Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Bolączki środkowego tomu – recenzja książki „Prawo do życia”

Dobry placek potrzebuje spodu, wypełnienia i zwieńczenia, ale musi być wykonany tak, żeby wszystkie smaki do siebie pasowały, tworząc pyszną całość, choć wypadałoby również, aby osobno owe komponenty coś w sobie miały. Z trylogią jest podobnie, Denis Szabałow napisał całkiem udaną pierwszą część, jednak w środkowym tomie popełnił błąd niewybaczalny – sprawił, że fabuła nafaszerowana jest ciągnącymi się, nie zawsze smakującymi scenami walk, pojedynków i tradycyjnego wykonywania parawojskowych czynności.

Daniła spełnił swoje marzenie i stał się pełnoprawnym stalkerem, ale poznał też gorycz życia w postapokaliptycznym świecie i musiał udźwignąć ciężar odpowiedzialności, choć obecnie staje przed jeszcze większym zadaniem. Razem z towarzyszami broni postanawia wyprawić się w małą podróż, aby przejąć pewien skład, dzięki któremu być może uda się zwiększyć szanse na przeżycie rodzimemu Schronowi. Na jego drodze stanie jednak wiele przeciwności losu, a sumienie zostanie wystawione na poważną próbę – sam Daniła zaś stanie przed wyborem: dać prawo do życia, czy je odebrać. Niemniej, musi się liczyć z tym, że ofiarując może sam stracić, ale najważniejszy jest Schron i o tym ciągle będzie pamiętać.

Denis Szabałow boryka się z pewnym problemem – mianowicie brakiem mocnego scenariusza na wypełnienie akcji pomiędzy pierwszym a trzecim tomem. Miota się od wydarzenia do wydarzenia, oferując miłośnikom dynamicznej akcji i militariów coraz to nowe wymiany ognia, starcia i… tak w kółko, aby zapełnić te kilkaset stron. Monotonia doskwiera czytelnikom, zwroty akcji stają przewidywalne, ba!, nawet zakończenie jest do odgadnięcia, i mimo wszystko trudno doszukiwać się w warstwie fabularnej perełek. Co nie zmienia faktu, że intryga powieści czasem potrafi zaskoczyć i przykuć uwagę czymś wyrywającym z rutynowego ciągu zdarzeń. Szabałow na szczęście pozostał mocny w innych sferach i to przez nie lektura nie jest utrapieniem.

Primo, sztafaż świata przedstawionego – robimy dłuższy spacer po powierzchni zrujnowanego, pełnego dymu i popiołu, martwego uniwersum, przedzierając się przez nowe ciekawie opisane lokacje, które wbrew swej powierzchownej „szarości” wcale nie są do siebie podobne. Do tego różnorodność frakcji i ich zachowań, nie każdy jest tu do końca zły, ale też nie wszystkim można ufać – i sumarycznie szybciej można dostać kulkę, niż uzyskać pomoc, a to i tak podczas pomyślnego dnia. Mutantów również nie brakuje, acz nie są czymś specjalnie rewelacyjnym, w „Prawie do życia” po prostu występują, sprawdzają się w swej roli i tyle.

Secundo, protagonista – Daniła, mężczyzna, którego poznawaliśmy od dziecka, śledziliśmy jego treningi i szkolenie, teraz mamy do czynienia z twardzielem, przekładającym dobro swego Schronu nad własne. Jest urodzonym żołnierzem – widać to w jego zachowaniu oraz sposobie myślenia, Szabałow zarysował go dobrze i nadał mu głębi, bo to nie niezniszczalny gość, tylko człowiek z krwi i kości, posiadający wady i zalety, dzięki czemu odbiorcy łatwo się z nim identyfikować. Z pozostałymi postaciami rzecz się ma bardzo podobnie, jednak ich rola ogranicza się raczej do tła dla poczynań głównego bohatera. Nie wiadomo niemal nic o ich motywacjach, planach, nie mają nakreślonej historii. Ot, są, jako te mutanty.

Tertio, prosty język i lekki styl. Nic dodać, nic ująć. Szabałow nie bawi się w wymyślne zabawy lingwistyczne, nie, to zupełnie nie takie uniwersum, tu trzeba być konkretnym, pisać zwięźle, acz treściwie, dynamika musi iść w parze z informacjami – i tak jest w „Prawie do życia”. Szczególnie zasługuje tu na uwagę charakterystyka wyposażenia, militariów, taktyk i zachowań wojskowych – Szabałow, rzeczoznawca w tym fachu doskonale wie o czym pisze.

„Prawo do życia” to powieść nieco ponad średnia, utrzymująca się dzięki miejscom, szczegółom militarnym, Daniłowi oraz, po trosze, dobrze zbudowanemu klimatowi. Niestety, nie ma w tekście ujmujących wydarzeń, zwrotów akcji z prawdziwego zdarzenia, ani historii wartej opowiedzenia. Książka cierpi na syndrom środkowego tomu, a czytelnik może być szczęśliwy, że nie dostał po niej wstrętu do uniwersum. Oby finał trylogii zrekompensował ten drobny incydent Szabałowa.

Ocena: 3/5

Dyskusja