Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Płomień nowej nadziei – recenzja książki „Dziedzic Jedi”

Dawno, dawno temu w odległej Ameryce… Kevin Hearne napisał powieść z odległej galaktyki (tak, tej… tak, ten od Żelaznego Druida… tak, we właściwy sobie sposób), opowiadającą o losach Luke’a Skywalkera – tytułowego dziedzica Jedi – tuż po wydarzeniach z „Nowej nadziei”. I chociaż bardzo luźny styl i liczne nawiązania popkulturowe w wykonaniu Hearne’a jakoś niespecjalnie odpowiadały mi w sztafażu Gwiezdnych Wojen, to zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony, acz tak gładko do końca nie było.

Rebelia zachłysnęła się nadzieją na zwycięstwo po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci aż tak bardzo, że na jedną z kluczowych misji wysłała żółtodzioba tylko z jednym sukcesem na koncie. Jednak tym niedoświadczonym graczem okazał się sam Luke Skywalker, chłopak w którym przebudziła się Moc. W taki sposób, młoda księżniczka i doświadczony admirał wysyłają początkującego Jedi, aby odbił niezwykle utalentowaną kartograf, Drusil, z rąk Imperium. W zadaniu pomagać mu będzie nieodzowny R2-D2 oraz córka potentata biotechnologicznego, Nakari Kelen, która dodatkowo wspierać go będzie w odkrywaniu ścieżek Mocy.

Hearne’a można kojarzyć z bardzo dobrych wprowadzeń i łatwych w odbiorze książek, które pochłaniają uwagę czytelnika od pierwszych stron. Niestety, w wypadku „Dziedzica Jedi” jest nieco inaczej, na początku zabrakło tego całkowitego luzu, jest bardziej pompatycznie, ale gdy już się wgryzie w lekturę, okazuje się, że estetyka obrana tu przez autora niemal idealnie zestraja się ze światem przedstawionym. Fabuła posuwana jest naprzód w optymalnym tempie, pisarz stara się odpowiednio rozwijać wątki poboczne i o nich nie zapomina – wszystko pięknie się tu domyka.

Opisanie fragmentu uniwersum przez Hearne’a jest dobre – to niby bardzo banalne sformułowanie, ale tak właśnie jest: autor dokładnie nakreśla realia i wymyśla niektóre elementy, które współgrają z dotychczasowym kanonem, nie można powiedzieć, że wrzucił tam coś absurdalnego czy kompletnie wyrwanego z kontekstu, z drugiej strony nie ma tam też nic szczególnie rewelacyjnego, odświeżającego całe uniwersum. Ot, pisarz wykonał swoją robotę jak profesjonalista, zarysował krajobrazy, przedstawił lokacje i bohaterów należycie. Czego chcieć więcej od literatury całkowicie rozrywkowej?

Wracając do postaci przewijających się podczas lektury to jest ich wielu, ale każda sylwetka pełni tu swoją rolę, rysunki psychologiczne zostały dobrze napisane, zaś na pochwałę zasługują zwłaszcza bohaterowie pierwszoplanowi. Nakari Kelen to nie do końca jednoznaczna kobieta, która poza pomocą, ma także własne plany, w dodatku stanowi silny charakter. Jeżeli chodzi o Luke’a, obserwujemy jego drogę z „Nowej nadziei” do „Imperium kontratakuje”, gdy musiał niemalże sam poznawać kanwę i tajniki Mocy oraz szkolić się w jej władaniu, dzięki przeżyciom i nabywanemu doświadczeniu (w tym uczeniu się na błędach) widzimy jego rozwój, którego przedstawienie wyszło autorowi całkiem sprawnie. Nie można pominąć R2-D2, niejednokrotnie przyprawiającego czytelnika o wesoły grymas, chociaż jego występy najczęściej ograniczają się do stworzenia spójnego i kanonicznego tła dla poczynań Luke’a.

Gdy mowa o warsztacie Hearne’a to zasadniczo wspominamy o tym, że w dogodny i prosty sposób opowiada nam historię, takie coś widzieliśmy w przypadku „Kronik Żelaznego Druida”, teraz autor nie serwuje aż tyle potocznych i slangowych zwrotów, stara się unikać potocznego języka – który obfitował w cyklu z którego jest najbardziej znany – acz nie zapomina o humorze, i to właśnie dzięki niemu „Dziedzic Jedi” wyróżnia się odrobine na tle pozostałych utworów z nowego kanonu. Wprawdzie Hearne nie szafuje dowcipem jak w innych swoich powieściach, lecz nie zapomina, że kapka uśmiechu jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

„Dziedzic Jedi” to mocna pozycja z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, która stanowi nie tylko kawał dobrej i spójnej historii, ale także przypomina nam za co lubiliśmy bohaterów starej trylogii, a przy tym dostarcza naprawdę dużo przyjemności. Pomimo zgrzytów w pierwszych rozdziałach oraz – czasami – nie pasujących do kanonicznego Luke’a przemyśleń, warto sięgnąć po lekturę i wymazać dziurę fabularną pomiędzy czwartym a piątym epizodem filmowego cyklu.

Ocena: 3.95/5

Dyskusja