Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Cześć ci, Makbecie! Przyszły królu, cześć ci!” – recenzja wydania DVD „Makbet”

William Szekspir to jeden z najwybitniejszych dramaturgów w dziejach ludzkości. Jego dzieła czytane są prawdopodobnie we wszystkich szkołach na świecie, a teatry regularnie wystawiają jego sztuki. Jedną z najsłynniejszych tragedii napisanych przez angielskiego pisarza jest „Makbet”. Niejednokrotnie losy szkockiego generała przenoszone były na srebrny ekran, wystarczy wspomnieć chociażby o japońskiej adaptacji pod tytułem: „Tron we krwi”. Rok 2015 przyniósł kolejną próbę przeniesienia „Makbeta” do kin. To zadanie wziął na siebie reżyser Justin Kurzel. Czy wyszedł on zwycięsko z walki z tekstem należącym do kanonu literatury światowej?

– A co to jest zdrajca?
– Ten, co przysięga i kłamie.*

W Szkocji trwa wojna domowa. Miłościwie panujący król Duncan został zdradzony przez większość swych wasali, którzy wypowiedzieli mu posłuszeństwo i zdecydowali się go obalić.

Wierni swojemu władcy szkoccy baroni, pod przewodnictwem dzielnego Makbeta, decydują się na ostateczne starcie pośród zimnych wrzosowisk. Rojaliści zwyciężają dzięki przywódczym zdolnościom głównego bohatera. Po zwycięskiej walce spotyka on, razem ze swoim druhem Banko, trzy wiedźmy, które zostawiają mu tajemniczą przepowiednię, według której zostanie kiedyś królem. Choć początkowo przyjaciele wyśmiewają wróżbę, to kiedy proroctwo częściowo się spełnia, w ich sercach budzi się poczucie, że to może być prawda. Cóż jednak z obietnicy objęcia tronu, skoro obecnie panujący król ma już dziedzica. W głowie głównego bohatera rodzi się pewna myśl. Myśl przerażająca i mroczna jak szkockie góry…

Chcieli los, abym był królem,
Niech mię bez przyczynienia się mojego
Ukoronuje.*

Od scenariusza nie należy oczekiwać fajerwerków. Reżyser postawił na klasyczną adaptację i opiera ciąg przyczynowo-skutkowy na pierwotnym zamyśle Szekspira. W dobie różnego rodzaju udziwnień i prób wymyślania koła na nowo należy to uznać za zdecydowany plus. Inną przywarą wszelkiego rodzaju adaptacji jest próba dostosowania ich do współczesnego odbiorcy.

Mogę się założyć, że gdyby za film wzięli się twórcy z Hollywood, to składałby się z co najmniej dwóch wielkich bitew, z występów emanującej seksapilem Lady Makbet i z wyjątkowo miałkich, przesadnie egzaltowanych dialogów. „Makbet” jednak idzie pod prąd panujących trendów, co widać już od samego początku. Po pierwsze, obraz cechuje wyjątkowo gęsta atmosfera. Szara paleta kolorów, ponure szkockie krajobrazy, muzyka, na którą składają się ciężkie brzmienia dud. Przybrudzone stroje, grubo ciosane twarze szkockich lordów. Wszystko to buduje tak niesamowity klimat, że widz, spragniony czegoś więcej niż tylko bezmyślnej sieczki, wsiąka jak w grząskie wrzosowisko. Nawet pojawiająca się scena batalistyczna dopasowana jest do przyjętej koncepcji. Jest w niej dużo brutalności, spowolnionych ujęć kamery, skupienia się na detalach. Makbet nie skacze po głowach swoich wrogów, samym spojrzeniem pozbawiając ich kolejnych kończyn. Nie jest przedstawiony jako niezniszczalny superheros, ale jako człowiek z krwi i kości. I takie naturalistyczne podejście jest widoczne praktycznie przez cały seans.

Gdzie nadmiar złego, tam złe musi ustać
Albo powrócić do dawnego stanu *

Po obejrzeniu „Makbeta” można odnieść wrażenie, jakby reżyser podczas kręcenia filmu cały czas miał z tyłu głowy fakt, że pierwotnie była to sztuka teatralna. Objawia się to między innymi w tempie akcji, które nie pędzi jak szalony, narowisty koń, lecz skupia się na poszczególnych scenach, pozwalając widzowi rozsmakować się w grze aktorskiej i dialogach. Skoro już mowa o dialogach, to stoją one na naprawdę najwyższym poziomie. Justin Kurzel położył na nich zdecydowanie najmocniejszy nacisk i to właśnie one są solą jego dzieła. Podziwiać należy zwłaszcza postawienie na szczególną moc monologów, które w filmach trafiają się niezwykle rzadko i raczej przynależą do teatru. Reżyser musiał przede wszystkim nie pozwolić, by widz zapomniał o tym, co bohater mówił pięć minut temu. Kluczowy w tym wypadku był wybór aktorów.

