Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Orkowie, postapokalipsa i Polska walcząca – recenzja książki „Orzeł Biały”

Eksperymenty literackie wychodzą z cienia i stają się jawne, mniej lub bardziej wzięci autorzy proponują czytelnikom pewną rolę do odegrania w swym utworze, pisarze za bohaterów biorą kolegów po piórze, a wymyślne i, w założeniu, oryginalne wizje mają przynieść literaturze fantastycznej ogromny powiew świeżości. Nie ma w tym nic złego, ba!, Robertowi J. Szmidtowi taka próba wyszła nad wyraz obiecująco i trafiła w punkt. Za jego ciosem poszedł Marcin Przybyłek, autor nie najgorszego cyklu „Gamedec” oraz słabego „CEO Slayera”, jednak ten chybił i ewidentnie poleciał w złym kierunku.

Orkowie powstali, aby zgładzić ludzkość… zaraz, zaraz, żadni orkowie, tylko Zielonoskórzy, i nie powstali, a zostali stworzeni na skutek nieodpowiedzialności progresywnej cywilizacji. I tak po raz kolejny człowiek przyniósł sam na siebie zgubę. Jest rok 2057, N-Gen, lek zatrzymujący starzenie się, sprawia, iż osoby, które postanowiły z niego skorzystać, zmutowały, zmieniając się w zielone, żądne krwi stwory. Upadły mocarstwa, kraje Zachodu i Wschodu rozkruszyły się, potężne sojusze zostały zerwane, z cywilizacji nie zostało niemal nic. Jednak w tym chaosie i ciemności widać odległe światełko w centralnej Europie. Tak, to Słowiańska brać zjednoczyła się, a swoje państwo przeobraziła w istną twierdzę. Twierdzę Polska.

Wydaje się niewątpliwie ciekawie, niemniej brakuje tu wiele. Orkowie w science fiction? Czyżby rodziła się polska hybryda Warhammera 40,000 i patriotycznej powieści wojennej? Niekoniecznie. Wiele elementów „Orła Białego” ma zadatki na bycie „powiewem świeżości”, lecz to jedynie pozory. Tak naprawdę otrzymujemy kolejną postapokaliptyczną książkę, w której przeciw ludzkości stają zombie. Może i Przybyłek wykreował istoty wyglądem przypominające orków, acz co uważniejsi od razu zorientują się, że to kolejna kalka – psychika adwersarzy i geneza ich powstania jest tu mocno sztampowa. Ot, apokalipsa spowodowana wadliwym lekiem, w istocie okazującym się wirusem, przemieniającym ludzi w krwiożercze, nieokrzesane stwory. Tylko że zielone. Ale i zielone zombie się zdarzały nie raz, nawet napakowane, wielkie… Więc wnioski o „nietypowości” utworu wyciągnijcie sami.

Fabuła bazuje tu na historii tytułowego oddziału, dowodzonego przez Sergiusza Orłowskiego, broniącego Twierdzy Polska przed hordami Zielonoskórych. Nawet nazewnictwo ma tu jak najbardziej przybliżyć atmosferą do walki nie z zakażonymi, tylko z orkami. Jednak nie można powiedzieć, że intryga jest tu potraktowana po macoszemu, autor starał się jak mógł i uzyskał jako taką spójność historii, choć nie obyło się bez nierówności. Zdecydowanie największą przeszkodą do gładkiego przebrnięcia przez lekturę są dłużące się momenty i miejsca, gdzie akcja pędzi na łeb na szyję, czasem jednak z rytmu wybijają zbyt rozbudowane, detaliczne charakterystyki, a innym razem ich niedosyt, niepozwalający wczuć się w chwilę. Jest odrobinę nierównie, ale to nie tak, że nie ma lepszych etapów, potrafiących przykuć uwagę i zaciekawić czytelnika.

Świat przedstawiony miał być tu najwyraźniej klejnotem koronnym – Twierdza Polska ostoją ludzkości, Ziemie ogarnięta katastrofą, Zielonoskórzy (czyt. quasi-orkowie), naród czerwono-biały waleczny i nieustępliwy, a wokół zgliszcza minionej epoki. Jak wspomniałem wyżej – większość tego, co miało być nietypowe, okazało się sztampowe, i nie chciałbym używać tu owej frazy „do bólu”, ale tak jest. Nie chodzi wcale o to, że autor wykorzystał pewien topos i za to należy go linczować czy krytykować, bo i z wykonaniem tych komponentów za dobrze nie jest. To kalki, które poza wyglądem raczej nie szafują niczym innowacyjnym i mogącym zachwycić odbiorcę.

Odrobinę inaczej rzecz się ma z bohaterami, bo ci – no może nie wszyscy – coś sobą reprezentują. I tu wkracza drobny oklask dla autora, ponieważ wiele postaci to realni ludzie, którzy zechcieli wziąć udział w projekcie Przybyłka. Te postacie są barwne, a raczej zostały tak przedstawione. Niestety, tylko niektóre z nich się rozwijają, a i są tacy, jak Sergiusz „Orzeł”, co miast zaznać progresu, doznali regresu. Właściwie to największą wadą owej sfery jest główny bohater – nie jest ani charyzmatyczny, jakoś niespecjalnie ujmuje czytelnika za serce, a jego losy nie zbyt przejmują. A najlepszym opisem tej postaci jest „płytki i nieautentyczny”. Dalej jest albo średnio, albo umiarkowanie dobrze.

Warstwa lingwistyczna to rzecz o której niewiele tu można powiedzieć. Nie chodzi wcale o to, że jest żenująca, czy doprowadza do oniemienia. Po prostu – nomen omen – jest: jasna, zrozumiała, nie oferująca wykwintnych doznań wysokoartystycznymi frazami, bądź wysublimowaną alegorycznością, rytmika też nie zwala z nóg. Ot, książka napisana poprawnie, bez wariacji nad którymi formaliści mogliby się rozwodzić.

Marcin Przybyłek poszedł za śladem Szmidta, lecz w pewnym momencie zboczył z przetartego szlaku, serwując danie co najwyżej średnie pod prawie każdym kątem. Historia jakoś nie porywa, świat przedstawiony to tylko stary, znakomicie znany postapokaliptyczny pejzaż z narzuconym płaszczykiem pozornej oryginalności, dobrze napisani bohaterowie nie są w stanie udźwignąć tej książki, a protagonista skutecznie ciągnie wszystko na dno. Ale czytać się da. I jest lepiej niż w przypadku „CEO Slayera”.

Ocena: 2.25/5

Dyskusja