Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Będziemy walczyć na lądach i oceanach i nigdy się nie poddamy” – recenzja książki „W ogniu wojny”

Po tragicznych wydarzeniach, które nastąpiły w trzecim tomie batalistycznej „Odyssey One”, ludzkość mogła stracić nadzieję na swoje przetrwanie. Ogromna flota Drasinów, drapieżnej rasy niszczącej inne kosmiczne cywilizacje napadła na Układ Słoneczny, za nic mając bohaterską obronę trzech ziemskich okrętów, prowadzonych przez tytułową Odyseę, dowodzoną przez kreatywnego kapitana Erica Stantona Westona. Ogromne straty zadane przeciwnikowi nie uchroniły Ziemi przed inwazją, a człowiek jako gatunek spojrzał w oczy wizji wymarcia.

Pokonany Weston budzi się we wraku swojego okrętu, który po zestrzeleniu z orbity rozbił się w okolicach Nowego Jorku. Okazuje się, że ludzie stawiają czoła przeciwnikowi i mimo gorszego uzbrojenia drogo sprzedają każdy metr swoich miast. Wojny toczone na przestrzeni ostatnich lat sprawiły, że niemal całe społeczeństwo jest silnie zmilitaryzowane, co daje choć promyk nadziei na nawiązanie walki. Niezłomny admirał postanawia wspomóc obrońców zaawansowanym sprzętem, który znajduje się w strąconym okręcie.

Tymczasem okręt „Enterprise”, któremu udało się wymknąć obcej flocie, przybywa do świata Primanae z próbą otrzymania pomocy od rasy, której planety wcześniej ocaliła Odysea. Jednak wychowani na pacyfistów sojusznicy nie rwą się do militarnego odwdzięczania się za wcześniejsze przysługi i szybko okazuje się, że Ziemia może pozostać sama.

Czwarty tom stanowi zakończenie serii, która z każdą kolejną odsłoną prezentowała coraz większy rozmach. Tym razem bohaterowie nie będą walczyli w niezmiernej pustce kosmosu, lecz na powierzchni swojej własnej planety. Co prawda po zakończeniu poprzedniej części można było dojść do wniosku, że Ziemia jest bezpowrotnie stracona i setki ogromnych wrogich okrętów zniszczą ją bez trudu, ale okazuje się, że na każdym z nich przebywał tylko nieliczny oddział inwazyjny, co ułatwiło obronę. Teraz działania wojenne objęły całą powierzchnię Ziemi, a niemal każde starcie z Drasinami udowadnia bohaterstwo obrońców. Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg, a rasa ludzka umie się pogodzić tylko w obliczu wizji totalnej anihilacji. Pod tym hasłem toczą się kolejne wydarzenia, a z każdym rozdziałem czytelnik zyskuje niepodważalną wiarę w braterstwo i wzajemną pomoc. Ten górnolotny morał będzie wylewał się z niemal każdej strony książki, troszkę mącąc ciekawy klimat stworzony przez autora w poprzednim tomie, kiedy czytelnik nie był pewien zakończenia. Evan Currie dał w nim bowiem do zrozumienia, że przebieg fabuły może nie będzie tak oczywisty, jak mógł wydawać się od samego początku, jednak „W ogniu wojny” zaprzecza temu i sprawia, że czytelnikowi trudno jest być zaskoczonym, kiedy dobrnie do zakończenia.

Evan Currie słusznie postanowił nie ciągnąć serii w nieskończoność, co wpływa na jej atrakcyjność, jednak otwierając sobie trzecim tomem drogę do zaskakującej konkluzji, tomem czwartym ją zamknął. Czytelnik zaznajomiony z wcześniejszymi wydarzeniami może czuć się troszkę zawiedziony końcówką. Mimo to można polecić „Odyssey One” wielbicielom wojennych space oper, choć na pewno głównie tym, którzy wolą nieskomplikowaną książkę napisaną z rozmachem. Nie znajdzie się tutaj skomplikowanych wątków, za to liczne bitwy oraz bohaterstwo z domieszką patosu. Jeśli zatem potrzebujecie prostej rozrywki z dużą ilością strzelających okrętów kosmicznych, „Odyssey One” może w pełni zaspokoić wasze potrzeby i zapewnić sporą dozę przyjemności.

Ocena: 3/5

Dyskusja