Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Stryczek, który runął – Recenzja filmu „Legion Samobójców”

Szok, ekstaza, podniecenie. Te właśnie uczucia targały setkami fanów komiksów na całym świecie na wieść o tym, że powstaje film opowiadający o Suicide Squad. Najbardziej niepokorna grupa do zadań specjalnych świata, której członkowie to niestabilne emocjonalnie i śmiertelnie niebezpieczne indywidua. Czy mogła istnieć lepsza odpowiedź ze strony DC Comics na sukces konkurencyjnego Marvela w postaci filmów o Avengersach? Szał na „Legion Samobójców” rósł wprost proporcjonalnie do ilości udostępnianych informacji i wypuszczanych zwiastunów. Wieść o tym, że w filmie pojawi się postać Jokera grana przez Jareda Leto dodatkowo podkręciła karuzelę spekulacji. Na stołku reżyserskim posadzono Davida Ayera („Szybcy i wściekli”, „Furia”, „Bogowie Ulicy”), dano mu wolną rękę i czekano na efekty. Czy faktycznie „Legion Samobójców” okazał się katem Iron Man’a i spółki?

Fabuła filmu w całości opiera się na losach wspominanej grupy. Najbardziej niebezpieczni złoczyńcy świata zostali zebrani w więzieniu o zaostrzonym rygorze przez Amandę Waller (w tej roli świetna Viola Davis), która ma sprytny plan, jak ich wykorzystać.

W międzyczasie udaje jej się odnaleźć w amazońskiej dżungli serce potężnej, starożytnej wiedźmy Enchantress, którą przez przypadek obudziła June Moone (Care Delevingne). Waller wierząc, że może w ten sposób kontrolować straszną istotę zaczyna uruchamiać projekt Task Force X. W skład grupy uderzeniowej do zadań specjalnych mają wejść: płatny zabójca, najlepszy strzelec na świecie – Deadshot (Will Smith), kompletnie stuknięta partnerka Jokera – Harley Quinn (Margot Robbie), mistrz w posługiwaniu się australijską bronią miotaną – Boomerang (Jai Courtney), wyglądający jak połączenie gada z człowiekiem – Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje), czy wreszcie posiadający zdolności pirokinezy El Diablo (Jay Hernandez). Dowodzeniem w terenie zajmuje się doświadczony żołnierz, Rick Flagg, prywatnie zakochany po uszy w Moone, co bezwzględnie wykorzystuje Amanda, zapewniając sobie bezgraniczną wierność żołdaka. Spokojna, wydawałoby się, sytuacja wymyka się w pewnym momencie spod kontroli, kiedy to Enchantress postanawia uwolnić swojego brata. Ten rozpoczyna w Nowym Jorku (no bo gdzieżby indziej) festiwal zniszczenia i grozy, co natychmiast wykorzystuje wiedźma uciekając spod jarzma swojej opiekunki. Ostatnim ratunkiem ludzkości przed totalną anihilacją staje się zatem Task Force X. Czy uda im się powstrzymać bóstwa sprzed wieków i zapobiec zagładzie?

Film zasadniczo dzieli się na dwie części. Przez pierwsze pół godziny reżyser dokonuje prezentacji poszczególnych członków grupy, pozwalając na lepsze zapoznanie się z postaciami. Dowiadujemy się zatem o jedynym słabym punkcie Deadshota – jego córce, dla której jest w stanie pójść na układ z rządem. Będziemy świadkami, jak doktor Harley Quinnzell uwiedziona przez Jokera powoli przekształca się w świrniętą wersję samej siebie. Na krótko też zajrzymy w przeszłość Boomeranga, Killer Croca i Ricka Flagga. Wszystko to będzie okraszone obłędną, neonową stylistyką, która przewijała się przez zwiastuny. Druga część filmu to rozwałka, rozwałka i jeszcze więcej wybuchów, strzałów i akcji. Scenariusz w pewnym momencie zmienia się w zlepek etapów strzelanych, niczym w grze wideo: przejść do wybranej lokacji, wystrzelać wszystkich wrogów, pogadać przez chwilę, rzucić paroma tekstami, idziemy dalej, strzelamy i tak w kółko.

„Legion Samobójców” niestety jest kolejnym przykładem na to, jak bardzo w kwestii ekranizacji komiksów odskoczył od konkurencji Marvel. Producenci „Avengersów” potrafią idealnie wyważyć akcję, sceny z gagami i momenty wyciszenia, kiedy to bohaterowie ujawniają jakąś część siebie i pozwalają się widzowi polubić. W przypadku nowego filmu DC Comics tej równowagi zabrakło. Z postaciami z Task Force X naprawdę ciężko się zżyć, utożsamić. Najbardziej wybijający się jest duet Deadshot – Harley Quinn. I to tylko dlatego, że Will Smith to świetny aktor i po raz kolejny to potwierdza, a Margot Robbie wprost idealnie wpisała się w rolę niestabilnej psychicznie gangsterki. Reszta oddziału zawodzi. Ciężko powiedzieć o nich coś więcej, poza tym, że Killer Croc jest wielki, brzydki i lubi pływać w kanałach ściekowych, Boomerang rzuci czasem jakimś żartem, starając się naśladować styl Deadshota, a El Diablo to Latynos z trudną przeszłością. Nie wspominając już o dwóch absolutnie zmarginalizowanych postaciach, czyli Katanie (Karen Fukuhara) i Slipknocie (Adam Beach). Ta pierwsza jest stereotypową do bólu milczącą japońską mistrzynią katany. I ten jednozdaniowy opis to właściwie cała charakterystyka. Slipknota tak naprawdę na dobrą sprawę na ekranie mogłoby w ogóle nie być. Pojawia się w trzech scenach, nie ma więcej niż dziesięciu linijek tekstów i ginie niemal tak szybko, jak się pojawia, nie pozostawiając po sobie absolutnie żadnego wrażenia. Jestem w stanie się założyć, że wielu z widzów zapomniało nawet, że ktoś taki się pojawił. Z ostatnich informacji można wyczytać, że postać Slipknota została skrzywdzona przez montażystów i cięcia pod wpływem decyzji producenta pod koniec procesu produkcyjnego. Do tego wątku wrócimy jeszcze później, bo czas najwyższy poświęcić parę linijek jednemu z najbardziej charakterystycznych złoczyńców w popkulturze – Jokerowi.

