Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Luke Skywalker i Danusia Jurandówna vs siły ciemności – recenzja książki „Kamieni Elfów Shannary”

Na skutek promocji w polskiej telewizji serialu bazującego na książkach Terrego Brooksa, zatytułowanego „Kroniki Shannary”, do sprzedaży trafiły reedycje poszczególnych tomów literackiego pierwowzoru w nowej szacie graficznej. Jednym z nich są „Kamienie Elfów Shannary”. To druga w kolejności pozycja cyklu, opowiadająca o inwazji demonów na świat klasycznego fantasy zwany Czterema Krainami.

Magiczne drzewo Elcrys, którego moc od wieków wiązała sługi ciemności za Ścianą Zakazu, umiera. Wraz z jego słabnięciem, do świata elfów przedostają się zastępy żądnych krwi biesów pod przywództwem upadłego druida Dagdy Mora. Kryzys może zażegnać tylko księżniczka Amberle oraz spadkobierca starożytnego rodu Shannara i posiadacz tytułowych Kamieni Elfów, Will Ohmsfrod. Za namową czarodzieja Allanona, młodzi bohaterowie wyruszą w podróż do ruin Starego Świata w poszukiwaniu mistycznego Krwawego Ognia, którego płomienie mogą napełnić magią nasionko Elcrys i ponownie zepchnąć demony w wymiar otchłani.

Fabuła omawianej pozycji stanowiła dla koncernu MTV (będącego producentem adaptacji) bezpośrednią inspirację w przenoszeniu uniwersum Shannary na mały ekran. Zaznaczę na wstępie, że jeżeli mieliście już drodzy czytelnicy styczność z serialem i owa styczność wam się podobała, to możecie sięgnąć po książkowy pierwowzór w celu dogłębnego poznania świata wykreowanego przez Brooksa. Jeżeli natomiast kontakt z produkcją przyprawił was o ból głowy i cofki (jak niżej podpisanego recenzenta) to oddajcie powieści sprawiedliwość i przekonajcie się, jak bardzo bezduszni i schematyczni okazali się scenarzyści przy adaptowaniu utworu na potrzeby telewizji. Dobrym rozwiązaniem będzie także wyparcie z pamięci informacji o istnieniu serialu i sięgnięcie bezpośrednio do książki (oczywiście to czysto subiektywna opinia, z którą można się zgadzać ale nie trzeba).

„Kamienie elfów” rozczarowują przy pierwszym kontakcie. Lektura początkowych rozdziałów, roztacza przed odbiorcą wizję klasycznej do bólu i siermiężnie napisanej historii fantasy. Starzy wyjadacze gatunku, niejednokrotnie prychną pod nosem zanurzając się w meandry naiwnej fabuły. Główne postacie rozpisano w stereotypowy sposób i pociągnięto grubą kreską. Willa Ohmsforda można przyrównać do zagubionego Luke Skywalkera, nie wierzącego we własne możliwości, Allanon jest zgorzkniałym odpowiednikiem Gandalfa a Amberle to niezdarne i nadwrażliwe dziewczę przywodzące na myśl Danusię z „Krzyżaków”, które idzie tam gdzie się je pchnie. W fabule zdarzają się także liczne paralele do twórczości Tolkiena, za co Brooks był wielokrotnie krytykowany.

Autor poświęca dużo miejsca na zaznajomienie czytelnika z historią świata przedstawionego. W niemiłosiernie długich monologach druida Allanona, poznajemy genezę powstania elfów, wielkich wojen (Cztery Krainy ukształtowały się wiele tysięcy lat po zniszczeniu przez ludzkość Ziemskiego środowiska) oraz odwiecznego konfliktu z siłami ciemności. Nie są to rzeczy ani oryginalne, ani frapujące. Jednakże jeżeli uda nam się przebrnąć przez początkowe rozdziały, książka nabierze rumieńców i zabierze czytelników w ekscytującą podróż przez fantastyczne uniwersum, zbudowane co prawda wokół prostej historii, acz nie pozostawiające odbiorcy obojętnym.

Brooks ma talent do tworzenia wszelakiej maści monstrów. Wraz z włączeniem do akcji, uciekających z wymiaru Zakazu demonów, powieść zwiększa tempo i wciąga czytelnika. Na kartach książki znajdziemy szeroką gammę potworów z którymi przyjdzie się zmierzyć Willowi i Amberle podczas swojej misji. Od czarownic, przez upiory Kosiarza i Przemieńca (przywodzących na myśl skrzyżowanie Demenetora i kosmity z „Coś” Carpentera) po smoki, harpie i zastępy obmierzłych poczwar. Amerykański pisarz z wielką łatwością, roztacza przed czytelnikiem wizję monumentalnych i dynamicznych walk, które pobudzają wyobraźnię. Z tego względu, o wiele ciekawszy od przygód młodych herosów, okazuje się wątek dziejący się w stolicy kraju elfów Arborlon, gdzie prowadzone są działania wojenne przeciwko nadchodzącej armii demonów. Wraz ze zbliżającym się zagrożeniem, mieszkańcy Czterech Krain jednoczą się aby wspólnie stawić mu czoła. Walne sceny batalistyczne są najjaśniejszym punktem powieści, przemyślane i niebanalne, opisane prostym językiem rysują przed odbiorcą epicką skalę konfliktu (Tolkienowska „Bitwa Pięciu Armii” może schylić czoło, w geście uznania). Podobnie rzecz ma się z fragmentami poświęconymi magicznym pojedynkom, które w lekki sposób opisują potęgę druidów. Na tym etapie kariery (powieść ukazała się oryginalnie w 1982 roku) Brooks może nie potrafił jeszcze wykreować pełnokrwistych bohaterów, ale niewątpliwie do perfekcji opanował sferę rozrywkową. Reasumując, to się po prostu dobrze czyta.

Wraz z rozwojem historii bohaterowie zaczynają przekonywać do siebie czytelnika, a z tekstu wydobywa się nienachalny magiczny urok. Rozterki protagonistów przestają być nam obojętne a świat przedstawiony nabiera głębi i własnego kolorytu. „Kamienie elfów” są bajką, ale jest to bajka do której chce się wracać, zapewniającą soczystą, rozrywkową historię w świecie high-fantasy. To opowieść skierowana do młodszego czytelnika, ale od której lektury, włos z głowy nie spadnie starszej osobie. Walka dobra ze złem, szukanie swojego miejsca w świecie oraz pokonywanie wewnętrznych słabości są uniwersalnymi tematami. W konfrontacji wieloma dzisiejszymi autorami poczytnych serii młodzieżowych, Brooks stworzył swoje dzieło z gracją i na przyzwoitym poziomie.

Mój początkowy negatywny stosunek do „Kamieni Elfów Shannary” mógł wynikać z uprzedniego obejrzenia jej adaptacji. Jeżeli książkę przyrównamy do poziomu „Władcy Pierścieni”, to o serialu możemy powiedzieć, że jest tworem powstałym w socjologicznym blenderze, na skutek zmiksowania wszystkich złych elementów ze „Zmierzchu”, „Zbuntowanej” (itp.), podlanym estetyką „Herculesa” z Kevinem Sorbo w roli głównej i aspirującym do miana „Gry o Tron” dla nastolatków. Cytując Kurtza z „Jądra ciemności” Conrada – Groza.

Podsumowując „Kamienie Elfów Shannary” do dobra rozrywka w świecie wysokiego fantasy, oferująca klasyczną historię o walce ciemności z jasnością, zwroty akcji i wciągającą przygodę na kilka przyjemnych wieczorów przy kominku. Terry Brooks zdaje się należeć do autorów których warsztat rozwija się wraz z publikacją kolejnych książek. W kontynuacji „Kamieni” zatytułowanej „Pieśń Shannary”, poprawił niedociągnięcia poprzedniczki i stworzył magiczne dzieło, świadome swojej formy i opowiadanej historii. Pozostaje mi zachęcić do samodzielnego zapoznania się z uniwersum wykreowanym przez amerykańskiego pisarza.

Ocena: 3.75/5

Dyskusja