Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Brak zasięgu – recenzja wydania DVD „Komórka”

Stephen King to niekwestionowany król horrorów klasy B. Człowiek straszący miliony ludzi na całym świecie już od wielu lat i jeden z najlepiej zarabiających pisarzy, którego majątek przekracza dwa miliardy dolarów. Niejednokrotnie jego powieści, czy opowiadania trafiały na srebrny ekran, z lepszym bądź gorszym skutkiem. Sam autor często brał udział w produkcji filmów, czy to jako scenarzysta, czy też jako głos autorytetu. Tak było również w przypadku „Komórki” w reżyserii Toda Williamsa, gdzie King wraz z Adamem Alleciem wspólnie stworzyli skrypt. Jak wypadła ekranizacja książki, będącej swego rodzaju opowieścią o postapokaliptycznym świecie opanowanym przez zombie?

„Komórka” rozpoczyna się od montażu nagrania ludzi będących na lotnisku. Kamera skupia się na wszechobecnych telefonach, można odnieść wrażenie, że ludzie są bliżej z osobami po drugiej strony łącza, niż z tymi znajdującymi się koło nich. Z samolotu wysiada Clay Riddell (John Cusack) – utalentowany rysownik, który właśnie otrzymał kontrakt na swoją powieść graficzną. Dzwoni do swojej byłej żony i syna. Chwilę później na całym świecie rozpętuje się piekło. Otóż każdy, kto w nieodpowiednim momencie miał telefon przy uchu zaczyna tracić nad sobą panowanie, przejawia skłonności autodestrukcyjne, bądź staje się agresywną i pozbawioną ludzkich odruchów bestią. Clay cudem unika śmierci i ucieka w stronę stacji metra, gdzie odnajduje innych ludzi, którym tajemniczy „sygnał” nie pomieszał w głowach. Wśród nich znajduje się Tom McCourt (Samuel L. Jackson), maszynista, który obiecuje wyprowadzić bezpiecznie ocalałych ze skomplikowanego systemu tuneli. Tak oto rozpoczyna się wyprawa, której celem jest odnalezienie rodziny Ridell’a. Wyprawa, która zapowiada się na epicką przygodę życia, a koniec końców okazuje się być równie ekscytująca jak spacer po bułki…

Największym grzechem „Komórki” jest jej nieokreślenie. Bo trudno powiedzieć, że jest to horror, bo praktycznie w filmie nie uświadczymy żadnych skoków napięcia. Nie jest to także film akcji, bo po emocjonującym początku na lotnisku tempo zdarzeń drastycznie leci w dół i innych scen sensacyjnych jest jak na lekarstwo. Historii brak wyrazistego protagonisty, bo tajemniczy facet w czerwonej bluzie jest zbyt anonimowy, by można było go traktować poważnie. Tak naprawdę jest to prawie półtoragodzinna historia przepełniona pustymi dialogami i scenami niby mającymi pogłębiać relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami, które koniec końców wywołują tylko wyraz politowania na twarzy. Trudno inaczej zareagować w momencie, w którym Riddell mówi do McCourta, że ten jest jego najlepszym przyjacielem, chociaż znają się dopiero jakieś pięć minut.

Reżyser i scenarzyści kompletnie nie potrafili wykorzystać potencjału aktorów, których udało im się zatrudnić do produkcji. Mając w swojej obsadzie takie nazwiska jak Cusack i Jackson -stworzenie przekonujących postaci nie powinno stanowić większego problemu, zwłaszcza że jak wspomniałem na początku za skrypt odpowiedzialny był Stephen King. Słynny pisarz niech lepiej pozostanie przy książkach, bo jako scenarzysta nie potrafi udźwignąć ciężaru zadania. Postacie grane przez wyżej wspomnianych aktorów są tak nijakie i papierowe, że właściwie trudno tutaj mówić o jakiejkolwiek formie utożsamienia, czy też kibicowania im w ich podróży. Do ekipy Riddella i McCourta dołącza w pewnym momencie Alice Maxwell (Isabelle Fuhrman), ale w żaden sposób nie podnosi ona poziomu męskiego duetu. Raczej dołącza do panów tworząc nużące trio.

Właściwie trudno cokolwiek więcej napisać o tym filmie – brakuje mu klimatycznej ścieżki dźwiękowej, z kolei efektów specjalnych praktycznie nie uświadczymy. Nawet zakończenie, które -w pewnym sensie – powinno szokować rozmywa się w obrazie całości, bo mało który widz zachowuje uwagę po przedzieraniu się przez nijaką resztę.

Ocena: 1/5

Dyskusja