Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wiking w Bizancjum – recenzja książki „Skald. Wężowy język” t. 1

Skald cieszył nas zmyślnie skleconymi pieśniami i sprawnym fechtunkiem już w „Karmicielu kruków” oraz „Kowalu słów”, teraz przyszedł czas na pierwszy tom „Wężowego języka” i trzeba przyznać, Ainar potrafi pluć jadem. Na szczęście Łukasz Malinowski co najwyżej pluje w czytelników ciekawą historią, pełną dynamicznych walk i malowniczych lokacji, z nutą nordycko-bizantyjskiej fantazji.

Po zamieszaniu na dworze kagana Tirusa Wielkiego skald został znienawidzony niemal na całym Wschodzie, a że na Północy wciąż wisi nad nim groźba śmierci, postanawia wyruszyć na Południe, aby tam, w potężnym i bogatym mieście, zdobyć łupy, które pozwolą mu zbudować własny kraj – wszak teraz jest konungiem, wprawdzie bez ziem, ale za to na usługach ma hardych wojów oraz sprawną flotę. Obiera więc kurs na Bizancjum, lecz nie tylko góry skarbów go tam ciągną – w snach widuje kobietę z przeszłości, przypominającą mu, czego się dawniej dopuścił.

Takiego scenariusza można się było spodziewać po zakończeniu poprzedniej części, ale to udowadnia tylko że autor ma plan na kolejne przygody Ainara i sumiennie się go trzyma. I chociaż wyprawa na Bizancjum stałych czytelników nie powinna zaskoczyć, to treść przepełniona suspensem już tak. Fabuła nie jest tu linearna, a wszystkie przypuszczenia i przewidywania spalają na panewce, bo mimo że główna oś intrygi prowadzi do majaczącego w oddali celu, to boczne wątki skutecznie wybijają odbiorcę z odgadnięcia rozwiązania, odpowiedzi zaś zostają udzielone w odpowiednim miejscu, lecz wraz z nimi przychodzą nowe pytania, na które przyjdzie poczekać do drugiego tomu.

Scen walk, pojedynków i rozwiązywania coraz to nowych trudności stojących na drodze Ainara nie mogło zabraknąć, bo bogowie przecież obłożyli go piętnem „z deszczu pod rynnę” – i tak bohater musi się borykać z ogromem przeciwności, a realizacja jego planów często spychana jest w przyszłość. Niemniej „Wężowy język” to nie tylko dynamiczna akcja i intrygujące zagrywki protagonisty, to także bogaty świat przedstawiony, który aż kipi od zjawisk rodem wyjętych z folkloru i historii, to również krainy, gdzie stworów nie brakuje, zaś magia istnieje, choć nie zawsze w takiej postaci, jaką byśmy sobie wyobrażali. Malinowski z wprawą nabytą w poprzednich częściach zarysowuje malownicze krajobrazy, prezentuje nowe lokacje, a wszystko to za pomocą plastycznych opisów i interesującego języka.

Bohaterowie wkomponowują się także niezwykle dobrze w całą fabułę, są integralną, zazębiającą się częścią książki. Główną rolę odgrywa tu naturalnie Ainar Skald – charyzmatyczny, zawadiacki i nierzadko zadziorny Skandynaw, który przebył pół świata wywijając mieczem i zagrywając na strunach, i generalnie wpakowując się w coraz to nowe tarapaty. Jednak pod tą buńczuczną maską kryje się tak naprawdę bohater, człowiek, któremu nie strach sprzeciwić się tyranowi bądź stanąć oko w oko z potworem. I za to właśnie Ainar zaskarbia sobie sympatię czytelnika. Nie jest co prawda jedyny. Powracają starzy znajomi, w tym Czarny Berserk, ale przybywają też zupełnie nowe sylwetki – wszyscy prezentują się tu znakomicie – posiadają właściwe sobie osobowości, indywidualne cechy i wyglądy, co sprawia, że świat przedstawiony tylko zyskuje dzięki nim na realizmie i nie jest monotonny.

Ekspresywne opisy, żywe dialogi, sugestywne obrazy – to wszystko czeka w „Wężowym języku” i Malinowski bardzo postarał się, aby tekst dało się czytać przyjemnie, dlatego wręcz oczarowuje słowem, stosując wymyślne a zrozumiałe zwroty, intrygujące terminy, których wyjaśnienie znajduje się w słowniczku na końcu utworu; acz brakuje tu nieco wyważenia w sferze opisów i dialogów, albo tych gdzieś jest za dużo, albo za mało, co niekiedy – podkreślmy tylko niekiedy – odrobinę męczy czytelnika, a przecież to rasowa powieść przygodowa, w której dynamika zawsze powinna porywać odbiorcę. Na szczęście, takich momentów nie ma przesadnie dużo i częściej dostajemy rozrywkę na najwyższym poziomie, w lekkim, lecz nieprostym stylu.

Łukasz Malinowski po raz kolejny udowodnił, że pisać i wymyślać intrygujące historie potrafi. Podczas lektury „Wężowego języka” nie można odczuć zmęczenia materiału, ani wyczerpania pomysłu, autor sprawnie prowadzi intrygę i w optymalnym tempie – a czasem nawet zawrotnym – posuwa ją do przodu, okraszając ją efektownymi zamysłami. Całość jest klarowna, spójna i pełna, także w odniesieniu do poprzednich części. I nic, tylko pozostaje nam czekać na drugi tom.

Ocena: 4/5

Dyskusja