Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Secesyjne ziarno Ameryki – recenzja książki „Ptak dobrego Boga”

James McBride postanowił zagłębić się w jeden z najhaniebniejszych okresów w historii Stanów Zjednoczonych Ameryki, przedstawić go w zgodności z faktami oraz odkryć zaplecze całego aspektu, a przy tym okrasił wszystko niebywale brawurowymi posunięciami lingwistycznymi i humorem à la Twain – wzięcie na warsztat kontrowersyjnego tematu, przełamanie kilku mitów i wplecenie do treści słodkogorzkiego komizmu okazało się przepisem na bestseller. A mowa tu o „Ptaku dobrego Boga”, czyli opowieści o niewolnictwie w dobie rewolucji Johna Browna, poprzedzającej wojnę secesyjną.

John Brown to szaleniec, opętany ideą uwolnienia czarnoskórych niewolników spod jarzma białoskórych tyranów – a przynajmniej tak go widzi Henry Shackleford, kolorowy (jak sam określa) chłopiec, porwany podczas jednego z wyzwoleńczych najazdów. To właśnie za jego sprawą czytelnik obserwuje różne plansze rozgrywających się wówczas wydarzeń, nie tylko bitwy, choć w rozmaitych udział brał, ale też obserwuje relacje środowisk niewolniczych z „białymi panami” oraz wewnętrzne. Jednak co ciekawe nie robi tego całkowicie jawnie, przez siedemnaście lat udawał i przebierał się za dziewczynę – Henriettę. Przemierzał wraz z oddziałem Browna pogranicze dwóch światów – Północy, popierającej zniesienie niewolnictwa oraz Południa, pragnącego utrzymać za wszelką cenę stary porządek rzeczy – chociaż ma również okazję bliżej przyjrzeć się wewnętrznym podziałom wśród czarnej ludności czy samych abolicjonistów. Jak się okazuje przedstawiana w popularnych programach, podręcznikach bądź czasopismach wiedza o amerykańskim niewolnictwie to gruba banalizacja, gloryfikująca jedną stronę (w wielu sprawach mającą słuszność, ale mającą także własne rysy) i piętnującą drugą (tu nie ma żadnej obrony, lecz wytworzony kontrast sugeruje, że to wojna pomiędzy więzionymi aniołami a diabłami, nie zaś ludźmi dbającymi o własne interesy).

McBride pisząc tę powieść najwyraźniej nie obawiał się pogromów i agresji skierowanych pod swoim adresem – oto bowiem obnażył nie tylko, bądź co bądź, słuszną sprawę Browna, pokazując ją w dość humorystycznej otoczce, ale też zaakcentował wady i radykalizm wszczętej przez antyniewolniczego bohatera rewolty. Jednak nie to mogło spotkać się z największą krytyką i chłodnym przyjęciem – autor bezpardonowo zmierzył się z realiami panującymi wśród czarnoskórych społeczności, pokazał drugą stronę medalu, na przykład zdradził, że dzieci o jaśniejszej skórze, pochodzące z gwałtów białoskórych właścicieli na niewolnicach, były o wiele gorzej traktowane wśród swoich; do tego wskazał, że nie wszystkim czarnoskórym żyło się podówczas źle, a to za sprawą nielojalności wobec swych pobratymców… takich gorzkich smaczków jest w powieści niemało. Nie można powiedzieć też, iż McBride pokazuje w lepszym świetle Południowców – są oni zarysowani według historycznego autentyzmu: okrucieństwo, brutalność, wyzysk – to wszystko znajduje swoje miejsce, ale amerykański pisarz nie generalizuje, nie twierdzi, że każdy Południowiec jest zły, chciwy i egoistyczny, acz także nikogo nie wybiela.

Książka interesująca jest także ze względu na popis, jaki dał autor warsztatem. Sięgając po lekturę na początku można mieć wrażenie, że ktoś zrobił sobie niecny żart, ale okazuje się, że warstwa leksykalna, złożona z wcale nieszablonowego stylu i wariacji językowych, jest celowym zabiegiem – mającym odzwierciedlić sposób mowy narratora-protagonisty (Henry’ego). Ogromne brawa należą się zatem tłumaczowi, który sprostał bardzo trudnemu zadaniu, przełożenia angielskiego zapisu fonetycznego na polski pozostając przy owej formie. Nie można zapomnieć też o potężnej dawce humoru serwowanej na okrągło przez autora, który mroki amerykańskiej historii próbuje nieco złagodzić. Dodatkowo zrywa z ciężarem treści za pomocą bardzo swobodnego, lekkiego stylu, dzięki któremu powieść pożera się w rekordowym tempie, na co pozwala także dynamiczna, choć nader ambitna akcja utworu. Jednak nie tej „łagodności” warsztatowej nie należy odbierać jako czegoś, co ma tuszować brutalne sceny, nadawać im bardziej subtelnego charakteru – McBride nakreśla rozlew krwi, bestialstwo w bardzo jasny, klarowny sposób, nie bawiąc się w metonimiczne alegorie, gdy mowa o gwałcie, odbiorca dokładnie wie o co chodzi.

„Ptak dobrego Boga” to demitologizacja powszechnego popularyzatorstwa amerykańskiego niewolnictwa, to zrzucenie kajdan politycznej poprawności, to nowa forma w czasach nieprzychylnych takiej awangardzie, to także gratka dla literackich formalistów oraz marksistów, to zgłębienie tematu relacji, sporów i rozłamów wewnętrznych Południowców i Amerykanów Północy, czarnoskórych niewolników i wolnych, to lektura lekka, lecz nie do końca przyjemna, ale na pewno dająca ogromną satysfakcję. Zwłaszcza, że McBride przedstawił treść w takiej postaci, niczym antropolog, który nagle zmienił się w połączenie historyka i komika, aby na koniec przeobrazić się w dziennikarza natchnionego, czyli takiego, który docieka prawdy za wszelką cenę.

Ocena: 4.75/5

Dyskusja