Idźmy i szydźmy z świata jasnym czołem:
Fałsz serca i fałsz lic muszą iść społem.*

Krótko: casting został przeprowadzony po mistrzowsku. Michael Fassbender wydaje się być wręcz stworzony do roli człowieka, którego całkowicie zmienia obsesja władzy.

Świetnie odnajduję się zarówno w scenach dialogowych, jak i w sekwencji akcji. Ukoronowaniem jego występu są ostatnie akty tragedii, w których dręczony szaleństwem Makbet burzy spokój na uczcie ze swoimi poddanymi i zmienia się w bezwzględnego tyrana. Ten kto przeczytał dzieło Szekspira wie, że drugą najważniejszą osobą w tym utworze jest małżonka głównego bohatera – Lady Makbet. W tej roli zagrała Marion Cotillard i trzeba powiedzieć, że jej występ odciska na widzach równie mocne piętno, co popisy Fassbendera. Aktorka doskonale dopasowała się do roli manipulatorki, która sprowadza swojego męża na drogę królobójstwa i zdrady. Jest to jednak postać niejednoznaczna, jakich zresztą wiele w dramatach szekspirowskich. Lady Makbet cierpi po utracie swojego ledwie co narodzonego dziecka i szuka jakiejkolwiek formy pocieszenia. Napędza ją rozpacz i pragnienie zadośćuczynienia. W pewnym momencie zauważa, że posunęła się zbyt daleko. Wiele należy oddać także postaciom drugoplanowym, co do których widz może mieć przekonanie, że prawie wszystkie urodziły się w okolicach Edynburga bądź Glasgow. Szorstki szkocki akcent to kolejna składowa surowej atmosfery filmu.

Nieba patrzyły na to i ścierpiały
Taką okropność?*

„Makbet” jest dosyć wierną adaptacją oryginału, jednak reżyser pokusił się w kilku miejscach o próbę dodania czegoś od siebie. Pojawią się więc na ekranie wątki, które zostały przez angielskiego pisarza jedynie zasugerowane, jak na przykład pogrzeb dziecka Makbeta. Inne sceny zostały w pewien sposób przetransformowane. Przykładem może być śmierć Lady Makduf, która w oryginale zostaje zabita w swoim zamku przez zamachowców, w filmie zaś, wraz ze swoimi dziećmi, zostaje spalona na stosie przed poddanymi króla, a pochodnię pod chrust podkłada sam Makbet. Ta scena pokazuje, jak bardzo wpłynęła na niego przepowiednia i wizja zdobycia władzy, a raczej strach przed jej utratą. Są wreszcie motywy całkowicie autorskie. Jak na przykład postać młodego chłopaka z pierwszych scen. Przedstawiany jest on w taki sposób, że można by ją uznać za syna Makbeta, podczas gdy w oryginalnym tekście nie ma o czymś takim najmniejszej wzmianki. Konserwatywni odbiorcy nie powinni wpadać jednak w oburzenie, gdyż te nowe elementy nie niszczą harmonijnej całości, a reżyser cały czas pozostaje w kontakcie z teatralnym fundamentem.

Uderzcie w dzwony! Dmij, wichrze! wrzej, toni!
Mamli umierać, umrę z mieczem w dłoni.*

„Makbet” w reżyserii Justina Kurzela to wspaniałe widowisko dla ludzi wymagających od filmu czegoś więcej. Wspaniale przedstawione dialogi, perfekcyjnie przygotowana oprawa audiowizualna, idealny balans między postaciami. Reżyser ani na moment nie daje się ponieść fantazji, zarazem nie pozwalając tłamsić swoich artystycznych zdolności. Fassbender i Cotillard grają tak, że te kreacje będzie można złotymi literami zapisać w ich CV. Film wyjątkowo ciężki i surowy, który jednocześnie jest w stanie widza oczarować.

* Cytaty pochodzą z tłumaczenia „Makbeta” Józefa Paszkowskiego.

Ocena: 5/5

Dyskusja