Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Egipski kogel-mogel efektów i krajobrazów – recenzja wydania DVD „Bogowie Egiptu”

Kino ma deficyt świeżych, odkrywczych pomysłów, mogących wciągnąć widza dobrze opowiedzianą a ciekawą historią, zachwycić grą aktorską, oczarować malowniczą scenerią i wiarygodnymi kostiumami czy świetnymi dialogami. Jeżeli macie nadzieję na to, że „Bogowie Egiptu” to nowatorska produkcja – możecie się nieco rozczarować. Co nie zmienia faktu, iż to nie najgorsze kino familijne.

Bogowie w popkulturze, najczęściej z panteonu greckiego i nordyckiego, mają już utwierdzoną pozycję, pojawiają się zaś w formie przerobionej, bądź we własnej osobie. Egipskie bóstwa także nie są niczym nowym, nawet Rick Riordan wziął je na swój warsztat, choć nie był wcale pierwszy. Z kolei Alex Proyas, reżyser „Kruka” i „Ja, robot”, postanowił przedstawić mitologię znad Nilu w mocno zmienionym stylu, niż znany nam z antycznego pierwowzoru.

Egipt w wizji Proyasa to królestwo rządzone przez Ozyrysa, w którym ludzie żyją razem z arystokratycznymi bogami

w pokoju i dobrobycie. W dniu koronacji monarszego syna, Horusa, dochodzi jednak do zamieszania, niszczącego dotychczasowy porządek rzeczy – ojciec niedoszłego władcy ginie, zaś berło zagarnia jego brat, Set. Odkąd bóg ciemność sprawuje okrutne rządy mija rok, okaleczony Horus przebywa na wygnaniu, ludzkość zaś została zniewolona i zmuszona do budowy niebosiężnej piramidy (właściwie obelisku). Młodemu złodziejowi tymczasem udaje się wykraść ze skarbca Seta coś, co może pomóc w uzdrowieniu boga przestworzy – niestety podczas ucieczki ginie jego ukochana, a żeby uratować jej duszę Bek postanawia oddać swe usługi Horusowi, aby ten odzyskał tron.

Scenariusz Matta Sazama oraz Burka Sharplessa to dość banalna historia o chłopcu szukającym wyjścia z sytuacji… bez wyjścia – w tym celu postanawia zwrócić się do sił wyższych (tu: Horus), licząc, że ten przywróci życie dziewczynie. Jak to zwykle bywa w tego typu filmach, wyjaśnienie użyteczności śmiertelnika dla boga jest proste i w zasadzie nie do końca logiczne – wie jak dostać się do Piramidy Seta, ale skąd to wie stanowi niewiadomą, której odbiorca się musi domyślić. Cały pomysł na fabułę generalnie bazuje na podróży Horusa i Beka: pokonywaniu przez nich przeciwności, odnajdowaniu rozwiązań, porażce i kulminacji. Czasami pojawia się Set, powiększający swe włości oraz moc, stając się coraz większym wyzwaniem dla dziedzica Ozyrysa. A wszystko musi się dobrze skończyć i być przewidywalne do bólu, acz kino familijne rządzi się własnymi prawami. Słowem – ot, niezobowiązująca historyjka luźno oparta na motywach egipskich mitów, kolejny rozrywkowy obraz wojny dobra ze złem, wymieszany z paroma toposami filmu popularnego. Ogląda się dobrze, ale to produkcja dla niewymagających.

„Bogowie Egiptu” zdecydowanie stawiają na zjawiskowość (okraszoną wizualnie wielką cukierkowością) – podczas seansu widz jest atakowany intensywnymi barwami, których, jak na w większości pustynne regiony,

jest niezwykle dużo, a malownicze krajobrazy zmieniają się w co drugiej scenie, i mimo że sceneria stanowi nader miły dla oka gobelin, to takie zmienianie lokacji nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem. Charakteryzacja z kolei wypadła przekonująco i warto pochwalić dbałość szczegółów – nie będę się przyczepiał nawet do przesytu ozdób, zdobień i błyskotek, bo tworzą spójną całość z resztą świata przedstawionego. Widowiskowość domykają wysokobudżetowe, nie najgorzej zrealizowane efekty specjalne, które aż kipią od efektowności, spektakularnych elementów i dynamicznych obrazów.

O grze aktorskiej zbyt wiele powiedzieć nie można, ponieważ artyści nie dostali przesadnie trudnego zadania – ich role nie zostały w szczególnie bogaty sposób napisane, prawda ich motywacje są znane, lekko liźnięto wzajemne

stosunki i całkiem, całkiem zaprezentowano interakcje, lecz główna obsada za wiele pracy włożyć w projekt nie musiała. Nikolaj Coster-Waldau gra zadufanego w sobie królewicza z manią wyższości, Gerard Butler to ekspresyjny i śmiały buntownik, próbujący – dosłownie idąc po trupach swojej rodziny (i nie tylko) – sprawić, żeby ojciec był z niego dumny; zaś Breton Thwaites wciela się w pewnego siebie chłopaka, który postępuje wbrew sobie, czego niespecjalnie dałoby się wyłapać, gdyby nie miejscowe podkreślenia w dialogach. Aktorzy zagrali znośnie i wiarygodnie, acz bohaterowie jakich zagrali są głównie jednowymiarowi. A drugi i trzeci plan to ogólnie rzecz ujmując – tło, i fabularnie, i kreacyjnie.

Najnowszy obraz Alexa Proyasa to idealne kino do niedzielnego obiadu albo familijnego seansu, raczej nie dostarcza wysmakowanych doświadczeń – to film z prostą intrygą, nieprzeciętnymi widokami, często naiwnymi rozwiązaniami i ścieżką dźwiękową, która jakoś nie zapada w pamięć. Nic specjalnego, ale młodsi widzowie powinni się całkiem nieźle bawić, bo produkcję bądź co bądź ogląda się przyjemnie.

Ocena: 3/5

Dyskusja