Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Coś się czai w opowieściach, ale nie straszy – recenzja mangi „Forest of lore”

Miejskie legendy stanowią dziś to, co niegdyś podania i opowieści wspomnieniowe, ale prócz funkcji rozrywkowej i odwiecznego pragnienia snucia historii, pełnią również rolę mitologizacji rzekomo autentycznych wydarzeń oraz zjawisk, które często zawierają w sobie element grozy, ale przede wszystkim pociągają tajemniczością i nieprawdopodobieństwem. Lore to mity, opowieści przekazywane z ust do ust, miejskie legendy – i właśnie one zainspirowały Ichiha’ę przy tworzeniu „Forest of lore”.

Ów komiks to cztery niezależne – z wyjątkiem ostatniego, który do zrozumienia musi być wspomagany treścią poprzednich – opowieści graficzne, połączone ze sobą motywem przewodnim: opowieściami à la miejskie legendy oraz tajemniczą, tytułową stroną „Forest of lore”, zbierającą i przedstawiającą „wybranym” właśnie takie historie. „Wybrani” to nie sekta, elita czy inna podobna grupa, to przypadkowi ludzie, którzy zostają odszukani na podstawie – niewyjaśnionych w komiksie – kryteriów administratora. W każdym z zebranych tu utworów protagonistami są młodzi ludzie, najczęściej uczniowie szkoły średniej, w pewnym sensie zagubieni i szukający właściwej drogi, lecz często błądzący.

Pierwsze opowiadanie – tytułowe „Forest of lore” – znakomicie nastraja czytelnika i mocno upodabnia się klimatem do prawdziwych miejskich legend. Główna bohaterka jest ich wielką miłośniczką, straszy nimi koleżanki, a ostatnio zaczęła poszukiwać tajemniczej, wręcz mitycznej, dostępnej dla nielicznych strony internetowej. Nie spodziewała się jednak, iż to ona sama znajdzie ją, co początkowo dziewczynę ucieszyło – dzięki niej poznała „mit” krążący wokół jej szkoły, który z czasem się rozbudował i nabrał kilku wariantów, aż wreszcie zmienił jej życie. Autorce udało się tu nie tylko dobrze zarysować świat przedstawiony, ale też zmyślnie poprowadzić fabułę, aby nie raz zaskoczyła czytelnika i podała mu parę mylących tropów, rozwiązanie największej tajemnicy utworu z kolei daje do myślenia i jest wcale niejednoznaczne.

„Kto stoi za plecami?” bardziej nawiązuje do japońskiej tradycji i mitologii, które sprawnie miesza z współczesnymi miejskimi legendami oraz popkulturą. Objawia także niejednolitość kulturową poszczególnych regionów i kręgów społecznych Dalekiego Wschodu, co ujawnia rozmaitość barw tamtejszych krain. To wszystko przedstawione jest jednak w tle, bowiem na pierwszy plan wysuwa się nastoletni chłopiec, od niedawna sierota, mieszkający z babcią na wsi, gdzie ludność mocno przywiązana jest do wierzeń przodków. Właśnie tam bohater odkrywa kim naprawdę jest prześladujące go widmo, lecz spodziewał się tożsamości kogoś zupełnie innego. Atmosfera tego opowiadania jest odmienna od pierwszego utworu, a z każdą następną stroną zagęszcza się. Zarówno realia, jak i element kluczowy dla fabuły są tu różne, ale całość obu opowiadań stoi na wysokim poziomie.

Następne dzieło opowiada historię rodzeństwa – brata i siostry – mieszkającego wraz z matką, mającego się właśnie przeprowadzić do nowego domu – ale oni tego nie chcą, to tylko pogłębia ich smutek po utracie ojca oraz ukochanej chłopaka. Razem postanawiają zbadać legendę pobliskiej studzienki, której kanały rzekomo prowadzą do niecodziennych miejsc. Tak trafiają do równoległej rzeczywistości, gdzie ani rodziciel, ani dziewczyna nie odeszli – to dla nich odpowiedni moment, aby podnieść się na duchu, lecz gdy chcą wrócić do siebie, okazuje się to wręcz niemożliwe. „Zagubiony dom” ma posępny, ciężki wyraz – utwór należy raczej do pesymistycznych wizji i podszyty jest głęboką pointą, dającą człowiekowi chwilę, żeby pewne sprawy przemyśleć.

„Jeden liść” to bardzo krótkie – zajmujące sześć stron – opowiadanie o szaleństwie nastolatka, spowodowanym nagle, jednak nie jest tu jasno powiedziane przez co dokładnie, choć parę tropów wskazuje na konkretną przyczynę. Jest bardzo niepokojące, pokazuje, że z pewnymi siłami nie powinno się igrać, zwłaszcza iż są nieznane i chodzą pogłoski o niebezpieczeństwie, jakie za nimi idzie. Jednocześnie jednak utwór potwierdza teorię wysnutą m.in. przez H.P. Lovecrafta w „Nadnaturalnej grozie w literaturze” – mówiącej, że wszystko, co tajemnicze i nieodkryte pociąga człowieka do tego stopnia, że potrafi on przekroczyć granicę strachu i zdrowego rozsądku. Drobna uwaga – nie można czytać go na próbę, bo zrozumienie wymaga znajomości niektórych treści z poprzednich tekstów zbioru.

Warstwa graficzna komiksu jest przyzwoita, choć niezbyt finezyjna – plansze najczęściej zdobią średnio szczegółowe ilustracje, wykonane standardową kreską, nie można jednak powiedzieć, że zostały źle wykonane, bo to właśnie one i cieniowanie nadają całości mrocznego charakteru. Pomagają w tym występujące gdzieniegdzie bardzo klimatyczne, zadbane i wysublimowane ilustracje – podkreślające, iż dany moment jest kluczowy. Wszystko utrzymane jest w czarno-białej kolorystyce, co jeszcze bardziej pogłębia niepokój i sekret opowieści.

„Forest of lore” to cztery ciekawe opowieści z dreszczykiem, klimatyczne – to fakt, czasem dające do myślenia, przyjemne i lekkie w odbiorze, ale niestety czegoś im brakuje i nie zapadają mocno w pamięć – może z wyjątkiem „Kto stoi za plecami?”. Braku tu także elementu, który może czytelnika wystraszyć, a przecież to opowieści grozy – dlatego ocena nie jest zbyt wysoka, choć mimo wszystko lekturę wspominać będę dobrze.

Dyskusja