jest mdłe i żaden rodzaj przyprawy tego nie zmieni. Ponadto sposób, w jaki zostało zaserwowane, budzi poważne wątpliwości… Autor książki ma ubogie słownictwo, a korekta raczej mu nie pomogła. Kiedy już zaczyna używać jakiegoś słowa, za nic w świecie nie może przestać tego robić. Dla przykładu „smok” przewija się w prologu w chyba co drugim zdaniu. W języku polskim nie ma zbyt wielu wyrazów których można by w tym przypadku użyć jako zamienników, jednak dobry pisarz powinien chociaż spróbować (ewentualnie zmienić konstrukcję zdań).

Jedynym plusem tej pozycji jest fakt, że można się porządnie odmóżdżyć. Podczas lektury naprawdę nie trzeba wysilać szarych komórek, a i nie zajmie nam ona zbyt wiele czasu. Wydawnictwo Novae Res tym razem nie dokonało trafnego wyboru. Ot, następna książka z cyklu tych „tramwajowych”. Na dodatek w łatwo niszczącej się okładce, której grafika nie budzi większych emocji i przez lwią część utworu wydaje się niezwiązana z tematem.

Ocena: 2/5

Dyskusja