Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ósmy występ Żelaznego Druida – recenzja książki „Kołek na dachu”

Urban fantasy to niezwykle popularny od paru lat subgatunek, w którego obrębie niestety często powiela się klisze, nie oferując w zamian nic nowego, a odgrzany kotlet doprawiony wróżkami, wilkołakami oraz wampirami w innym układzie ułożenia i innym miejscu… nie zawsze smakuje dobrze. Kevin Hearne postanowił mimo to stworzyć historię z magicznymi istotami, stworami rodem z folkloru oraz bóstwami z wszelakich możliwych mitologii w realiach wielkomiejskich i… udało mu się wykreować coś ciekawego w znakomicie nam znanym sztafażu.

Życiowe motto Atticusa O’Sullivana brzmi: wpaść z deszczu pod rynnę. Mając ponad dwa tysiące lat na karku podczas egzystencji może przydarzyć się cała masa niezwykłych przygód, ale i mnóstwo sytuacji śmiertelnego zagrożenia. Zwłaszcza, gdy jest się żelaznym druidem, który podpadł kilku bogom… i stworom… i, w zasadzie każda grupa spod znaku magicznego rodowodu ma w swoim obrębie kogoś kto ma na pieńku z Atticusem. Tym razem padło na potężnego wampira, który ma zamiar zagarnąć niemałe terytorium i rządzić nim twardą ręką, lecz nasz lojalny wobec przyjaciół druid nie pozwoli, aby znajomym stała się krzywda. W tym celu musi zwiedzić kilka ciekawych miejsc – Warszawa i Rzym to jedne z nich. Przed Atticusem więc wiele wyzwań, a każde następne jeszcze trudniejsze od poprzedniego.

Hearne opracował strukturę narracyjną wokół której obracają się wszystkie opowieści z cyklu, choć ów schemat posiada punkty zmienne – na początku jednak zawsze dochodzi do krótkiego wprowadzenia z mocnym akcentem (zależenie od tomu, o różnym rodzaju i kalibrze), tak jest i teraz, po owym wstępniaku następuje gruba warstwa wypełnienia, gdzie autor serwuje szereg gagów, scen w których protagoniści szukają różnych odpowiedzi oraz rozwiązań, epizodów walk i ucieczek, a na sam koniec Hearne pozostawia finał. W nim to właśnie dochodzi do kulminacyjnego zderzenia bohatera z głównym antagonistą tomu, jak to się kończy, wszyscy mogą przewidzieć, bo ósmy tom jest przedostatnią wizytą u Żelaznego Druida, jej przebieg zaś stanowi jedną z ciekawszych, acz przewidywalnych scen całej książki. Amerykański pisarz poradził sobie z fabułą, jak zwykle fenomenalnie, lecz nie zapominajmy, że jest to literatura czysto rozrywkowa, po której nie należy spodziewać się głębokiego przesłania, ambitnej treści czy górnolotnego humoru.

Jednak największym plusem opowieści są bohaterowie, Hearne zadbał o to, by każdy z nich wnosił coś do lektury i nie był rządkiem liter wypełniających historię. Pierwsze skrzypce gra tu Atticus O’Sullivan, czyli żelazny druid, który mimo że wciąż stawiany jest w poważnych, wręcz podbramkowych sytuacjach, nie szczędzi czytelnikowi wyważonego, acz prostego dowcipu. Do kompletu należy doliczyć także ciekawą kreację psa, którego niestety tutaj odrobinę zabrakło, a więcej miejsca zajął niedawno debiutujący w cyklu archdriud Owen Kennedy, postać nieco chamska i zadufana w sobie, ale za to przynosząca serii lekki powiew świeżości. Nie zabrakło także Granuaile, uczennicy Atticusa, wciąż borykającej się z piętnem Lokiego. Polaków powinien ucieszyć za to rodzimy akcent – czyli występ Sióstr Trzech Zórz. No i oczywiście sylwetki antagonistów zostały dobrze zarysowane, choć ma się lekkie wrażenie, iż ich rysunki psychologiczne nie są przesadnie rozbudowane.

Widać także wprawne pióro Hearnego, który po ósmym tomie w cyklu zaczyna pisać o wiele sprawniej, bez zgrzytów, choć i tych nie było nigdy za wiele. Tekst jest płynny, napisany prostym, zrozumiałym, ale za to przepełnionym humoru językiem, zaś całość niepozbawiona została slangu oraz popkulturowego nazewnictwa, co w ustach istot znanych ze starożytnych podań czasem może brzmieć nad wyraz… komicznie. Hearne wie, jak w łatwy i nierzadko „głupkowaty” sposób rozbawić czytelnika – to wychodzi powieści in plus.

„Kołek na dachu” to ósme spotkanie z Atticusem i niezwykle udane. Książka dostarcza tego, czego się od niej oczekiwało, gdy się po nią sięgnęło – czyli czystą, niezobowiązującą, miejscami niemądrą, acz bardzo dowcipną rozrywkę na dwa wieczory. Szkoda tylko, że następna część będzie ostatnią, bo brakuje na rynku ciekawych, stawiających na coś więcej niż błahy, oklepany romans cykli urban fantasy. Być może Hearne po skończeniu dziewiątego tomu zacznie coś nowego spod znaku subgatunku?

Ocena: 4/5

Dyskusja