Niesamowite jest to, że apetyt na film o Suicide Squad wzrósł tak bardzo na wieść o tym, że pojawi się w nim nowy Joker, którego grać będzie gwiazda estrady i srebrnego ekranu Jared Leto. Wielu widzów oczekiwało, że noszący fioletowy garnitur klaun będzie co najmniej głównym protagonistą, ewentualnie będzie niejednokrotnie uprzykrzał życie grupie. Tymczasem postać ta pojawia się głównie w scenach poświęconych Harley Quinn – retrospekcjach i raptem trzy razy w czasie rzeczywistej akcji. Z jednej strony można by powiedzieć, że jest to kolejny przykład zmarnowanego potencjału i złych decyzji scenariuszowych, z drugiej jednak strony wina mogła leżeć po stronie Leto. Joker grany przez wokalistę 30 Seconds to Mars jest strasznie… nijaki.

Nie jest on ani szalonym anarchistą w stylu Heatha Ledgera, czy też śmiejącym się w twarz stróżom prawa Jackiem Nicholsonem. Ze zwiastunów wynikało, że będzie to sylwetka o skrajnie psychopatycznych skłonnościach, lubująca się w zadawaniu bólu. Może po prostu Leto nie był w stanie znaleźć pomysłu na tę postać, przez co trzeba było wyciąć sceny z nim związane. I jeszcze jego stosunek do postaci Harley Quinn. W komiksach relacja między Jokerem a jego podopieczną jest bardzo niejednoznaczna. Ona jest w niego wpatrzona jak w obrazek bez względu na wszystko, on z kolei często nią gardzi, wścieka się i jest gotowy na poświęcenie Harley, tylko po to, żeby coś na tym zyskać. Filmowi twórcy nie zamierzają się jednak patyczkować i od razu walą z grubej rury: klaun i klaunowa to bardzo dziwna para, którą łączy obustronne uczucie. Gdyby tak nie było, Joker nie ryzykowałby dla dziewczyny własnego życia i to niejednokrotnie.

Przykład „Deadpoola” pokazał, że światowa widownia jest już gotowa na megahity posiadające kategorię „R”. Pokuszę się o tezę, że gdyby z „Legionu Samobójców” również zrobić film dla dorosłych, w którym byłoby gore, eksplodujące głowy, trochę sadystycznego Jokera, więcej chamskich, seksistowskich i rasistowskich dowcipów – obraz od razu zyskałby charakter. A tak mamy do czynienia z kolejną wydmuszką dla młodszych nastolatków, których nie mogą gorszyć flaki i posoka na ścianach. Wracając do wątku producenckiego – David Ayer dostał wolną rękę, ale nad filmem cały czas czuwał dobrze znanym fanom filmów DC Zack Snyder. I duch reżysera „Człowieka ze stali” czy „Batman vs. Superman: Świt Sprawiedliwości” unosi się nad produkcją aż nadto wyraźnie. Zamiast być czarną komedią akcji z dużą ilością pokrętnego humoru, produkcja pod koniec nabiera niezjadliwej, patetycznej maniery. Ciężko mi było, że nagle ludzie mający głęboko gdzieś poczucie honoru i jakiejkolwiek moralności nagle zaczynają rzucać frazesami o ratowaniu świata i przyjaźni. W takim momencie przypomina mi się animacja „Atak na Arkham”, w której Suicide Squad miał jedną ze swoich najlepszych postaci. Tam w momencie, kiedy wszystko zaczyna się sypać każdy z członków oddziału dbał tylko o siebie, współpracując tylko wtedy, kiedy któreś z nich mogło mu pomóc. A w filmie Davida Ayera mamy Harley Quinn mówiący o przyjaciołach… W którymś momencie produkcji po prostu coś poszło nie tak.

Niezwykle trudno jest mi oceniać tego typu film. Z jednej strony w trakcie seansu bawiłem się całkiem nieźle. „Legion Samobójców” dużo zyskuje dzięki ścieżce dźwiękowej, która momentami zamienia kino akcji w teledyski. I to bardzo dobre teledyski, które chciałoby się oglądać raz za razem, bo ścieżka dźwiękowa została przygotowana w sposób perfekcyjny. Także stylistyka mieszająca ostre kolory miała szansę na to, by zapisać się na zawsze w świadomości widzów. Niestety, czegoś zabrakło, aby film urywał głowy. A miał na to potencjał. I właśnie dlatego tak bardzo boli, że zamiast gorącego killera… wyszedł ledwie letni hit.

PS W Polsce pojawiła się także wersja zdubbingowana, ale z uwagi na to, że autor recenzji ceni sobie swoje zdrowie psychiczne i poczucie dobrego smaku, nie została ona ujęta w ocenie.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja