Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Już było i było lepiej – recenzja wydania DVD „Księga Dżungli”

Choć fabularna adaptacja „Księgi Dżungli” Rydarda Kiplinga w wykonaniu Jona Favreau okazała się jedną z ciekawszych propozycji kina familijnego tego roku – mnie odrobinę rozczarowała kompresją fabularną, spłyceniem niektórych kwestii oraz… właściwie skopiowaniem wielu elementów z własnej stajni z animowanego obrazu, radującego rodzinne grona w 1967.

Niemniej, nie chodzi tu o to, że film jest słaby czy źle nakręcony – rządzi się prawami kina familijnego i przez ten pryzmat trzeba na niego patrzeć, ale dorosły odbiorca, pamiętający jeszcze całkiem przyjemną animację z 1967 roku (również wyprodukowaną przez Disneya) może poczuć drobny niesmak, związany tym, że wiele dobrego w tegorocznej produkcji zostało żywcem wyjęte z kultowego filmu i nieco zmodernizowane, co nie zawsze wychodzi nowej odsłonie „Księgi Dżungli” na zdrowie. Młodsi widzowie powinni raczej seansem być zadowoleni – otrzymują swego rodzaju format young adult, ale bardziej dziecięcy, niż młodzieżowy; przepełniony szybko rozwijającą się akcją, dynamicznymi scenami, w których króluje dowcip przeważnie sytuacyjny, choć i postaci oraz słowa się zdarzy. Twórcom udało się także przemycić w obrazie kilka niezwykle istotnych wartości, acz gdybyśmy zestawili produkcję z książką czy odrobinę leciwą animacją dostrzeglibyśmy, że uniwersalne prawdy zostały nieco zbanalizowane.

Łatwo można wyjaśnić dlaczego w tym obrazie sceny akcji przyciągały uwagę widza – za reżyserią zajął się twórca odpowiedzialny za „Iron Mana” oraz „Zathury – Kosmicznej przygody” Jon Favreau, czyli osoba doświadczona zarówno na polu fantastycznym, sensacyjnym i familijnym. Jeżeli chodzi o scenariusz zrealizowany to można powiedzieć, że wnikliwszych odbiorców czeka rozczarowanie, bo większość wypadków dzieje się tu w zawrotnym tempie, co nie jest do końca konsekwentne ze zmianami, jakie powinny zajść w postaciach. Być może młodsi widzowie nie zauważą, ale starsi na pewno, że z biegiem czasu młode wilczki powinny dorastać, a po paru tygodniach wciąż są maleńkimi zwierzątkami. Na tym nieścisłości się nie kończą, lecz większość właśnie na tym podobnych bazuje.

Warstwa fabularna nie będzie zasadniczo dla nikogo odkrywcza – ot, pewnego razu samotny chłopiec zostaje odnaleziony w dziczy przez panterę, która oddaje go na wychowanie watasze wilków.

Stado przyjmuje go jak swojego, opiekuje się nim, a sam malec staje się jednym z nich, i to właśnie one nadają mu imię Mowgli. Względnie sielskie życie chłopca zmienia się drastycznie, gdy podczas wielkiej suszy wszystkie zwierzęta zostają zmuszone do pokojowej egzystencji przy jedynym wodopoju. Tam też po raz pierwszy spotyka Shere Khan, który ongiś poważnie zraniony przez człowieka, dziś ma ogromny wstręt do ludzkiej rasy i pragnie zabić malca, gdy skończy się czas pokoju. Bagheera, pantera i wieloletni przyjaciel Mowgliego, postanawia zaprowadzić chłopca do wioski, ale po drodze napotykają komplikacje i w ostatecznym rozrachunku trafia on pod opiekę leniwego miśka, Baloo.

Twórcy nieco zmodyfikowali historię względem zarówno pierwowzoru, jak i kultowej animacji. Wszystko dzieje się tutaj jednak o wiele szybciej, kolejne etapy następują zanim poprzednie nie zdążą się jeszcze poprawnie rozwinąć, a przewidywalność towarzyszy widzowi na każdym kroku. Cóż… kino familijne skierowane głównie do młodego odbiorcy, który również nie powinien być przez cały seans uraczony odkrywczością oraz nagłymi zwrotami akcji – w zasadzie takie, naprawdę przekonujące, podczas filmu są tylko dwa.

Oprawa wizualna składa się z czegoś, co powinno zachwycić zarówno młodszych, jak i starszych widzów. Balans i rozmaitość kolorów, które niemalże opalizują z ekranu to uczta dla oczu,

mająca czasem problem z tempem – jako że fabuła popychana jest szybko do przodu, to i zmiany postępują na oczach odbiorców w – nomen omen – okamgnieniu. Twórcy nie raz obrzucają nas malowniczymi krajobrazami, ekspresją barw, ale nie zawsze się to sprawdza. Czasami zaburzone są również proporcje zwierząt – swoją drogą wygenerowanych cyfrowo, choć ten element akurat wypada bardzo dobrze – dla przykładu raz Baloo jest ośmiokrotnie większym od Mowgliego olbrzymem, aby po chwili przemienić się w nieco ponad dwa razy wyższego misia. Niemniej, oddać grafikom trzeba, że odwalili kawał przyzwoitej roboty. Wprawdzie, fauna nie wygląda do końca prawdziwie, ale animacja kreacji zwierzęcych pasuje do klimatu tej adaptacji.

Trudno mówić o grze aktorskiej, gdy jedyną występującą na planie osobą jest młody chłopiec – Neel Sethi. Ale oddać należy mu honor, jak na swój wiek i powierzoną mu rolę spisał się nie najgorzej, a dzięki produkcji – w której debiutował aktorsko, swoją drogą – zyskał dwie nominacje do Teen Choice Awards (film łącznie zdobył trzy nominacje). Niemniej, aktorzy grający w obrazie fonetycznie, dubbingujący zwierzęta – i to w wersji oryginalnej, i w polskiej, poradzili sobie z wyzwaniem, co zaowocowało całkiem przyjemnym, dopasowanym podkładem głosów.

Z kolei ścieżka dźwiękowa nie reprezentuje sobą nic przełomowego, czego zresztą można się było spodziewać. Miłe dla ucha melodie, odpowiednio budujące nastrój, wyważone dźwięki, dodają wyłącznie coś w tle dziejącej się historii, tak aby jeszcze bardziej uprzyjemnić widzowi odbiór. Taka smaczna, acz niewyróżniająca się surówka do kotleta.

Nie zapominajmy jednak, że nowa „Księga Dżungli” to tytuł kina familijnego, dobrego na niedzielne popołudnie w gronie rodziny, dobranockowy wieczór, czy deszczowy dzień. Nie jest to tak zwany „odmóżdżacz”, ale obraz na miarę współczesnego widowiska, oferujący rozrywkę, ciekawe widoki i historię, którą popkultura już nam zaserwowała niejednokrotnie. Zjadliwe, acz bez fajerwerków. Dzieciakom powinno się spodobać. Dorosłym… trudno określić.

Ocena: 3/5

Dyskusja