Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Pieniądze to nie wszystko, ale lojalność za nie kupisz – recenzja książki „Okrutny miecz”

„Czerwony Rycerz” okazał się jedną z ciekawszych pozycji mediewistycznej fantasy w 2016 roku – nie dość, że udowodnił nieustającą moc, drzemiącą w klasycznej odsłonie gatunku, to jeszcze pokazał, iż debiut często korzystający z dobrze znanych schematów, może wnieść do kanonu powiew świeżości. Milesowi Cameronowi można zarzucić wykorzystywanie toposów i archetypów, ale nie można mu odmówić pomysłowości i dobrego wykonania, w dodatku autor zadbał też o to, żeby to, co oczywiste nie raz zaskoczyło odbiorców.

Czerwony Rycerz ma wciąż pełne ręce roboty i nigdy nie odmawia wynagrodzenia w złocie, w końcu szlachectwo szlachectwem, a żyć z czegoś trzeba, zwłaszcza, gdy jest się hersztem nader uzdolnionej gromadki najemników. Niemniej, ochrona klasztoru i walka z Dziczą to jedno, a uratowanie cesarza z łap zamachowców to zupełnie inna bajka. Sojuszników też za wielu w tej batalii nie ma, a wrogów bez przerwy przybywa, na domiar kraj ogarnia krwawe powstanie, a stolica stoi w cieniu oblężenia. I to Czerwony Rycerz jest jedynym z tych, którzy mają zająć się tymi problemami. Jednak w tym świecie nie tylko on się liczy, dwór króla Alby boryka się z kruchą i zmienną gospodarką; znani z wcześniejszego tomu uchodźcy próbują odbudować dawny dom; zaś okrutny czarnoksiężnik powoli odzyskuje siły i ponownie ma zamiar namieszać na świecie.

To oczywiście nie wszystko, a zaledwie drobny fragment wątków, które Cameron zdołał upchnąć w tym ponad ośmiuset stronnicowym woluminie – i to naprawdę zadziwia, że tak wiele mieści się w tak „niewielkiej” książce. Nafaszerowana akcją, licznymi – detalicznymi – charakterystykami (zwłaszcza militariów i batalistyki), opisami rozwoju bohaterów oraz żywymi dialogami książka nie jest jednak tak dobra, jak „Czerwony Rycerz”. Większość wątków ma mało punktów stycznych z trzonem opowieści, i właściwie jedynie on prowadzi do satysfakcjonującego zwieńczenia, podczas gdy pozostałe czekają na rozwinięcie w kolejnej części. „Okrutny miecz” cierpi na bolączki środkowego tomu i to przez nie, wydaje się nieco gorszy od pierwszego utworu cyklu. Za dużo tu zapychaczy, za mało wyrównanej akcji, zbyt często tempo jest zaburzane, do tego liczebność wątków może rozwodnić odrobinę odbiór lektury, gdyż nie sposób czasem ogarnąć wszystkich wydarzeń toczących się równolegle, zaś główna oś intrygi ma tu poważny problem z przebiciem się przez gąszcz pobocznych motywów. Na szczęście, to jedyna większa wada powieści. Dalej – z wyjątkiem kilku wpadek w warstwie translatorskiej – jest już wyłącznie lepiej.

Widać to zwłaszcza w kompozycji świata przedstawionego – na pierwszy rzut oka bardzo sztampowego: wielkie cesarstwo z ogromem większych i mniejszych wasali, podzielone na odmienne kulturowo-ekonomiczno-politycznie regiony, bogata flora i fauna, tajemnicza Dzicz oraz malownicze, różnorodne krajobrazy to garść tego, co ma nam do zaoferowanie Cameron na kartach cyklu „Syna Zdrajcy”. W owym uniwersum co i rusz dochodzi do jakiś powstań, wojen i innych konfliktów zbrojnych, żołdacy i najemnicy wciąż mają mnóstwo roboty, a sceny batalistyczne i pola podlane krwią to widok codzienny tych krain. Ten świat jest bogaty i niejednoznaczny, i chociaż występują na nim szumowiny do cna przesiąknięte zgnilizną oraz rycerze bez skazy ni zmazy, to większość pod względem moralnym prezentuje się w odcieniach szarości.

Cameronowi właściwie bohaterowie udali się równie znakomicie, jak główny wątek oraz sztafaż powieści. Czerwony Rycerz, wysuwający się często na pierwszy plan, to postać najciekawsza, zyskująca – moim zdaniem – najwięcej w oczach czytelnika, szczególnie, że znowu zostaje obdarta z płaszcza tajemnic, ukazując się w nowym świetle, a przecież ona nieustannie się rozwija. Podobnie jak reszta. Poczynając od kolorowej kompani, która wiernie służy swojemu kapitanowi, a niemal każdy jej członek stanowi indywidualną sylwetkę z paletą właściwych sobie cech. Bohaterowie pobocznych wątków też nie należą do wyrodnych dzieci pióra – to zestaw dobrze napisanych kreacji, z barwnymi rysami psychologicznymi, wiarygodną interakcją z innymi postaciami oraz światem, nie zapominając o tym, że każda wnosi do lektury coś od siebie i prawie zawsze jest to coś unikatowego.

Warstwa lingwistyczna również zdolna jest do pochłonięcia czytelnika bez reszty – poprawna składnia, rytmika, jasny język, pokaźna dawka humoru to komponenty wypracowane przez Camerona już przy okazji jego debiuty („Czerwony Rycerz”), a tu mamy do czynienia z jego drugą książką, w której poczynił wyraźne postępy i doszlifował niektóre wady, choć w kwestii fabuły poszło nieco gorzej, ale to można usprawiedliwić prawami, jakimi rządzą się środkowe tomy. Tłumaczka i korekta też stanęły na wysokości zadania, co zaowocowało mniejszą ilością literówek i innych – drobnych – błędów w tekście niż w przypadku wcześniejszej części. W tym obrębie jest przejrzyściej i klarowniej, dzięki czemu odbiorca może gładko przebrnąć przez te osiemset stron.

Powiedzenie, że „Okrutny miecz” jest słabszy od „Czerwonego Rycerza” to sformułowanie nad wyraz przesadzone. Niemniej prawdą jest, iż pierwszy tom cyklu był bardziej spójny i miał bardziej zwarty charakter, tutaj zaś widać, że autor zaczyna rozwijać większy zamysł, miejscami nie przykuwający tak wielkiej uwagi, jak powinien, ale być może to niewielki spadek, który wyda zadowalający tom w przyszłości. Na to właśnie liczę i mam nadzieję, że Miles Cameron mnie nie zawiedzie, bo dotychczas tego nie zrobił.

Ocena: 4/5

Dyskusja