Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

(Wirtualnie) piekielny Eden – recenzja komiksu „Username: Evie”

Joe Sugg to osobowość internetowa, której popularność przyniosły humorystyczne filmiki w serwisie YouTube. Jednak ten młody – bo zaledwie dwudziestoczteroletni – autor nie osiadł na laurach i postanowił zmierzyć się z czymś więcej, dlatego zmienił medium przekazu oraz postarał się wymyślić beletrystyczną historię w graficznym wariancie. Efektem tego projektu jest komiks „Username: Evie”, w którym Sugg porusza problemy współczesnych nastolatków, ale bawi się także konwencją cyberpunku. Owego utworu nie możemy jednak nazwać ambitnym, ponieważ jest to zbiór klisz opartych na toposach rozrywkowej popkultury młodzieżowej.

Komiks opowiada o nastolatce, Evie, odrzuconej przez rówieśników, żyjącej we własnym świecie i odstresowującej się w… lodówce. Borykająca się z problemami nie bycia popularną, samotności czy permanentnego nabijania się z niej, stara się przeżyć szkolne lata, ukrywając przed niepełnosprawnym, schorowanym ojcem, że coś jest nie tak. Ale ten widzi bardzo dobrze, iż coś jest na rzeczy. Jako znakomity programista, w tajemnicy przed córką, tworzy wirtualny raj, do którego będzie miała dostęp tylko ona i tam znajdzie dla siebie skrawek nieba. Nieszczęście chciało, że jej ojciec umiera, pozostawiając ją z krewnymi – w tym z kuzynką, która delikatnie mówiąc nie przepada za Evie. Dziewczyna odkrywa jednak, iż rodzic pozostawił dla niej specjalną niespodziankę – zostaje dosłownie wciągnięta do nierzeczywistego Edenu, lecz ów raj nie trwa wiecznie, niespodziewanie pojawia się w nim ktoś, kto zmienia go w piekło.

Scenariusz, który jest dziełem Joego Sugga nie przedstawia zasadniczo niczego nowego – oto po raz kolejny przychodzi czytelnikom zmierzyć się z Kopciuszkiem, nielubianym i pogardzanym, stojącym w cieniu, który nagle dostaje od losu szansę na stanie się kimś zupełnie innym. Tu wkracza cyberpunkowa możliwość wkroczenia w cyberprzestrzeń, gdzie użytkownik ma wręcz nieograniczone umiejętności tworzenia, acz musi się samodzielnie nauczyć wszystko kontrolować. I oczywiście nic nie może iść po myśli protagonistki, cały ten świat musi nagle eksplodować. Dosłownie. To również nie stanowi niczego nowego, na taki zwrot akcji odbiorca czekał od początku i wcale go nie zadziwił. Także skutki rozpoczęcia się całego zamieszania były do przewidzenia, lecz ich walory są raczej niskie i – na szczęście – ograniczają się do tła dla próbującej ratować wirtualny zakątek Evie.

Kreacje bohaterów również nie grzeszą innowacyjnością i rozbudowanym portretem psychologicznym – protagonistka to nastolatka, która czasem postępuje nielogicznie, zachowuje się, jak na osobę przedstawioną na początku jako niezwykle inteligentną, naiwnie oraz infantylnie. W dodatku przemiana jaka w niej zachodzi nie budzi w czytelniku jakichkolwiek emocji, jest jakby wymuszona i zrobiona na siłę. Z antagonistą sprawa ma się podobnie, choć w tym wypadku zachowanie postaci jest uzasadnione i zmotywowane. Poza tymi dwiema sylwetkami sumarycznie reszta to dodatek, współgrający z innymi komponentami świata przedstawionego.

Amrit Birdi, odpowiedzialny za ilustracje, przyczynił się do tego, że komiks wygląda i dobrze, i źle. Dobrze z tego względu, że mamy do czynienia z plastycznymi rysunkami, wprawdzie niezbyt szczegółowymi, ale współgrającymi z przedstawianą historią i przyjemnymi wizualnie. Źle z kolei dlatego, że proporcje konkretnych elementów nie są jednolite – rozmieszczenie oczu czy kształt ciała topią się w chaosie braku spójności. Na szczęście tę wpadkę tuszuje nieco cieniowanie oraz dobór barw – jaskrawych, intensywnych i wcale pasujących do całości, a przede wszystkim współgrających ze sobą.

„Username: Evie” to komiks typowo rozrywkowy, zapewniający chwilę przyjemności, lecz nie zapadający w pamięć, do tego jest dość sztampowy, zaś historia utworu nie dość, że jest bardzo przewidywalna, to mogliśmy widzieć ją już niejeden raz. Cieszy mnie fakt, iż niektóre wydawnictwa decydują się wydać powieści graficzne – ponieważ nasz rodzimy rynek jest pod tym względem ubogi – jednak mam także nadzieję, że kolejny komiks jaki ukaże się spod znaku Insignis będzie prezentował wyższy poziom, zarówno jeżeli chodzi o intrygę, jak i warstwę graficzną.

Dyskusja